Jesteś tutaj: Home // Dreamland, Idee i polemiki // „Katolicyzm, rytuał, kinderneostradyzm” – w piątą rocznicę pewnej debaty

„Katolicyzm, rytuał, kinderneostradyzm” – w piątą rocznicę pewnej debaty

Monarchofaszyzm: sekretna matryca mikroświata i domyślny układ odniesienia mikronacyjnej „prawicy”, która, choć wewnętrznie zróżnicowana i przeżarta wątpliwościami, prędzej czy później zawsze ląduje w tym samym miejscu. Przed blisko dekadą idea debiutowała jako żartobliwa obelga, by błyskawicznie przyjąć status ironicznej łatki i źródła samoidentyfikacji dla całego pokolenia politycznych performerów ceniących sobie znośną lekkość mikronacyjnego bytu. Lotem ptaka obiegła cały mikroświat, płynnie wlewając się do programów masowych partii politycznych o profilu ludowo-monarchistycznym oraz – rzadziej – na sztandary izolowanych elitarystów, którzy nie podają dłoni „demoliberalnym czerwiom” i samotnie wymierzają światu sprawiedliwość. Pełen patosu, żarliwy, harcerski, bogoojczyźniany, nieco ksenofobiczny, w ostatnich latach coraz bardziej jednak luzacki i odprężony. Odkurzany co jakiś czas, dzisiaj, po serii zabiegów odmładzających „z twarzy podobny jest zupełnie do nikogo”. Mija właśnie piąta rocznica od pamiętnego sporu, który przeszedł do historii jako pierwsza na poły profesjonalna debata politologiczna polskiego mikroświata. Jej przedmiotem mógł być, rzecz jasna, wyłącznie monarchofaszyzm.

Na początek: przedwczesne epitafium

Zaczęło się jak u Fukuyamy. W lipcu 2008 r. na łamach sarmackiego Parku Stołecznego pojawił się artykuł pod wymownym tytułem Śmierć monarchofaszyzmu. Autorem był Robert Czekański* – postać wówczas powszechnie znana, niekoniecznie jednak lubiana; były kanclerz Sarmacji,  eks-cesarz upadłej już Valhalli, człowiek instytucja, półbóg, piłkarz i renegat. Tutaj raz jeszcze objawił się jako sprawny publicysta i wnikliwy obserwator mikroświata. W przywołanym tekście autor ogłosił śmierć idei, która, w jego ocenie, „przez bardzo długi czas była doktryną regulującą wewnętrzne stosunki największych monarchii naszego uniwersum”. W ocenie Czekańskiego, powtarzającego w swoim artkule mocno ugrutnowane wówczas opinie, monarchofaszyzm narodził się w Dreamlandzie, ale najobfitszy plon wydał dopiero w Scholandii i Sarmacji. W chudnącej z roku na rok Scholandii, dziś już wyludnionej, pojawił się bardziej jako karykatura, stanowiąc pożywkę dla niezliczonych żartów popularnych zwłaszcza w kręgach wandejskich, zaś w Sarmacji – jako prawdziwe monstrum, co autor artykułu tłumaczył „rozbudowanym społeczeństwem, swobodą komunikacji i niebywale szybkim rozwojem całego kraju”.

I właśnie tu, na podatnym sarmackim gruncie, monarchofasyzm doświadczył swojej raptownej śmierci. Wcześniej, rzecz jasna, wyparował również z życia politycznego dwóch poprzednich państw dawnej Wielkiej Trójki. Argumenty? Dreamland stał się krajem bardzo spokojnym, pełnym kurtuazji i wzajemnego schlebiania sobie, natomiast król jest raczej osobą reprezentacyjną. Scholandia stała się krajem, w którym po zamachu stanu dokonanym przez tzw. książąt systemowych, władza króla już nigdy nie będzie tak silna, jak była za czasów Armina – referował Czekański. Z kolei w Sarmacji kryzys monarchofaszyzmu zaczął się już dawno, w okolicach 2005 roku, po wydarzeniach teutońskich, następnie przybrał na sile po pierwszej secesji wandejskiej, przez Wandejski Czerwiec. Agonia idei była długa i męcząca dla wszystkich – podkreślił. Wniosek końcowy: upadek monarchofaszyzmu jest faktem, w zasadzie nie ma go nigdzie.

