Jesteś tutaj: Home // Kartografia // Mikronacyjne Forum Kartograficzne: w poszukiwaniu alternatywy

Mikronacyjne Forum Kartograficzne: w poszukiwaniu alternatywy

W miniony wekend JKW Artur I Piotr, ustępujący król Dreamlandu, ratyfikował traktat powołujący do życia Mikronacyjne Forum Kartograficzne. Tydzień wcześniej podpisy pod umową złożyli również JKM Filip Radgar Scholandzki i Konrad van den Budenmayer – Wielki Triumwir Erboki. Organizacja, która celem jest częściowe wypełnienie próżni powstałej po upadku Organizacji Polskich Mikronacji, rozpocznie swoja działalność 1 marca bieżącego roku. Ratyfikacji umowy towarzyszyła publikacja profesjonalnie przygotowanego Przewodnika po MFK, w którym autorzy na blisko trzydziestu stronach dokonują prezentacji przyjętych metod pracy nad nowymi mapami, poczynając od wyjaśnienia podstawowych zasad sztuki kartografii i kluczowych i często spornych pojęć (np. „terytorium”, „osadnictwo”, „kolonie”, „wyłączna morska strefa wpływów”)

vega

Daniło de la Vega – premier Rządu Królewskiego, współtwórca MFK

 Już sam Przewodnik posuwa sprawę rozumienia kluczowych problemów w stopniu, do jakiego nawet nie zbliżyła się Organizacja Polskich Mironacji w trakcie pięciu lat działalności. Jak wyjaśnia Daniło de Vega, premier dreamlandzkiego rządu, zapalony kartograf i zarazem współtwórca idei Forum, powstanie nowej organizacji wiąże sie z przyjęciem akceptowalnej teorii mikroświata i naukowego warsztatu kartografii. Państwa członkowskie zobowiązały się przyjąć narodowe system miaru i uniwersalny system skalowania map. Opracowano trzy procedury określające problemy tworzenia nowych organizmów państwowych, kolonizacji i wygaśnięcia państwowości. Twórcy MFK opowiedzieli się za koncepcją „nieskończonego” i „płaskiego” mikroświata. Nieskończoność – w praktyce oznaczająca tutaj rozciągliwość mapy – wiązać sie ma z postulatem „dostatcznej przestrzeni życowej dla każdego państwa wirtualnego – takiej, jakiej ono samo potrzebuje”.

Równość partnerów

 Traktat zakłada współpracę polityczna na równych prawach. Konstrukcję nośną nowej organizacji stanowić ma Rada Mapy, w której przedstawiciele wszystkich państw członkowskich dysponować będą po jednym głosie. Ustalono również  zasadę rotacyjnego sprawowania przewodnictwa w Radzie przez kraje, które będą chcialy skorzystać z tego prawa. Kadencja przewodniczącego Rady trwać będzie kwartał, kolejność zdeterminowana będzie jedynie alfabetem.

Międzynarodowe Forum Kartograficzne zakłada również kompleksową współpracę naukową. Organem merytorycznym MFK będzie Komitet Kartograficzny, do którego państwa członkowskie kierować mogą dwolona liczbę własnych kartografów i – dodatkowo – jedną narodową organizację kartograficzną. W przypadku KD byłby to zatem Królewski Instytut Kartograficzny. I wreszcie rzecz najwazniejsza. Traktat zakłada również isntytucję arbitrażu w ramach spechalnego Komitetu Arbitrażowego, rozstrzygającego ewentualne spory graniczne na prośbę zainteresowanych stron.

Wspólna mapa

mapa3

Twórcy MFK: „Nie można zmusić nowych państw do żebrania o zgodę na posiadanie wspólnej granicy”

Znakiem rozpoznawczym nowej organizacji jest liberalna filozofia, na jakiej została ufundowana. Jeśli w polskim mikroświecie jakieś problemy rozpalają jeszcze wyobraźnię naszych dyplomatów, to w pierwszej kolejności jest to kwestia lokacji nowych państw i zagospodarowania terytoriów państw upadłych. Państwa członkowskie przyjęły, że w „celu uzyskania wspólnej granicy lądowej z państwem członkowskim koniecznym będzie jedynie sprawdzenie na forum Organizacji, w opisach geograficznych państw członkowskich, które odcinki swoich granic wykazały one jako granice lądowe i granice te dotyczą ich sąsiedztwa z interesującym nowe państwo lądem opuszczonym lub nieznanym. Nie ma w tym zakresie obowiązku uzyskania zgody państwa członkowskiego na możliwość z nim graniczenia”. Jak cierpliwie tłumaczy autor Przewodnika, „praktyki takie godzą w zasadę równości mikronacji”, zaś MFK uznaje je za „metody imperialne i dyskryminujące”.

