Jesteś tutaj: Home // Antyra, Kartografia, Nowy Kontynent (Vaarland/Estella) // Stare problemy Nowego Kontynentu

Stare problemy Nowego Kontynentu

Na Nowym Kontynencie dobiega właśnie końca procedura ratyfikacyjna Traktatu Paryskiego, powołującego do życia Radę Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa. Nowa organizacja rozpocznie pracę 1 lipca. Tego dnia państwa regionu formalnie przekażą Radzie wyłączne kompetencje w zakresie kształtu wspólnej mapy, ziem niczyich i polityki wobec krajów aspirujących do miejsca na kontynencie. Rada decydować będzie również o wyznaczaniu kierunków współpracy militarnej w regionie i kreować politykę wobec obszarów położonych poza kontynentem.

W stolicach Nowego Kontynent daleko jednak od atmosfery podniosłego wyczekiwania. Jeszcze w maju władze Królestwa Skarlandu podjęły decyzję o wyhamowaniu procesu integracyjnego i ostatecznej rezygnacji z udziału w Radzie, nie szczędząc przy tym słów cierpkiej krytyki pod adresem organizatorów paryskiego szczytu. Dwuznaczne oceny wywołuje również absencja najmłodszych państw kontynentu – Królestwa Agurii i Republiki Palmowej – które nie zostały zaproszone do udziału w obradach szczytu paryskiego. Szukające alternatywy Aguria i Skarland postanowiły związać swój los w ramach Wspólnoty Korony Catalán. „Nie ma jedności, kontynent popękał wzdłuż i w szerz” – gorzko zauważył agurski arystokrata Mikołaj Gorewicz. Pod wieloma względami sytuacja geopolityczna na Nowym Kontynencie stanowi lustrzane odbicie sąsiedniego Kontynentu Wschodniego, gdzie trwają właśnie obrady Kongresu. Dwa najbardziej rozpoznawalne dziś regiony polskiego mikroświata zwierają szyki i wprowadzają wewnątrzklubową dyscyplinę.

estella

Mapa Nowego Kontynentu

Szampan w Paryżu, szampon w Walencji

 „Idea sformalizowania współpracy pomiędzy państwami le Nouveau Continent zrodziła się już dawno” – mówi Kurierowi Jean-Louis de Murville, prezydent Republiki Francuskiej. „Do tej pory jednak nie udawało się tych planów urzeczywistnić, toteż nie ulega wątpliwości, że wydarzenie, z którym mamy do czynienia, jest historyczne. Otwieramy tym samym nowy rozdział i żywię nadzieję, że będzie on długi i zapisany złotymi zgłoskami”. W ocenie francuskiego prezydenta Rada stanowi „odpowiedź na realne potrzeby” i ma szanse rozwiązać „powstające problemy”. A tych na politycznie podzielonym kontynencie nie brakuje. De Murville zachowuje jednak spokój i podkreśla, że „wszystko zależy od państw członkowskich i ich dalszego nastawienia do projektu”. Doświadczony Malcher E. Naw, który odpowiada za politykę zagraniczną odrodzonej Wielkiej Polondii, widzi sprawę w podobny sposób: „Jesteśmy zdania, że Vaarland mówiący jednym wspólnym głosem w sprawach dla nas ważnych to silniejszy i bezpieczniejszy Vaarland”.

Murville

Jean-Louis de Murville – Prezydent Republiki Francuskiej i gospodarz ostatniego szczytu państw kontynentu