Autor urywa swoją opowieść tuż po skonstatowaniu „nijakości” i „urawniłowce w dół”, jaka nastała po rzekomej „śmierci monarchofaszyzmu”. Jakby mimochodem oznajmia, że miejsce poprzedniej doktryny zajął bazylianizm – ruch i zarazem postawa polityczna związana z działalnością sarmackiego Klubu św. Bazylego, który doprowadził do gwałtownych wydarzeń skutkujących rozbratem z Mandragoratem w czasie tzw. Wandejskiego Czerwca.

Zwarty jak pocisk artykuł Czekańskiego wywołał krótką, lecz gorącą dyskusję, w trakcie której na łamach prasy Sarmacji i Wandystanu obszernie wypowiadali się m.in. Piotr „Khand” Krupiński, Michaś Winnicki, Dariusz „Kedar” Makowski, Piotr Kościński i Aborcjusz Struszyński, by wymienic tylko głosy najbarziej donośne.

Tezy Czekańskiego wydały się na tyle dyskusyjne, że wypowiadający się w debacie rozgorączkowany Aborcjusz Struszyński w dwóch błyskotliwych tekstach pytał już w tytułach: Czy monarchofaszyzm faktyznie umarł oraz Czy bazylianizm w ogóle istnieje? W obu przypadkach udzielił odpowiedzi negatywnej.

Monarchofaszyzm: narodziny, mutacja, degeneracja

Chronologicznie pierwsze użycie pojęcia „monarchofaszyzmu” w kontekście mikronacyjnym przypisuje się tradycyjnie Bartłomiejowi Jasińskiemu, byłemu premierowi dreamlandzkiego Rządu Królewskiego, który wyrokiem Sądu Królestwa skazany został w drugiej połowie 2004 r. na banicję. Przyczyna? Kloning. Jasińskiemu skutecznie przypisano posługiwanie się bodaj ośmioma różnymi tożsamościami: jeśli wierzyć orzeczeniu sądowemu, właściwie sam przez szereg miesięcy z jednego adresu IP zawiadywał całą partią polityczną, wprowadzając do Izby Poselskiej dwóch lub trzech jej członków. Jasiński do Dreamlandu nigdy nie wrócił, wybrał wariant epikurejski i po prostu odkręcił kurki z gazem; pojawił się natomiast w Wandystanie.

Jako Aleksander Keller zrobił oszałamiającą karierę – właściwie dopiero w Mandragoracie rozwinął skrzydła, znajdując współpracowników podzielających jego wizję świata, a nade wszystko – poczucie humoru. Jako Prezydent Wandystanu kilkakrotnie wypowiadał się publicznie o porządkach politycznych panujących w państwie Edwarda Kriega i Pavla Svobody, czyli o Dreamlandzie doby tzw. legalizmu arturiańskiego. W optyce Kellera ówczesny Dreamland był państwem nie tyle niedemokratycznym – co poważną obelgą w mikroświecie nigdy nie było – co właśnie monarchofaszystowskim, więc bucowatym, skoszarowanym i samocenzurującym się. Jak mawiał towarzysz Paweł Ciupak na wandejskiej liście dyskusyjnej-  był po prostu „pierdolonym burżujlandem”. W ówczesnej polityce wandejskich decydentów luzacka poetyka pornosocjalistyczna, zdefiniowana w ten sposób dopiero w 2008 r., zdominowana była właśnie przez wątek ideologicznej, nieco humorystycznej walki z szarym, nudnym i płaskim „wrogiem zza morza”, personifikowanym przez umundurowanego obszarnika, bezrefleksyjnie strzelającego obcasami przed rozdającym konfitury monarchą. Na celowniku znalazły się również dwa pozostałe państwa dawnej Wielkiej Trójki. Wkrótce idea zaczęła żyć własnym życiem. Na ogół kabaretowym.

Z czasem do monarchofaszyzmu, tak czy inaczej pojmowanego, zaczęli przyznawać się również politycy we wszystkich trzech wymienionych państwach – nie tylko zresztą tam- być może najrzadziej w Scholandii, która do ostatnich swoich dni zachowała charakterystyczny pruski dryl i coś z atmosfery „nawiedzonego domu”. Z dawnej Wielkiej Trójki ostała się jedynie wielka Sarmacja, gdzie postępowała twórcza inflacja słowa – obok monarchofasyzmu i bazylianizmu, pojawiły się koniasizm-makowsizm (kedaryzm) i kefaszyzm. W drugiej połowie 2006 r. na falach Radia Echa Dreamlandu książę Krieg, głosem ochrypłym od burgunda i papierosów, puszczając oko, słał światu „obszarnicze pozdrowienia z monarchofaszystowskiego Dreamlandu”. Dwa lata później, już jako król, z rozbawieniem dyskutował o monachofaszystowskim rdzeniu Królestwa, definiowanym przez triadę: procedury, legalizm, subordynacja. Zgoła prześmiewczy charakter przybrał w pewnym momencie sarmacki monarchofaszyzm expressis verbis obecny, obok wątków lewicowych i liberalnych, w programie i retoryce członków Frontu Ludowo-Monarchistycznego i późniejszej Sarmackiej Akcji Integralistycznej. Tygrys stracił ostatnie zęby i zaczął strzelać wesołe fikołki.

