Jesteś tutaj: Home // Zachód // Marazm i orgazm, czyli społeczeństwo kryzysu

Marazm i orgazm, czyli społeczeństwo kryzysu

„Kiedyś Księstwo było krajem o aktywności tak wielkiej, że żaden kraj dzisiejszego mikroświata nie może się temu poziomowi równać. Dzisiaj teoretycznie wciąż jesteśmy w czołówce, ale po drodze zaginął pewien element. (…) W ciągu paru lat istnienia Księstwa razem z rozwojem internetu, przeszliśmy ze społeczeństwa, które wiele dawało, zasypywało inicjatywami czy zachwycało kreatywnością do społeczeństwa, w którym dysponujemy nowszymi technologiami (…), ale nie przekłada się to na aktywność. A raczej wręcz przeciwnie”.

Diuczessa von Lichtenstein, autorka przytoczonych słów, przekonuje jednak, że kryzysu nie ma, aktywność powoli dźwiga się z kolan, a mówienie o marazmie jest przesadzone. Faktycznie, do marazmu nam daleko. Przez lata jednak wytworzyliśmy pewną kryzysową narrację, w której czujemy się niemal jak ryba w wodzie.

Jeśli Sarmaci akurat nie eksplodują aktywnością, w ciągu tygodnia nie pojawia się kilka nowych inicjatyw, gorących flejmów i naręcza publikacji prasowych, zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie narzekał na kryzys. Nawet, jeśli na kryzys nic nie wskazuje.

Schizofreniczne społeczeństwo kryzysu

Mogę zaryzykować twierdzenie, że z prawdziwymi kryzysami aktywności mieliśmy do czynienia kilka, może kilkanaście razy. Jedne z największych to tygodnie poprzedzające przepad w 2009 roku, kiedy przez kilka dni na liście dyskusyjnej nie pojawił się żaden post. Zgodnie przyznaje się, że z kryzysem mieliśmy do czynienia tuż przed abdykacją JKM Michała Feliksa, który długimi nieobecnościami potęgował zniechęcenie społeczeństwa. Wiele innych okresów mniejszej aktywności nie zbliżyło się choćby skalą do wyżej wymienionych. A i tak zewsząd dochodziły narzekania na kryzys. Tłum ludzi wychodził na pusty plac, rozpaczając, „kryzys!”, „kryzys!”, zamiast samemu coś zrobić i ten kryzys zakończyć. Schizofreniczne.

Przez lata wykształciliśmy schizofreniczną osobowość, która każe w każdym kącie doszukiwać się kryzysu aktywności. Żyjemy w społeczeństwie kryzysu, którego największym lękiem jest wyimaginowany zazwyczaj marazm, a największym marzeniem równie wyidealizowany, legendarny czas orgazmu aktywności. Kryzys, choćby tylko w sferze oczekiwań i narracji, stał się nieodzownym towarzyszem każdego Sarmaty. A narzekanie na niego i wieszczenie go sarmacką narodową przywarą.

Przyczyny tego stanu rzeczy leżą jednak w najzupełniej normalnych procesach społecznych.

Koniunktura aktywności

Aktywność nie może cały czas utrzymywać się na wysokim poziomie, nie mówiąc o ciągłym wzroście. Podlega raczej cyklicznym wahaniom, podobnie jak koniunktura w gospodarce. Po okresach marazmu mamy okresy orgazmu. Orgazm nie może jednak trwać zbyt długo, tego nie wytrzyma żadne serce. Trzeba chwili odpoczynku, momentu na przetrawienie wytworzonych w momencie prosperity dóbr kultury.

Cykle koniunkturalne wynikają w dużej mierze z faktu, że procesy społeczne działają na zasadzie sprzężenia zwrotnego. Działamy tak, jak działają inni. Wzorujemy się i naśladujemy. Kiedy partii spadają notowania, w pewnym momencie osiągną punkt krytyczny, w którym wszyscy się od niej odwrócą i sytuacja będzie nie do odratowania. Kiedy powstaje portal społecznościowy, po miesiącach promocji osiągnie masę krytyczną użytkowników, dzięki której rusza lawina kolejnych. I biznes już sam się kręci. Podobnie jest z aktywnością.