Zupełnie inne nastroje panują w stolicy Skarlandu. Zamiast o „złotych zgłoskach” i nadziei na uzdrowienie sytuacji król senior Norbert I Catalán woli mówić o „vaarlandzkim badziewiu” i „organizacyjnej klapie”. W głośnym swego czasu artykule prasowym szef skarlandzkiego rządu nie krył swej irytacji, gdy pisał o „totalnej porażce dyplomatycznej” Paryża i Warszawy – organizatorów dwóch dotychczasowych szczytów państw regionu. Przedstawiciel rodu Catalán, zarzucając Francji i Rzeczpospolitej Obojga Narodów ambicje mocarstwowe, wściekle krytykował przede wszystkim fakt nieobecności przedstawicieli Agurii, której – w odróżnieniu od szczytu w Warszawie – tym razem nie przyznano nawet statusu obserwatora. Cierniem w oku skarlandzkiego polityka pozostaje jednak Wielka Polondia, która – mimo ubiegłorocznego upadku i szczęśliwie przezwyciężonych problemów z zachowaniem ciągłości państwowej – znalazła się w uprzywilejowanym gronie państw założycielskich nowej organizacji. Zamiast aktywnej i dynamicznej Agurii, podkreśla skarlandzki premier, „wolano dołączyć zdechłą Wielką Polondię”. Wzajemnych animozji i nieporozumień jest zresztą więcej. Kilka tygodni temu sporo kontrowersji wśród dyplomatów kontynentu wywołał pomysł powrotu Skarlandu na ziemie opuszczonego Rohanu. Zielone światło do radykalnej zmiany kursu nadeszło z Pałacu Królewskiego: z początkiem maja Królestwo Skarlandu „zawiesiło proces ratyfikacji obu dokumentów z uwagi na to, jak potraktowano Agurię”. Kropkę nad „i” postawił dziesięć dni później sam monarcha, który nie wyraził zgody na na zaciągnięcie zobowiązań, które nakłada na państwo Traktat Paryski. Niemal równocześnie uroczyście proklamowano powstanie Wspólnota Korony Catalán – nowokontynentalną wersję dreamlandzkiej Wspólnoty Korony Ebruzów. Podpis pod tekstem traktatu złożył w Valencii JKM Gryhory I. „Mamy nadzieję, iż dzisiejszy dzień będzie ogromnym wydarzeniem w historii naszych państw i początkiem wielkiego przymierza nas łączącego” – obwieścił z nadzieją król Agurii.

 Geopolityka złudzeń

herb WKCat

Wzór herbu Wspólnoty Korony Catalán

 W efekcie możemy dziś mówić o coraz wyraźniejszej dwutorowości w ewolucji nowokontynentalnych stosunków politycznych. Znany z konfrontacyjnych wypowiedzi Norbert I Catalán zasugerował półżartem, że jego ojczyźnie coraz bliżej do statusu odrębnego „subkontynentu”. Referując obywatelom Agurii przebieg zakończonego w kwietniu kongresu – zapewniał: „My też mamy już dość tego, co Paryż i Warszawa wyprawiają”. Do powstania dwóch równorzędnych bloków raczej nie dojdzie – obie organizacje stawiają przed sobą cele raczej skromne i wyraźnie defensywne. Tradycyjnie pierwszoplanowym problemem państw członkowskich jest regres demograficzny. Rada deklaruje w pierwszej kolejności obronę szczelności granic kontynentu, Wspólnota kładzie nacisk na wewnętrzną konsolidację. Przykład podobnych tworów tego rodzaju z zachodniej części mikroświata – Wspólnoty Korony Ebruzów, Unii Mikrooceanii czy Wspólnoty Austro-Węgierskiej – stanowi raczej historię papierowych tygrysów i ambitnych projektów dla „przyszłych pokoleń”. Czy agursko-skarlandzka Wspólnota dysponuje dziś potencjałem wystarczającym do odgrywania roli istotnego gracza na geopolitycznej szachownicy regionu?

 „Nie upatruję poważnego zagrożenia w inicjatywie Skarlandu i Agurii (…) dla interesów Francji i le Nouveau Continent” – ocenia francuski prezydent Jean-Louis de Murville. „Organizacja ta ma charakter izolacyjny względem reszty kontynentu, jest pewną próbą szukania swojego miejsca przez Skarland w zastanej rzeczywistości” – przekonuje i zaraz dodaje – „władze Królestwa Skarlandu swoimi działaniami wywołały zachwianie swojej powagi, jak i niechęć pozostałych państw kontynentu. Skarland i Aguria postanowiły podążać własną drogą nie akceptując pewnych reguł i uwarunkowań, a dokąd ich to zaprowadzi to czas pokaże”. „Izolację” Skarlandu podkreśla również cytowany wyżej Malcher E. Naw, w którego ocenie „mało kto w regionie traktuje Skarland poważnie”. Polondzki polityk zachowuje jednak optymizm: „W historii regionu nie było jeszcze tak dużej woli współpracy jak teraz, co jest szansą i wyzwaniem, by zmierzyć się z trapiącymi nas problemami i pokierować Vaarland ku zjednoczeniu”.

 Aguria – wieczny petent?