Czym właściwie jest monarchofaszyzm?

Wróćmy do artykułu Czekańskiego, który w trakcie gorących lipcowych dni 2008 r. nie mógł przewidzieć przecież pośmiertnego, niejako „postmodernistycznego” wydania monarchofaszyzmu, więc w przedwcześnie wystawionym akcie zgonu malował obraz węglem i popiołem. Sarmacki publicysta widział sprawę w sposób jednoznaczny: na czele każdego systemu monarchofaszysztowskiego stoi oczywiście „niepodzielnie rządzący władca” (autor nazywa go nieprecyzyjnie suwerenem), który nagradza lojalnych, zaś nielojalnych ignoruje bądź upokarza:

Instrumentami suwerena w systemie monarchofaszystowskim stają się nadania, odznaczenia, nobilitacje, nominacje. Suweren żywo interesuje się swoim krajem, a jednocześnie sprawiedliwie nagradza tych, którzy do budowy i wzrostu wartości kraju się walnie przyczyniają. Zbudowana w ten sposób klasa społeczna szlachty i arystokracji jest w systemie monarchofaszystowskim synonimem lojalności, oddania, a nade wszystko poświęcenia.

Aby jednak zrozumieć, na czym polega groza tak opisanego monarchofaszyzmu, trzeba sięgnąć po publicystykę Aborcjusza Struszyńskiego, który na łamach „Wandei Ludu” skutecznie podgrzewał atmosferę dyskusji, uderzając w tony znane nam z emancypacyjnej publicystyki angielskich kolonistów w osmiemnastowiecznej Ameryce lub – jak interpretowali to panowie Makowski (Kedar) i Kościński, nie szczędzący słów krytyki pod adresem Wandejczyka – przyjmując język nachalnych propagandzistów ery Edwarda Gierka.

Struszyński: mikronacja jako obóz pracy

Zamiast o „władcy” Struszyński woli mówić po prostu o „despocie”„tyranie” , a nawet o „Zeusie”, na ogół będącym twórcą państwa, niejako z rozpędu uzurpującym sobie władzę absolutną. Z drugiej strony mamy zaś całą armię „odmóżdżonych sługusów”, ścigających się o ochłapy z pańskiego stołu w postaci wątpliwych „tytułów szlacheckich , zaszczytów, ulg, usprawnień w systemie i fasadowych urzędów w administracji publicznej”. Wandejski publicysta nie ma złudzeń, że tak skonstruowane życie publiczne, przypominające jeden ogromny, zepsuty dwór królewski z wzajemnie zwalczającymi się frakcjami klakierów-kelnerów, ma destrukcyjny wpływ na psychikę i osobowość rzeczonych obywateli. Rzecz jasna – nie wszyscy traktowani są w jednakowy sposób, stopień ubezwłasnowolnienia jest różny, różne są też instrumenty wywierania skutecznego wpływu na poszczególnych schodkach piramidy. Większą część czarnej roboty wykonują tak naprawdę paladyni i dworacy średniego szczebla, którzy zgodnie z modelem osobowości autorytarnej bez szemrania znoszą sporadyczne upokorzenia doznawane z góry, egzekwują wytyczne, ale też sami stanowią masę krytyczną systemu, powielając i propagując wewnętrzne normy systemu, biorąc następnie odwet na obywatelach stojących w hierarchii niżej od nich. To właśnie oni domagać się będą respektowania dworskiej etykiety i szacunku dla uzyskanej rangi, nadając jej konkretną treść, dyscyplinując i rytualizując wzajemne relacje na poziomie tłuszczy. Książę nie musi osobiście wymierzać ciosów szpicrutą, zrobią to za niego diukowie.