Daniło de la Vega stawia sprawę jasno: „Nowe państwo może być nieuznawane przez swoich sąsiadów, nie muszą być z nim nawiązane stosunki dyplomatyczne, kraje mogą być sobie nawet wrogie z prowadzeniem wojny włącznie, ale nie można zmuszać nowych państw do żebrania o zgodę na posiadanie wspólnej granicy”.

Ekstrawagancja? Elementem łagodzącym potencjalnie negatywne skutki liberalnej praktyki lokacji nowych państw jest procedura weryfikacji aktywności i – wreszcie – orzekania wygaśnięcia państwowości, precyzyjnie wyłożona w załączniku do Traktatu. Warto dodać, że przewidziana w umowie procedura lokacji dotyczyć będzie państw członkowskich MFK –  a zatem organizmów, które zdołały dowieść swej żywotności.

Dwa modele 

Międzynarodowe Forum Kartograficzne proponuje zatem alternatywę wobec modelu wypracowanego przez porozumienia regionalne ostatnich lat (konwencja vårlandzka, postanowienia kongresu wiedeńskiego i jego budapeszteńskie przedłużenie). Jak łatwo się domyślić, w wielu stolicach polskiego mikroświata podobne uwagi mogą zostać uznane za burzące – przyznajmy – cokolwiek małostkowy consensus dotyczący procedury zasiedlania istniejących już kontynentów. Te ostatnie bywają  przecież traktowane w kategoriach bez mała patrymonialnych – takie wrażenie odniesiemy wczytując się w teksty kolejnych porozumień. Dotyczy to zresztą nie tylko samych lądów, ale i okolicznych wód morskich, do których dostępu bronią kolejne „szczyty” organizowane przez regionalne kooperatywy – nierzadko wewnętrznie podzielone i skonfliktowane, pomijając już nawet kwestię wewnętrznej kondycji poszczególnych państw wchodzących w skład takiego gremium. Był to zresztą również stały problem OPM; organizacja ochoczo weryfikowała aktywność państw kandydujących, choć sama nie miała ochoty usuwać mumii z własnych szeregów.

Truizmem będzie stwierdzenie, że procedura „wyrażania zgody” na sąsiedztwo (morskie lub lądowe) niejednokrotnie przypomina upokarzający casting, w którym nowe państwo, często cieszące się już uznaniem międzynarodowym, wchodzi w rolę pokornego petenta, zmuszonego do obłaskawiania przedstawicieli nowego otoczenia. Szczególnie wymowne są tu głośne w ostatnich miesiącach przypadki Królestwa Agurii i Zjednoczonego Socjalistycznego Królestwa Hirshbergii i Weerlandu – odpowiednio w odniesieniu do państw Nowego Kontynentu (Vårlandu) oraz w kontekście starań o miejsce na mapie Kontynentu Wschodniego (Istokii).

Wdzięczność petenta – studium przypadku

Do rangi symbolu urasta fiasko trzymiesięcznej (!) misji króla Arkadiusza II Filipa, który w trakcie wizyty w Wiedniu usłyszał od przedstawiciela lokalnych władz pytanie – konsekwentnie ponawiane zresztą w trakcie całego procedury negocjacji – o „korzyści”, jakie Monarchia wyciągnie ze zgody na częściowe sąsiedztwo istniejącego już wówczas od blisko dwóch lat (!) państwa. „Co wasz kraj ma nam do zaoferowania?” – przytomnie dopytywał gościa austro-węgierski polityk. W odpowiedzi padały standardowe argumenty z abecadła mikronacyjnego dyplomaty: współpraca polityczna, może gospodarcza, wszystko jednak w granicach rozsądku, bez potrzeby bicia fabularnej piany. W trakcie negocjacji, przypominających raczej dramatyczny monolog wygłoszony na bezludnej wyspie, hirshberski gość sięgnął wreszcie po argument ostateczny: „Podstawową i najrealniejszą wartością jest nasza wdzięczność”. Jak można przypuszczać – nie wystarczyło. Sprawę zakończyło szczere oświadczenie Cesarza, który stwierdził, że, koniec końców „nie widzi  żadnych korzyści dla Monarchii z lokacji nowego państwa na naszym kontynencie„.