Królestwo Agurii obchodzić będzie w sierpniu dwulecie swojego powstania. Mimo kilkunastu miesięcy intensywnych zabiegów dyplomatycznych jej władzom do dziś nie udało się zagwarantować pełnoprawnego miejsca Królestwa w gronie państw Nowego Kontynentu. Lustrując zawartość agurskiego forum dyskusyjnego nasuwa się jeden wniosek: żaden temat nie wywołuje tam emocji porównywalnych z powracającym jak bumerang wątkiem płynnej tożsamości geopolitycznej Agurii.

flaga Agurii

Flaga Królestwa Agurii

Po oprotestowanej przez sąsiadów lokacji kraju na stałym lądzie, Aguria zdecydowała się na migrację na odizolowaną wyspę położoną na kontynentalnym szlifie. Jeszcze kilka miesięcy temu mogło się jednak wydawać, że po ratyfikacji warszawskiej konwencji w sprawie ziem niczyich Aguria w końcu znalazła swoje miejsce w drugim szeregu państw kontynentu, ale i ta konstatacja stała się problematyczna w kontekście braku zaproszenia na szczyt w Paryżu. Gdy okazało się, że wypracowany we Francji tekst nowego traktatu w całości deroguje poprzedni dokument – traktowany przez Agurczyków w kategoriach świadectwa przynależności do wymarzonej wspólnoty – w ojczyźnie JKM Gryhorego I podniósł się iście apokaliptyczny lament. Traktat Paryski co prawda „potwierdza ważność i trwałość” przyjętej w Warszawie konwencji, ale obywatele Królestwa widzą sprawą inaczej. „Unieważniono nasze członkostwo we Wspólnocie Vaarlandzkiej” – zauważył gorzko hrabia Jakub Pilch. „Takiego policzka, mimo wcześniejszych upokorzeń, Aguria jeszcze nie dostała. Nie wiem czy taki przypadek miał miejsce w stosunkach międzynarodowych v-świata, ale wiem, iż żadne państwo wirtualne nie pozwoliłoby sobie na takie traktowanie”. Senator Kacper Sokolinicki również nie ma złudzeń: „Czas zacząć budować własną tożsamość polityczną, zamiast po raz enty pukać do drzwi Vaarlandu i odgrywać rolę pokornego petenta”.

Gorewicz: Włóżcie wory pokutne!

Frustracji nie zamierzał ukrywać również Mikołaj Gorewicz, który kilkakrotnie publicznie zaapelował do króla o zaprzestanie podejmowania kolejnych prób negocjacji, przywołując deprymujące przykłady nieprzychylnej postawy sąsiadów. Czarną listę agurskiego arystokraty otwierają Francja i Wielka Polondia. Ogólna atmosfera polityczna na kontynencie – małoduszność, fragmentaryzacja, apatia. W ocenie Gorewicza „żadne z państw nie traktuje się partnersko, każde państwo uważa się za lidera regionu lub chce za takie uchodzić”.

Maarienhama

Północy obszar Nowego Kontynentu – okolice eskwilińskiej Osterii

Temperatura dyskusji wzrastała wraz z ujawnianiem kolejnych faktów. A fakty – jak to fakty – podlegają rozmaitej interpretacji, zwłaszcza w warunkach gorącej polemiki i szczątkowych doniesień. Szczególną irytację wywołał fakt niespodziewanego pojawienia się u północnych wybrzeży kontynentu Wyspy Maarienhama, którą w maju eskwilińska generalicja dosłownie wyczarowała na morzu na potrzeby jednorazowej operacji militarnej: wojsko miało oczyścić wyspę z piratów, którzy się tam zagnieździli. „Co jednym wolno własną uchwałą uczynić, inni przez półtora roku starać się muszą, po pięć razy o zgodę wszystkich pytając” – skomentował zrezygnowany Gorewicz, dla którego była to zresztą ostatnia dyskusja, w jakiej wziął udział przed wycofaniem się z życia wirtualnego. „Załóżcie jeszcze na siebie wory pokutne i na kolanach idźcie do Wielkiej Polondii po zgodę. Tak trudno wam zrozumieć, iż dostaliśmy kopa w dupę”. Plan awaryjny? „Zamiast włazić wszystkim na kontynencie w dupę, zacznijmy budowę własnego archipelagu. Archipelag, na którym będzie miejsce dla wszystkich odrzuconych „kamieni” jak my”.