Struszyński przedstawia obraz państwa jako obozu pracy, w którym prawo stanowione „wymusza na niższych obywatelach oddawanie czci i pokłonów obywatelom wyższym, pod groźbą kary”. Ilustruje to przykładami z sarmackiej listy dyskusyjnej, na której prowadził, jak wyznaje, „pogłębione badania”. Psychologia w ogóle zajmuje sporo miejsca w narracji Struszyńskiego. Wandejski publicysta rozkład społeczeństwo monarchofaszystowskie na czynniki pierwsze: do stołu zapraszani są jedynie „najbardziej utytułowani, którym przypisuje się wielkie walory kulturalne, intelektualne, wielki dorobek itd. Generalnie – są oni najświętszymi ze świętych, których niżsi w hierarchii czcić muszą niczym Grek starożytny okrutnego Zeusa”.

Dlaczego obywatele godzą się na taki osobliwy układ? Struszyński wyjaśnia:

(…) by samemu poczuć cząstkę mocy, jaką tyran doświadcza, a więc świadomość bycia kimś ważniejszym, niż inni obywatele. Poczucie, że jest się kimś wyjątkowym, postawionym wyżej, od całej rzeszy „pionków” z niższymi tytułami, czy bez jakichkolwiek tytułów.

Najmocniejszym punktem opisu serwowanego przez Struszyńskiego są właśnie te fragmenty traktujące o monarchofaszystowskiej kulturze politycznej. Przywołajmy je bez większych cięć:

Monarchofaszyzm już w swej lekkiej i powabnej odmianie miał za cel kontrolę stopnia innowacji, kreatywności i wolności swych poddanych, aby przypadkiem któryś z nich nie wymyślił demokracji, czy innej politycznej doktryny, jaka wymagałaby oddania przez suwerena choćby skrawka władzy absolutnej, czy w jakiś inny sposób mogła być krytyczna względem rozciągających się po wszystkich zakamarkach życia mikronacyjnego mgły zachwytu nad najwspanialszymi i najznakomitszymi szlachcicami. Lub byłaby sprzeczna z poglądami suwerena, politycznymi, społecznymi, religijnymi. (…)Monarchofaszyzm narzuca poddanym dziwaczne, dziecinne dworskie obyczaje, wierność suwerenowi (bez względu, co ten będzie czynić) i, ogólnie mówiąc, realizowanie jedynie słusznej wizji państwa. Zbyt duża kreatywność i twórczość zostanie okrzyknięta jako sprzeczna, czy to z dobrym smakiem, czy z innymi „zasadami” – wystarczy, że czyimś pomysłem będzie zdegustowany jakiś wysokiej rangi arystokrata. Na gruncie kulturowym i politycznym nie ma miejsca nawet na dyskusję o rozwiązaniach wykraczających poza sztywną ramę ustroju. Monarcha, suweren, narzuca nie tylko dyktat polityczny, ale i społeczny i kulturalny, choć nie w tak oczywisty sposób.

Struszyński przekonuje, że w 2007 r. sarmacki monarchofaszyzm przepoczwarzył się we wspomniany bazylianizm. I wówczas, niczym Jungowski cień, objawił swoją gorszą postać, twórczo rozwijając to, co immanentnie tkwiło w nim już w postaci pierwotnej. Ten i ów przecierał zatem oczy ze zdumienia, gdy na łamach Wandei Ludu czytał, że nieszczęsny bazylianim sarmackich paladynów to w istocie:

ruch nazistowski i rasistowski, jawnie nawołujący do agresji i nienawiści rasowej, niszczenia dóbr kulturalnych i bezczeszczenia autorytetów moralnych wandejskiego narodu. Wreszcie, był (jest?) to ruch jawnie nawołujący do wypędzania „obcych”. To ruch, jaki za metody uprawiania polityki stawia sobie, obok bezpośredniego użycia siły, także manipulację, zastraszanie, propagandę nienawiści, który za środki polityczne uznaje ograniczanie swobód obywatelskich, wprowadzanie stanu wojennego, niszczenie demokracji.

Nawiasem mówiąc – publicystyka Struszyńskiego stanowi zaskakującą zapowiedź późniejszych o pięć lat wywodów weredycznego Pawła Zanika. Jeśli przepuścimy przez durszlak artykuły hurtowo pojawiające się w połowie 2013 r. na łamach Królewskich Indagacji i Atomicznego Wizjonera i odcedzimy breję w postaci „pojebów”, „gejowatych stworów”,  „skomuszałych skurwysynów” i  „popierdolonych klaczy”, otrzymamy mniej więcej to samo.