Cała dyskusja odbywała się, jak to w Wiedniu, z poszanowaniem dobrych manier. W autentycznie ciepłym tonie Monarcha zasugerował rozmówcy, by ten poszukał szczęścia „na kontynencie, na którym leży Sarmacja”. Szczególnie przykrym momentem tej niedoszłej do skutku transakcji była rzeczowa uwaga zrezygnowanego króla Arkadiusza II Filipa: „Brak jednolitego systemu gospodarczego uniemożliwia nam jednorazowe lub czasowe płacenie daniny„. Skoro paciorków i koców zabrakło, Indianie bez żalu odprawili białych traperów. Ta merkantylna konwencja, w jaką wprasowała się wiedeńska pogawędka przy marmurowym kominku, sama w sobie przecież dość osobliwa,  ma jednak swoją logikę.

W Grzybowej Dolinie

hirshberg1

„Ogłasza się wszem i wobec, ze ZSKHiW kontynentalne znajduje sie na Ostii, a jak komuś nie pasuje, to niech sie w dupę pocałuje” (źródło: Forum dyskusyjne ZSKHiW, sierpień/wrzesień 2012 r.)

Pragmatyczną postawę Wiednia – w myśl pokutującej tu i ówdzie filozofii starszaków, nakazującej nogami i rękami bronić się przed zalewem młodzieżowej barbarii – można przecież zrozumieć i wzmocnić dodatkowymi argumentami, powołując się na pikantne przykłady kilku tuzinów efemerycznych i anonimowych forumnacji – z reguły wakacyjnych happeningów. A te, po serii buńczucznych deklaracji swoich skrzacich imperatorów, rozpadały się niczym krecie kopce. Czasem tylko po to, by pojawić się w innym miejscu i pod zmienionym szyldem. Wątpliwe jednak, by był to przypadek ZSKHiW i jego energicznego monarchy – nota bene autora ponad setki postów na forum Monarchii (niepodobna było zatem uznać hirshberskiego gościa w Wiedniu człowiekiem znikąd).

Wydaje się nawet, że ojczyzna Arkadiusza II Filipa, zaangażowana w cokolwiek komiczne spory z rzeczywistością „Dzikich ze stepów” (jak nazywają pogardzane yoyonacje*) i – z drugiej strony z domeną „Leśnych Dziadków z Grzybowych Dolin” (jak pieszczotliwie nazywają stary Dreamland, Scholandię i inne – w ich ocenie – najwyraźniej zrakowaciałe twory, utrzymujące się na mikronacyjnej powierzchni kosztem psychicznej eksploatacji niedobitków dawnych elit), mogłaby z powodzeniem odegrać rolę nieomal cywilizatorską w nowym kontekście geopolitycznym. Również na Kontynencie Wschodnim, w niemałej przecież części rozparcelowanym między państwa schorowane i dogorywające. Polski mikroświat, od lat pozbawiony politycznych centrów i powszechnie akceptowanych norm prawa międzynarodowego, pilnie potrzebuje takich „cywilizacyjnych przedmurzy”, odpornych na sezonowe turbulencje i zarządzanych przez przytomnych i doświadczonych mikronautów. Nawet jeśli nie zawsze odpowiada nam poczucie humoru elit ZSKHiW.

Mogłoby jeszcze królestwo Arkadiusza Filipa odegrać rolę mostu między dwoma światami, które nie chcą się dziś znać. Najlepszym dowodem liczba traktatów uznaniowych zawartych między starymi monarchiami a mikronacjami powstałymi w ciągu ostatnich dwóch-trzech lat.

Międzynarodowe Forum Kartograficzne otwarte jest dla wszystkich zainteresowanych państw.  Premier Daniło de la Vega zaznaczył w wypowiedzi na dreamlandzkim forum dyskusyjnym: „Stopniowo będziemy przekonywać i pokazywać, o co nam chodzi i jak będziemy starać się zmierzać z problematyką międzynarodowych map. Nie jest i nie będzie to łatwe. Ale trzeba się tym zająć”.

* Co król Hirshbergii i Weerlandu podkreśla również w oficjalnej tytulaturze: (…) Nieomalże Niepokonany Pogromca Dzikich w ogólności, a na Pograniczu Wschodnim w szczególności (…)

 Przeczytaj również:

8 komentarzy do " Mikronacyjne Forum Kartograficzne: w poszukiwaniu alternatywy "

  1. AIIF napisał(a):

    Dziękuję za poruszenie tej, jakże istotnej dla nas i całego Polinu, kwestii na łamach „Kuriera”. Jedyna moja uwaga tyczy się określenia „Grzybowa Dolina”, gdyż nie przypominam sobie abyśmy używali go w określeniu do Dreamlandu. ;)

    Wizyta naszej delegacji w Wiedniu to już dawne dzieje. Cieszę się jednak, że sprawa nie pozostała bez echa- czy to na korzyść naszą czy C.K. Monarchii.