Dwa końce kija

Cały problem oceniany jest zupełnie z perspektywy dygnitarzy Wielkiej Polondii. Malcher E. Naw widzi sprawę w sposób daleki od sentymentów. Nie przekonuje go poetyka „archipelagu odrzuconych kamieni”: „Aguria nie zrobiła nic w kierunku poprawienia relacji, a w dalszym ciągu powszechne jest ich wrogie nastawienie do Polondczyków.  To (..) nie jest budujące i obecnie uniemożliwia jakiekolwiek relacje dyplomatyczne. W całej sprawie rozpoczynającej konflikt, czyli ignorancji zamieszkałych państw przez władze Agurii przy aspiracji do włączenia jej do Vaarlandu, zabrakło chęci porozumienia i wzajemnego zrozumienia”.

Postawę państw kontynentu próbował Agurczykom tłumaczyć w maju arcyksiążę Jan Radziwiłł z Rzeczypospolitej Obojga Narodów. „Aguria nie przestała być członkiem kontynentu” – zapewniał, klarując swoim słuchaczom przytomnie, że „sama egzystencja na kontynencie nie wymaga przyjęcia konwencji i tym podobnych”. Arcyksiążę Radziwiłł zwrócił również uwagę na fakt zgoła zaskakujący: władze Królestwo Agurii nie podjęły we właściwym czasie żadnych środków dyplomatycznych zmierzających do zagwarantowania obecności własnych przedstawicieli na szczycie w Paryżu, ograniczając się jedynie do podgrzewania atmosfery na własnym forum dyskusyjnym. Co, nawiasem mówiąc, przyznał uczciwie były minister spraw zagranicznych Królestwa Agurii. „Czyżby dyplomaci agurscy byli niemi?” – pytał przekornie arcyksiążę Radziwiłł w imieniu Rzeczypospolitej, która już w styczniu wydała formalną zgodę na włączenie Archipelagu Manty – gdzie zlokalizowana jest dziś Aguria – w obręb Nowego Kontynentu.

Aguria wciąż należy do najciekawszych mikronacji najmłodszej generacji. Dzisiaj jest już jednak zaledwie cieniem samej siebie sprzed roku, gdy na łamach Kuriera z uznaniem pisaliśmy o niej po raz pierwszy. Władze Królestwa stoją wobec pilnej potrzeby podjęcia decyzji o charakterze strategicznym – być może podejmie je dopiero Piotr Konstanty Petrowicz – następca tronu i prawdopodobnie ostatnia nadzieja agurskich realistów. Obecny monarcha wykazuje podziwu godną cierpliwość, konsekwentnie trwając w swej pojednawczej postawie wobec oponentów na kontynencie. Stawką jest przetrwanie państwa, które kurczy się w tempie porównywalnym jedynie z procesem obserwowanym w Królestwie Scholandii i – do niedawna –  Dreamlandu.

 „Jak Kaczyński i Macierewicz”

 „Rola Francji ma charakter pozytywny, niczego nie narzucamy, sami nie inicjujemy konfliktów, proponujemy wyważone rozwiązania” – przekonuje prezydent de Murville i przedstawia niuanse: „Należy podkreślić, że jest pewne stałe uwarunkowanie, określane mianem dwóch płuc kontynentu, czyli Francji i RON, co zapewnia pewną zdrową równowagę i uniemożliwia wybicie się jednego państwa do rangi hegemona”.

Czy w gronie państw Nowego Kontynentu można mówić o wyraźnej hierarchii? W maju skarlandzki król senior podzielił się swoimi refleksjami na łamach El Reino, szorstko konstatując:

„Rzeczpospolita Obojga Narodów od dawna kreuje się na mocarstwo i zasłania się znajomościami w mikroświecie najczęściej (…) Monarchią Austro-Węgier, a teraz także i Rotrią, kilka razy straszyli hakerami, kraj ten prezentuje sobą to, co najgorsze w takiej realnej partii politycznej: PiS – niczym Kaczyński i Macierewicz próbują innym narzucać swoją wolę”.

Lista potencjalnych liderów regionu zawiera jednak więcej pozycji. Wszystko zależy oczywiście od miejsca, w którym przeprowadzimy sondę. Jak przytomnie podkreśla Malcher E. Naw z Wielkiej Polondii, „umowne wyznaczanie liderów w regionie sprzyja stymulacji lokalnej polityki zagranicznej i jest korzystne, dopóki posiada się do tego dystans”. Zapytany wprost odpowiada: „Dzisiaj na lidera można wskazać Francję”.