„Piekło monarchofaszyzmu”: katolicyzm, rytuał, kinderneostardyzm

Ponury obraz „typowego społeczeństwa monarchofaszystowskiego” potwierdza mandragor i współtwórca Wandystanu, Michaś Winnicki, który przed trzema laty miał okazję zasiąść na chwilę na sarmackim tronie jako Michal Feliks. Dziesięciomiesięczne panowanie niefortunnie zbiegło się jednak z wyjątkowo niekorzystnym biorytmem eks-mandragora, w końcowym efekcie przywodząc na myśl postać katorżnika na urlopie. Książę-Warzywo nie dał światu ani igrzysk, ani ciepłej wody w kranie. Tymczasem mówimy o polityku i publicyście, który swego czasu dosłownie „pożerał dupą swoich rozmówców”. W trakcie elektryzującej i chyba nieco zapomnianej już dziś rozmowie przeprowadzonej na łamach prasy Mandragoratu w czasie Wandejskiego Czerwca, barwnie tłumaczył powody, dla których wespół z Piotrem „Khandem” Krupińskim kilka lat wcześniej zdecydował się budować nową mikronację:

Nie dało się dłużej żyć w kraju rządzonym totalitarnie, zabijającym intelektualną i polityczną odmienność. W Sarmacji mimo wygrania wyborów nie da sie realnie rządzić. Nad krajem ciąży sztywny ideologiczny kaftan, który nie dotyczy tylko ustroju, ale i wielu szczegółowych rozwiązań prawnych i faktycznych, jak na przykład prymat katolicyzmu rzymskiego w prawie, rozwiązań gospodarczych. Sarmacja była i jest też opętana przez rozmaite rytuały, kompletnie niezrozumiałe dla człowieka niezależnego intelektualnie.

W trakcie tej samej rozmowy Winnicki pokusil się o roboczą definicję monarchofaszyzmu:

Monarchofaszyzm to ustrój krępujący wolność jednostki sztywnym gorsetem ideologicznym opartym na prymacie katolicyzmu rzymskiego, pseudopatriotycznego nadęcia, łamaniu praw stanowionych, rytualizowaniu życia społecznego na wzór quasi monarchistyczny, cynizmie i kinderneostradyzmie.

W znanym i często przywoływanym tekście Piotra „Khanda” Krupińskiego jeden z najwybitniejszych polskich mikronautów rozwija przed czytelnikiem film o podobnej treści:

Odeszliśmy, bo nie potrafliśmy wpisać się w duszną atmosferę wzajemnych umizgów. Dziś powiedziałbym – że nie potrafiliśmy wpisać się w monarchofaszyzm. Bo monarchofaszyzm to system, który nie znosi sprzeciwu. Każdy głos, który sprzeczny jest z decyzją suwerena prowadzić musi do mniejszych lub większych represji. Czasem przyjmują one karykaturalną formę cenzury, wręcz zabawną w przypadku Szymona Nowickiego, czasem sankcją jest promowanie jedynie osób uległych. Nic dziwnego, że w systemie takich następuję naturalna selekcja. Ci dla których ważny jest indywidualizm i godność prędzej czy później odchodzą. Zostają ludzie ulegli lecz nieświadomi.

W połowie 2008 r. Czekański polemizował ze Struszyńskim, który odmówił wystawienia przedwczesnego, w jego odczuciu, aktu zgonu doktrynie, która na sarmackim gruncie przyjęła zdegenerowaną postać bazylianizmu. Obaj panowie spierali się co do charakteru tej metamorfozy – regres czy płynna ewolucja? – ale zgadzali się co do ogólnych wniosków, mogli więc reprezentować wspólny front w starciu z ówczesnymi adwersarzami z Księstwa Sarmacji, nota bene aktywnymi do dzisiaj: Krzysztofem „Kwazim” Koniasem, Dariuszem „Kedarem” Makowskim i Piotrem Kościńskim, którzy albo w ogóle kwestionowali wówczas istnienie zjawiska, albo zgłaszali poważne zastrzeżenia do karykaturalnie zarysowanego kształtu doktryny. Nawet pobieżna lektura opublikowanych w debacie tekstów prowadzić musiała do wniosku, że dyskutanci posługiwali się kilkoma definicjami monarchofaszyzmu – Bartosz Mackiewicz wyliczył ich aż pięć – każdorazowo odnosząc się do bieżącej sytuacji politycznej Księstwa, co jedynie komplikowało sprawę. Nie wszyscy jednak skłonni byli problematyzować to, co w ich odczuciu nie wymagało promlematyzowania. Piotr Kościński przyjął najwyraźniej za wzór Aleksandra Macedońskiego i na łamach Sarmackiego Kuriera Monarchistycznego szybko przeciął teoretyczny węzeł gordyjski krótką impresją:

Oto na przykład „monarchofaszyzm”. Nazwa – kompletny absurd, bo logicznie rozumując miałaby zastosowanie np. we Włoszech, gdyby Mussolini zechciał osobiście zostać królem.