    Dodam także, że nie oceniamy Orientyki jako kontynentu „opanowanego” przez państwa dogorywające. Bądź co bądź np. Trizondal czy Victoria (co byśmy o Jej Mieszkańcach nie mówili) wykazują się bardzo dobrą aktywnością.

  2. Jacques de Brolle napisał(a):

    Oczywiście – obecność Dreamlandu w kontekście owych „grzybowych dolin” to moja interpretacja opisu zawartego na stronach hirshbersko-weerlandzkiego FAQ (http://hirshbergiaweerland.cba.pl/index.php?topic=1439.0). Autor okazał sie na tyle łaskawy dla starego świata, że nikogo palcem nie wskazał. Opis jednak, ku mojemu rozbawieniu, pasuje jak ulał.

    Pisząc o schorowanych gospodarzach Kontynentu Wschodniego – a jest to w moim odczuciu obnecnie najciekawszy region mikroświata – nie miałem na myśli Trizondalu, Austro-Węgier i Surmenii. Byłoby to zresztą niespecjalnie przekonujące w kontekście kiepskiej kondycji mojej rodzimej Mikrooceanii, gdzie w ostatnich latach niemal wszyscy złapali zadyszkę.

  3. Budzimir napisał(a):

    Pragnę dopowiedzieć, iż ‚Dzicy ze stepów’ to konkretnie Republika Victoria z którą jesteśmy skonfliktowani odkąd obrazili naszą misję dyplomatyczną mającą na celu wzajemne uznanie się. Choć kilka tygodni wcześniej się do tego zobowiązali nie byliśmy już tego ‚godni’.

  4. Daniło de la Vega napisał(a):

    Sam traktat jest dość długi jak na nasze realia, ale nie trzeba długo czytać by dostrzec, że MFK kładzie nacisk na pomocniczość wobec polityk zagranicznych prowadzonych jak się komu żywnie podoba przez każde z państw członkowskich – mając tę zasadę na myśli pisano cały traktat. MFK daje narzędzia ale nie ma być postrzegane jako grupa trzymająca władzę nad ziemią mikroświata, dzieląca lądy, w której prowadzi się wielką grę o wpływy – nie. Trzeba to jasno powiedzieć. Organizacja jest dla każdego, daje podstawy do uprawiania prawdziwej polityki zagranicznej – de facto rysuje tylko mapy kierując się pewnymi wytycznymi i wobec właśnie nieskończoności tego świata rzuca pewne ramy przyzwoitości i zdrowego rozsądku. Państwa członkowskie dostają filary do swojej aktywności międzynarodowej – możliwie wysoce rzetelne mapy sporządzone o klarowne zasady. Np. umowy graniczne – MFK wprost stwierdza, że granice państw ustalają sobie one same, nikt w Radzie Mapy ani w Komitecie Kartograficznym na czyjąś prośbę granic nie zmienia ani nie dorysowywuje terytoriów. To, że gdzieś się chce rządzić trzeba udowodnić – i tak samo właśnie jest z uzyskiwaniem sąsiadów – jakie prawa ma mieć mój kraj do decydowania o tym, kto zamieszka na lądzie, który mi nie podlega? Jeżeli mam sprawnych dyplomatów to postarają się o to, by tam gdzie nie chcę, by dany kraj był, powstał on słabszy lub odizolowany lub zagarnę te ziemie. Państwa-bufony, które lubią być proszone o de facto „być albo nie być” w danym regionie – lepiej niech od razu osiadają na wyspach na „końcu świata” – tam jest się gdzie rozpychać łokciami.

    Zaś krótko ad. obwieszczenia ZSKHiW – klarowne i wyraziste. „Gesty Kozakiewicza” powinny brać górę, jeżeli „polityczna poprawność” zawodzi. Zostaną na pewno zapamiętane w pozytywnym świetle :)

  5. Bardzo fajnie się pisze takie rzeczy w Dreamlandzie, który – o ile mi wiadomo – nie ma granicy lądowej z żadnym państwem.

    Artykuł jest napisany bez jakiegokolwiek wstępu historycznego, gdy chodzi o państwa „żebrzące” o miejsce, a należałoby dodać, że w przeszłości w Ostii lokowały się wszystkie państwa jak leci, także mnóstwo yoyonacji – co bardzo obniżało rangę kontynentu. Nie mówię, że Hirshbergia i Weerland to yoyonacja, ale chodzi o to, by zrozumieć, dlaczego na Ballplatz należało dmuchać na zimne. Zanim więc ktokolwiek zacznie godnym polityka tonem pouczać innych, co mają robić ze swoimi granicami, niech zdobędzie na ten temat trochę wiedzy :-).