Francja – deklaracje i rzeczywistość

Również według Norberta Catalána drugim – po Rzeczpospolitej – ze „świeżo awansowanych mocarstw” jest Francja, gospodarz ostatniego szczytu, choć akurat ten ranking zawiera w sobie spory ładunek jadowitej ironii. Czy jest to gracz porównywalny z Rzeczpospolitą? Ambicje to jedno, realne możliwości to drugie – sugeruje między wierszami redaktor El Reino, ujemnie oceniając rozeznanie prezydenta de Murville’a w zakresie polityki zagranicznej. Na forum Agurii nie dzieli jednak włosa na czworo i stawia jednoznaznaczną diagnozę: „Francja ogólnie jest ostatnio zamotana, a właściwie od upadku I Republiki, a później Królestwa kraj ten stara się wykreować na silne, ale coś kiepsko im to idzie”.

Publicystyka karmi się uproszczeniami, więc słowa skarlandzkiego męża stanu można zrozumieć po uwzględnieniu kontekstu. Pewne okoliczności częściowo potwierdzają ten czarny obraz Republiki Francuskiej.

Znakiem rozpoznawczym dzisiejszej Francji jest relatywnie wysoki poziom debaty publicznej. Lektura postów publikowanych przez jej czołowych polityków należy do przyjemności. Kluczową bolączką jest jednak mizerna aktywność obywatelska. Choroba daje wszystkie możliwe objawy. Permanentna absencja szefa rządu, kryzys polityczny skutkujący koniecznością rozpisania wcześniejszych wyborów do Zgromadzenia Narodowego i – oględnie mówiąc – przygnębiający bilans demograficzny ostatnich tygodni. W efekcie Pałac Prezydencki Jeana-Louisa de Murville’a przez cały poprzedni miesiąc przypominał oblężoną twierdzę, raz po raz szturmowaną przez jego politycznych oponentów, którzy obarczają szefa państwa za złą kondycję Republiki. Retoryczne instrumentarium opozycji czasem jednak zaskakuje: w ostatnim tygodniu maja Tristan de Filipetti zasugerował publicznie, że prezydent de Murville to w istocie Zdobysław Komorowski, obywatel Wielkiej Polondii. „Czy prezydent jest szpiegiem?” – pytał na forum z markowana troską. Podniesiona publicznie wątpliwość miała co prawda jedynie charakter nieweryfikowalnej hipotezy, ale tego rodzaju oskarżenia nie służą budowaniu mocnej pozycji międzynarodowej. Co zauważono choćby w Agurii. „Francja która obejmuje prezydencje w Radzie Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa, jest wewnętrznie rozdarta i skłócona. Daje to poważne obawy dla przyszłego funkcjonowania nie tylko Rady, ale i współpracy regionalnej na kontynencie” – ocenia sytuację agurski kanclerz Maksymilian Horoch.

Ani żyrandol, ani dyktatura

Zarzuty wobec szefa francuskiego państwa oscylują między dwoma biegunami – od pretensji o pasywność po oskarżenia o zapędy dyktatorskie i antydemokratyczne. Krytyczny wobec obecnego prezydenta Jean-Pierre Lavandier, weteran francuskiej sceny politycznej, klarował swoje stanowisko na forum parlamentu: „Nie sprowadzam Pana roli do pilnowania żyrandolu, raczej chcę Pana z niego ściągnąć”. Sytuacja jest dynamiczna. Przed trzema dniami postawiony pod ścianą przez parlamentarzystów, prezydent Murville desygnował Lavandiera na stanowisko szefa rządu. Zapowiada się okres trudnej kohabitacji. W nowym gabinecie tekę ministra obrony narodowej objął wspomniany Filipetti. Zaskakujące? Polityka jest podobno sztuką kompromisu. W wygłoszonym wczoraj exposé Lavandier kurtuazyjnie zapewnia rodaków: „Nie przewiduje się innych działań jak tylko wspieranie poczynań Prezydenta na arenie międzynarodowej”.

lavandier

Jean-Pierre Lavandier – nowy szef francuskiego rządu

Dobrą minę do złej gry robi również sam prezydent, który zapytany o układ sił na kontynencie częściowo potwierdza opinię o liderującej na kontynencie Francji: „Jestem dumny tak jak wszyscy Francuzi, że podejmowane przez nas starania i wysiłki są doceniane. Jesteśmy do takiej roli przygotowani i w pełni świadomi odpowiedzialności jaka na nas z tego tytułu ciąży. Obliguje nas to do nadawania w pewnym stopniu tonu na kontynencie, co przejawia się wychodzeniem z różnymi inicjatywami, np. projektem Traktatu Paryskiego, który powołuje Radę, ale również szukania rozwiązań na powstające problemy np. spór o Rohan” – mówi Kurierowi Murville.