Z kolei Dariusz Makowski w mocno protekcjonalnym z ducha tekście nie zostawił suchej nitki na „biednym towarzyszu Struszyńskim”, ironicznie – choć chyba nie bez racji – streszczając wandejskią interpretację monarchofaszyzmu jako brednie o „systemie hierarchicznym z programowaniem podprogowym maluczkich”. „Takich bzdur dawno nie czytałem, uśmiałem się do łez – podsumował Makowski.

Trzy monarchofaszyzmy: na końcu zwykle obóz harcerski

Interpretacja to nie fakt, fakt to nie interpretacja. To, co dla jednych stanowiło kamień obrazy i przyczynek do jadowitej krytyki, dla innych powoli staje się źródłem pozytywnej autoidentyfikacji. W opublikowanym wiosną 2012 r. w Programie Frontu Ludowo-Monarchistycznego na XXXVI kadencje Sejmu, Fryderyk von Hohenzollern jakby mimochodem neutralizuje jednoznaczną wymowę filipik Struszyńskiego i z kamienną twarzą deklaruje potrzebę „przywrócenia obowiązku składania przysiąg szlacheckich”, jako aktu lojalności wobec Księcia i Korony, ponawianego z każdą kolejną nobilitacją, sugerując jednocześnie automatyczne pozbawianie tytułu „napuszonych arystokratów”, którzy odmówiliby złożenia roty. Samo w sobie nie jest to sformułowanie zaskakujące, jako takie mogłoby się pojawić w dowolnym kontekście politycznym, ale Hohenzollern kończy swój wywód postulatem „urzeczywistnienia monarchii w duchu monarchofaszystowskim”, co całemu passusowi nadaje zupełnie nowy wydźwięk (choć tu akurat forma góruje nad treścią). Rzecz jasna – nie silę się tu na kompleksową analizę programu partii i nie zamierzam dzielić włosa na czworo, tym bardziej, że sprawa jest bardziej złożona i zniuansowana. Dość powiedzieć, że w późniejszym o cały rok manifeście programowym Sarmackiej Akcji Integralistycznej ten sam polityk – i zarazem ciekawy publicysta – przypomniał, że „bytność FLM zależała od utrzymania równowagi na linii frakcyjnej walki pomiędzy zabarwieniami prawicowymi a lewicowymi”.

Dla wygody wywodu proponuję mówić o trzech głównych wersjach monarchofaszymu.

(1) O jego postaci pierwotnej, do pewnego momentu i z pewnymi zastrzeżeniami obecnej w starych polskich mikronacjach. Postać ta wyrasta z nieprecyzyjnej inwektywy, będącej „obelżywym, acz sporo racji mającym określeniem radykalnego konserwatyzmu, połączonego z odczuwalnym w wypowiedziach reprezentantów poczuciem wyższości”, dodatkowo „cechującym się również stężeniem powagi graniczącym z kijem od miotły wetkniętym w dolne partie pleców” – jak intuicyjnie rozumiał to jeden z uczestników dyskusji na Forum Mikronacji.

(2) Możemy mówić również o wydaniu karykaturalno-kabaretowym monarchofaszyzmu, obecnym dziś niemal wszędzie u mikronacyjnych polityków luźno odwołujących się w swym programie do szeroko pojętej prawicy. W takim rozumieniu „monarchofaszyzm” staje się wygodnym słowem-wtrychem, zaklęciem wyczarowującym od zera gotowe imaginarium polityczne.

(3) Możemy wreszcie przynajmniej próbować dyskutować o monarchofaszyzmie rozumianym neutralnie, bez intencji wbijania szpliki, w odniesieniu do precyzyjnie nakreślonego programu konserwatywnego nacjonalizmu. W świecie realnym przykładu tak rozumianej doktryny dostarcza niemiecki konserwatywny romantyzm polityczny pierwszych dekad XIX wieku. W jeszcze ciekawszej postaci zetkniemy się z tą postawą na gruncie koncepcji „monarchistycznego socjalizmu”, jaką w 2. połowie XIX w. nakreślił rosyjski ultrakonserwatysta Konstantin Leontjew (z socjalizmem w rozumiemiu Marksowskim nie ma to nic wspólnego). Ten sam wątek znajdziemy również w publicystyce politycznej Oswalda Spenglera.