Dlatego też w kreowaniu aktywności, podobnie jak wzrostu gospodarczego, ogromną rolę ma rząd. Niewidzialna ręka aktywisty nie zawsze sprawi, że powstawać będą nowe inicjatywy. Jest ona leniwa i często niezbyt zwinna. Pokierować nią powinien rząd, łagodząc skutki spadku aktywności i potęgując synergiczny efekt jej wzrostu.

Niewidzialna ręka aktywisty

W sytuacji, gdy za sferę informatyczną i gospodarczą w dużej mierze odpowiada technokratyczna agencja, głównym zadaniem rządu, ale i dworu książęcego, powinna być polityka aktywności. Administracja powinna monitorować aktywności, by dostrzec moment jej spadku. Już wówczas powinna mieć gotowe rozwiązania, które odwrócą negatywny trend i nie dopuszczą do powstania spirali marazmu, w której kolejni obywatele zaczynają mówić o kryzysie i pogrążają się w bierności.

Cała administracja powinna wówczas wdrożyć programy kulturalne, fiskalne, społeczne, sportowe i polityczne, które przywrócą aktywność na ścieżkę wzrostu. To powinno być jedno, skoordynowane i zmasowane uderzenie, które odwróci trend i dzięki kolejnym sprzężeniom zwrotnym sprawi, że aktywność znów będzie rosnąć. Zachęceni obywatele zyskają optymizm i sami wyjdą z własnymi inicjatywami, które rząd powinien już tylko wspierać i nagradzać. Ten czas prosperity należy wykorzystać na planowanie, przygotowanie kolejnego pakietu antykryzysowego, bo wiadomo, że trend w końcu się odwróci. Szkoda jednak, że przez dekadę istnienia Sarmacji nie dorobiliśmy się takiego sprawnego mechanizmu.

Oczywiście odpowiedzialność nie leży wyłącznie po stronie państwa. Niezbędna jest dobra wola obywateli, drzemiąca w nich iskierka optymizmu, która może zostać zamieniona w płomień przez umiejętną politykę rządu. Obawiam się jednak, że życie w społeczeństwie kryzysu zasiało w wielu nas ziarno zwątpienia. A wielu innych skłoniło do porzucenia Sarmacji lub zejścia na drogę biernego obserwatora.

Zagubiony potencjał

Faktem jest, że jeszcze kilka lat temu potencjał drzemiący w Sarmatach wydawał się większy. Więcej było oryginalnych inicjatyw, działały telewizje, rozgłośnie radiowe, pojawiały się nowe gry i dzieła sztuki. Więcej było w mieszkańcach kreatywności, woli dobrej zabawy i rozwoju, który przysłaniał flejmy i polityczne wojenki, których nigdy przecież nie brakowało. A wszystko bez tantiem i zbierania zboża.

Nie możemy jednak znów dać się porwać narracji społeczeństwa kryzysu. Nie możemy mówić, że jest źle. Bo nie jest. Ale może być. Musimy działać, najlepiej jak umiemy, a przekonamy się, że pojawią się kolejni inteligentni, kreatywni, aktywni i obiecujący mieszkańcy, jak Roland Heach, jak Tytus Aureliusz, jak Kazelot Hamilton. Ci ludzie są naszą nadzieją, a niektórych już zmarnowaliśmy. Działajmy więc, a dołączą do nas nowi. I ta maszyna sama ruszy.

Pierwodruk: „Goniec Czarnoleski”, 7 lipca 2013 r. (link)

O Autorze

Henryk K. Leszczyński –  sarmacki korespondent Kuriera; publicysta, działacz społeczny i sportowy. Redaktor Tygodnika Wszetecznego i reaktywowanego właśnie Gońca Czarnoleskiego.

2 komentarze do " Marazm i orgazm, czyli społeczeństwo kryzysu "

  1. Paweł Z. napisał(a):

    Nie pozostaje mi nic innego jak złożyć ręce do braw za ten artykuł. Absolutnie w całości się z nim zgadzam.

  2. Irmina napisał(a):

    No cóż mogę powiedzieć. Zgadzam sie z autorem owego artykułu. Tak niektórym po prostu nie chce się działać aktywnie gdyż nie mają dla kogo albo znaczenie wykraczają poza ramy danego Państwa. Są ludzie kórzy by mogli coś zrobić, ale się boją. Boją się, że zostaną zlinczowani za to co robią. Są po prostu niezauważalni dla innych.



Copyright © 2012-2014 KURIER – Mikronacyjny Serwis Prasowy. All rights reserved.
Designed by Theme Junkie. Powered by WordPress.