Jest więcej niż pewne, że przynajmniej na arenie międzynarodowej Francja przemówi jednym głosem. „W tej dziedzinie byłbym ukontentowany, gdyby tylko udało się powołać do istnienia francuską szkołę dyplomacji, której absolwenci będą budować pozycję Francji na arenie międzynarodowej” – deklaruje w swoim wczorajszym wystąpieniu nowy szef francuskiego rządu.

Z powrotem w Walencji

Może więc jednak Skarland? Oddajmy po raz ostatni głos namiestnikowi ds. polityki zagranicznej Wielkiej Polondii:

„Skarland próbuje kreować się na lidera poprzez agresję, tworzenie problemów i izolację, co jednak przynosi odmienne rezultaty. Moim prywatnym zdaniem dzisiaj mało kto w regionie traktuje Skarland poważnie, co jest tylko konsekwencją ich wrogiej polityki zagranicznej”.

Skarland_mapa

Skarland – mapa administracyjna

Wizyta na nowym forum Królestwa rozwiewa jednak wszelkie złudzenia. Puste korytarze urzędów, puste place miasta. Ani śladu po ubiegłorocznym wybuchu aktywności, który w porywach angażował do kilkunastu obywateli. Wątki zagraniczne w trakcie debaty na forum kończą się po dwóch-trzech zdawkowych komentarzach. Kontakt z władzami – utrudniony. Anegdotyczne są już trudności z uzyskaniem adresów mailowych czołowych polityków skarlandzkich. Od czasu do czasu przy dogasającym ognisku ktoś zagai temat związany z wielkim światem. Trzech dyskutantów, trzy różne opinie. W marciu Skarland obchodził piątą rocznicę swojego powstania. W warunkach mikroświata to efektowne osiągnięcie, które zasługuje na szacunek. Przemawiając do przybyłych z tej okazji gości JKM Andreas I pokusił się o małe podsumowanie: „Jaki był Skarland przez ten czas? Według mnie to była mikronacja w której zawsze coś się działo, ale nic wielkiego z tego nie wyszło”. Radosne święto i smutne przymówienie politycznego realisty, najwyraźniej nieskorego do prężenia mięśni do lustra.

Polityka zagraniczna mikroświata nigdy jednak nie była pochodną prawdziwego potencjału państwa. W przestrzeni międzynarodowej ścierają się jednostki, społeczeństwa żyją własnym życiem. Liczba obywateli niemal nigdy nie przekłada się na zaangażowanie na polu międzynarodowym. Gdyby było inaczej, świat leżałby dziś stóp siedemdziesięciosobowego Księstwa Sarmacji i czterdziestosobowej Federacji Al Rajn. Ta pierwsza żyje jednak losem swoich utraconych libertów, ta druga – piłką nożną i polityką krajową. To szansa dla średniaków i ich osamotnionych rzeczników.

Prawie jak Orientyka

Nowy Kontynent zmaga się z problemami do złudzenia przypominającymi te znane nam doskonale z relacji prasowych poświęconych Orientyce – nawet jeśli w ten sposób poznajemy je co najwyżej w krzywym zwierciadle. Podobne problemy, podobne inicjatywy – wspólna mapa, problem nieużytków po państwach upadłych lub arbitralnie uznanych za upadłe, wspólne rozgrywki piłkarskie, zalążek anemicznej współpracy militarnej, kulturalnej, czasem nawet naukowej. Wszystko w drodze mniej lub bardziej intensywnej instytucjonalizacji.

 W obu przypadkach mamy do czynienia z twardym rdzeniem, peryferiami i listą petentów. Na Kontynencie Wschodnim są to obecnie Elderland i Zjednoczone Socjalistyczne Królestwo Hirshbergii i Weerlandu – przy niepewnym statusie Hasselandu, Ciprofloksji i Winktown – po drugiej stronie cieśniny to Republika Palmowa i Królstwo Agurii: formalnie w środku, w praktyce gdzieś na orbicie. Odpowiednikiem transkontynentalnego Elderlandu – terytorialnie rozciągniętego między Moreniką a Orientyką (Kontyntem Wschodnim) – odpowiada transkontynentalna Eskwilinia (obecna jednocześnie na Orientyce i Nowym Kontynencie), której delegaci uczestniczą w szczytach obu regionów. Politycy z Elderlandu nie mieli tyle szczęścia. Właśnie odbili się od ściany i wrócili z imprezy do domu, nie uzyskawszy statusu członka zwyczajnego. Poziom szczelności jest więc odmienny, czynnikiem rozstrzygającym okazuje się zaufanie.