Konstantin Leontjew, w literaturze przedmiotu na ogół nazywany „rosyjskim Nietzschem”, widział swoją koncepcję jako ideologię antyliberalną – ale i „antyburżuazyjną” zarazem – szukającą drogi do gruntownej modernizacji Rosji. Zakładał konieczność wprowadzenia zmian dyscyplinujących społeczeństwo, co nadałoby mu złożoną strukturę stanową i jednocześnie wzmocniło jego siły kulturowe. To zresztą ten sam myśliciel, który swego czasu postulował „zamrożenie Rosji, by nie gniła” – do czego wiele dekad później nawiąże pisarz Jacek Dukaj w swoim „Lodzie”.

Jak mikroświat długi i szeroki, lokalni decydenci mówią mniej więcej to samo, choć sytuacyjna retoryka jest inna. Zamiast „dyscypliny” przeczytamy o „mobilizacji”, zwieraniu szeregów, ustrojowym wzmocnieniu pozycji głowy państwa; zamiast o nacjonalizmie – postulat patriotyzmu, walki z multiobywatelstwem, itd. Jak jednak łatwo się domyślić, przeciwnicy tak mgławicowo opisanego projektu zobaczą w nim co najwyżej zapowiedź kolejnego „obozu pracy” lub – jeszcze lepiej – „obozu harcerskiego”.

Dreamland – widoki na Restaurację

W nadchodzących wyborach do Izby Poselskiej dreamlandzka Partia Burżuazyjna wystartuje z programem ufundowanym na podobnym gruncie ideowym. Klisza pozostaje ta sama. Nie znajdziemy tam co prawda bezpośrednich odniesień do mikronacyjnego, zbanalizowanego w opisanym sensie monarchofaszyzmu, przeczytamy natomiast ciepłą i najzupełniej szczerą deklarację przywiązania do „neofeudalizmu w gospodarce ziemskiej”, „nacjonalizmu, monolitycznej lojalności, bezwzględnej wierności Koronie Królestwu”. Panowie Hohenzollern i de la Vega nieświadomie podają sobie arytokratyczne dłonie. Odpierając  zarzuty Paula Dessy, który na łamach prasy odgrywa znaną melodię Adama Michnika i bije na alarm,  Daniło de la Vega sięga właściwie po argumenty Hohenzollerna i tradycyjne motyw przysięgi rojalistycznej oraz sceptycyzmu wobec faktycznej lojalności multiobywateli. Vega jest również jednym z niewielu polityków działających w dawnym mateczniku poczciwego monarchofaszyzmu, którzy o swojej afiliacji ideowej mówią z otwarta przyłbicą, czyniąc z wyśmiewanej doktryny stanowisko po prostu zdroworozsądkowe:

Bo czy wiernie można służyć dwóm lub więcej królom, państwom? Czy wierność nie jest w tym wypadku wystawiana na próbę, a jej sens w zasadzie deptany? Czy program polityczny nawołujący do promocji postaw patriotycznych i służbie jednemu wybranemu państwu i narodowi jest postulatem tak bardzo niebezpiecznym? Na kim miałby polegać Król, gdyby każdy z jego obywateli, którym zaufał nadając tytuły posiadali obywatelstwa jeszcze kilku innych krajów i skakając z kwiatka na kwiatek zakładali kolejne?

Daleko tu do scen znanych nam z kart powieści „Władca much” noblisty Williama Goldinga. Z drugiej jednak strony realizacja tego zdroworozsądkowego projektu – a właściwie powrót do stanu prawnego sprzed kilku lat – oznaczałaby apokalipsę dla tuzina niewielkich forumnacji, których elity rekrutują się właśnie z grona szeregowych obywateli większych państw i ani myślą rezygnować z zabawy w obu miejscach. Dotyczy to również Dreamlandu (by ograniczyć się tylko do jednego przykładu: polityk pełniący do niedawna funkcję wicemarszałka Izby Poselskiej jednocześnie piastował urząd Księcia Chambord i premiera Victorii).

Dreamlandzki monarchizm wiedzie dziś smutną wegetację z kręgosłupem przetrąconym od czasu osławionej proklamacji królewskiej Consensus facit legem (kwiecień 2008 r.), gdy zasiadający wówczas na tronie Edward I Artur pogrzebał nadzieje rodzimych paladynów i wspaniałomyślnie zrezygnował z części prerogatyw przysługujących Koronie, sankcjonując epokę formalnej równowagi kluczowych aktorów na dreamlandzkiej scenie politycznej.