  6. Jacques de Brolle napisał(a):

    Innymi słowy – wyspiarze nie powinni wypowiadać się o problemach państw śródlądowych. Gwoli ścisłości – miewaliśmy w przeszłości najróżniejsze zgrzyty dyplomatyczne. Zwłaszcza, gdy nowe mikronacje „lądowały” nam jako wyspy wulkaniczne gdzieś między wyspami dreamlandzkiego archipelagu. Prowadziliśmy podobne negocjacje w sprawie Cesarstwa Arctiq (2010r.), całkiem niedawno ponownie wypłynęła stara spraw dreamlandzkich terytoriów powierniczych na Kontynencie Zachodnim (zajęte przez Boherat Berecji w 2010r., obecnie przez Wlk. Ks. Solardii). Jest wreszcie dyplomatyczny pat w sprawie Monderii. Nie funkcjonujemy zatem w próżni, pomijając już banalny fakt, że w warunkach mikroświata granice morskie są tak samo fikcyjne, jak te lądowe.

    Na drugi zarzut odpowiedziałem już w miejscu, gdzie WCKW rozwinął swoje wątpliwości – czyli na forum Dreamlandu.

  7. Jaskoviakus napisał(a):

    Użycie przykładu ZSKHiW dla ilustracji problemu kartografii Pollinu jest moim zdaniem nieco chybione.

    ZSKiW jest – i co do tego nie ma wątpliwości – bardziej aktywną społecznością niż co najmniej kilka państw Orientyki. Tyle, że jeszcze jakiś czas temu tak nie było. Oczywiście, źle świadczy o rządach Orientyki, że nie zauważyły przepoczwarzenia się ZSKHiW z yoyonacji w państwo wirtualne nieodstające poziomem od reszty – ale nie może dziwić to, że ZSKHiW spotkało to samo, co większość młodych państw, które roszczą sobie pretensje do ziem, czyli – mówiąc kolokwialnie – zlewka. To, że ZSKHiW na nią nie zasłużyło, jest osobną kwestią i nie należy bezpośrednio do problemu kartograficznego.

    Nie podważa to jednak generalnej zasady, że ścisła kontrola państw kontynentu nad pojawianiem się tuż za ich granicami nowych bytów politycznych jest potrzebna. Piksele na mapie SĄ ważne. Geopolityka powinna być ważną częścią mikronacyjnej dyplomacji. A skoro tak, to pikseli, z którymi graniczymy, nie oddajemy byle komu.

    Bynajmniej nie uniemożliwia to zajęcia terenów niczyich/opuszczonych. Weźmy choćby przyłączenie Północnego Vaarlandu (Estonii) do Eskwilinii – jako Guberni Osteryjskiej. Dało się? Dało. Niektóre państwa Vaarlandu sprzeciwiały się? Sprzeciwiały. Życie toczy się dalej, dyplomaci mieli dużo zabawy.

  8. Jacques de Brolle napisał(a):

    Problemów stricte kartograficznych – w rozumieniu skalowania czy uwzględniania współrzędnych – niemal w ogóle w tekście nie poruszałem, odsyłając do załączonego na dole Przewodnika.

    Przykłady Agurii i ZSKHiW pojawiły się w tekście jako problemy polityczne, związane z potrzebą uzyskania jednomyślnej aprobaty państw sąsiednich, co niejednokrotnie bywa przeszkodą nie do pokonania. Nie chodzi tu zresztą wyłącznie o protekcjonalny stosunek do nowych państw, którym nie ufamy. Wystarczą tarcia i animozje w obrębie samego regionu, by uniemożliwić skuteczną lokację państwu X, faworyzowanemu przez któreś z pozostających w konflikcie państw regionu. Polityka zagraniczna bywa często wypadkową mało chlubnych, małostkowych skłonności decydentów.

    MFK przewiduje w tym zakresie rozwiązania, które kładą kres praktykom handlu terytorium kontynentu i utrudniają sytuację, w której, jak opisałem w artykule, państwo starające się o wspólną granicę niedwuznacznie wspomina o daninie, co już na stracie ustawia relacje międzypaństwowe. Wykoślawia je.

    W tym sensie casus ZSKHiW jest najbardziej spektakularnym przykładem ostatnich lat.

Dodaj komentarz

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.



Copyright © 2012-2014 KURIER – Mikronacyjny Serwis Prasowy. All rights reserved.
Designed by Theme Junkie. Powered by WordPress.