Na Zachodzie bez zmian

Rozwój analogicznie pojmowanej wspólnoty na trzecim dużym obszarze geopolitycznym polskiego mikroświata – w jego najstarszej, zachodniej części – choć wydaje się uzasadniony wydłużającą się liczbą państw i terytoriów o niejasnym statusie, raczej nam nie grozi. Nowe mikronacje, które co jakiś czas wciąż pojawiają się w tym rejonie, trafiają na mapę po uzyskaniu zgody kartografa i – w najlepszym razie – najbliższego z sąsiadów. Być może kluczową rolę w wykształceniu się tego pozornie liberalnego, de facto jednak anarchicznego modelu odegrał wyspiarski charakter Moreniki (czasem nazywanej Mikrooceanią): większość zlokalizowanych tu państw, na czele z Dreamlandem, to archipelagi. Uzyskanie zgody ze strony większej liczby państw jawi się jako czasochłonne i często po prostu problematyczne – już na starcie wymaga choćby szeregu zabiegów marketingowych i quasi-dyplomatycznych. Morenika wydaje się zatem trwale rozhermetyzowana – choć w przeszłości bywało z tym różnie. Plusem obecnej sytuacji jest znaczna swoboda manewru, minusem – malejąca rozpoznawalność regionu (promowanego w formie cyklicznych kongresów i dzięki aktywnej organizacji regionalnej – choćby nieudolnej), więc i spadek atrakcyjności w oczach najmłodszego pokolenia mikronautów.

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , ,

7 komentarzy do " Stare problemy Nowego Kontynentu "

  1. Jaskoviakus napisał(a):

    Nieszczęsne wyspy Marienhama… Zatopić i zapomnieć, a w przyszłości wybierać lepsze poligony dla armii. :)

    A pomiędzy Eskwilinią i Elderlandem jest bardzo wyraźna różnica: Monderia to terytorium zamorskie, półniezależne Księstwo, „dominium Korony” (ktoś mniej wyrozumiały mógłby powiedzieć – kolonia), podczas gdy Osteria jest integralną częścią (gubernią) Eskwilinii.

    Ponadto, fakt, że Elderland jest złączony z Dreamlandem, również nie działa politycznie na jego korzyść. Sad but true.

    • Siergiusz Asketil napisał(a):

      Przykre jest to, że tak wysoko postawieni dyplomaci nie mają zielonego pojęcia o tym, o czym mówi się przez ostatni miesiąc.

      • Jaskoviakus napisał(a):

        Przyznaję się, że nie mam pojęcia, jak zinterpretować Dona wypowiedź, głównie z tego powodu, że nie wiem, czy owi „wysoko postawieni dyplomaci” odnoszą się do mnie; ja obecnie nie jestem dyplomatą.
        Jeżeli jednak miał Don mnie na myśli, proszę mnie oświecić: cóż takiego uszło mojej uwadze w ciągu minionego miesiąca?

    • Daniło de la Vega napisał(a):

      Takie same argumenty jak nasze. Elderland i Eskwilinia leżą na dwóch kontynentach. Oba kraje nie mają kolonii, a ich „standardowe” jednostki podziału terytorialnego są od siebie oddalone. Dowody na to można znaleźć na ich forach.

  2. Jean-Pierre Lavandier napisał(a):

    Świetny artykuł.

    • Cheewazz Khadil napisał(a):

      Bardzo dobry i wyczerpujący artykuł. Czytało się go z przyjemnością. I choć o wszystkich tych wydarzeniach było mi wiadomo, to ich syntetyczne podsumowanie opatrzone licznymi komentarzami polityków vaarlandzkich daje pełniejszy przegląd sytuacji.
      Dziękuje Redakcji Kuriera za podjęty trud dziennikarski :)



Copyright © 2012-2014 KURIER – Mikronacyjny Serwis Prasowy. All rights reserved.
Designed by Theme Junkie. Powered by WordPress.