Dreamlandzka Partia Burżuazyjna ma okazję zawrócić bieg rzeki i przynajmniej na krok zbliżyć się do świata, który w Królestwie nigdy nie miał szans powstać.

 

* Zapis nazwisk stosuję konsekwentnie w oparciu o ich formę w momencie opisywanych wydarzeń – tj. w okresie między 4 a 10 lipca 2008 r.

Źródło wykorzystanych cytatów:

  1. Śmierć monarchofaszyzmu (R. Czekański, 4 lipca 2008 r.);
  2. Czy monarchofaszyzm faktycznie umarł? (A. Struszyński, 5 lipca 2008 r.);
  3. Regres, nie ewolucja (R. Czekański, 7 lipca 2008 r.);
  4. Czy bazylianizm w ogóle istnieje? (A. Struszyński, „Wandea Ludu”, 7 lipca 2008 r.) !!!
  5. Krótka pamięć – początek (Krzysztof „Kwazi” Konias, 7 lipca 2008 r.)
  6. Bazylianizm jest faktem, prosta droga do upadku… (R. Czekański, „Wandea Ludu” 8 lipca 2008 r.)
  7. Krótka pamięć – „bazylia” (Krzysztof „Kwazi” Konias, Park Stołeczny, 8 lipca 2008 r.)
  8. Khand o Monarchofaszyzmie (Khand, „Wandea Ludu”, 8 lipca 2008 r.)
  9. Popłuczyny WC (Dariusz „Kedar” Makowski, Park Stołeczny, 9 lipca 2008 r.)
  10. Monarchofaszystowska hipokryzja (A. Struszyński, „Wandea Ludu”, 9 lipca 2008 r.)
  11. O popłuczynach słów kilka (A. Struszyński, „Wandea Ludu”, 9 lipca 2008 r.)
  12.  Z obszarniczymi pozdrowieniami. Z JKM Edwardem Arturem rozmawia Jacques de Brolle, „Głos Weblandu” nr 43/2008
  13. Proklamacja Królewska – Consensus facit legem, Baza Prawna Sądu Królewstwa
  14. Monarchia, monarchofaszyzm i bazylianie (P. Kościński, „Sarmacki Kurier Monarchistyczny”, 8 lipca 2008 r.)
  15. Wywiad z Wanderem. Rozmowa M. Winnickiego z A. Struszyńskim („Czerwony Wandystan” nr 5, lipiec 2007)
  16. Program FLM na XXXVI kadencje Sejmu (F. von Hohenzollern, Park Stołeczny, 23 kwietnia 2012 r.)
  17. Złoty środek  (Bartold, Forum Mikronacje, 16 maja 2011 r.)
  18. Atomiczny Wizjoner – blog Pawła Zanika
  19. Strona Klubu św. Bazylego
  20. O mikronacyjnym nacjonalizmie (D. de la Vega, „Mercurius Furlandiae”, 13 lipca 2013 r.)

Tagi: , , , , , , , , , , , , ,

6 komentarzy do " „Katolicyzm, rytuał, kinderneostradyzm” – w piątą rocznicę pewnej debaty "

  1. Miałem ochotę na artykuł polemiczny – jednak brak mi czasu, a szkoda. Chciałbym tylko zaznaczyć, że porównywanie inteligentnych i przemyślanie wyostrzonych tekstów i wypowiedzi tow. Struszyńskiego do wytrysków publikacyjnego rozwolnienia intelektualnego karła, jakim jest Zanik jest moim zdaniem wielką obrazą tego pierwszego – a całkowicie niesłuszną legitymizacją tego drugiego.

    • Paweł Z. napisał(a):

      Widzę, że komusza prezerwatywa nie umie czytać ze zrozumieniem. Trzeba być skończonym idiotą, aby sądzić, że autor powyższego tekstu porównuje teksty Zanika do Struszyńskiego. Przecież autor artykułu wyraźnie napisał, że teksty Zanika są zapowiedzią tego, o czym piał Struszyński, a ta Wasza sowiecka mózgownica uważa to za postawienie znaku równości między tymi Panami? Ja rozumiem, że jesteście przyzwyczajeni do wstawiania znaków równości praktycznie przy wszystkim, ale na Boga, nie wmawiajcie tego innym!

      Bardzo dobrze, że mnie porównałeś do karła, bo nigdy w to nie wątpiłem, że twa zawszona osobistość jest nadczłowiekiem, a ja jestem uznawany przez Ciebie za podczłowieka. Socjalistyczne gówno aż wypływa z twych warg i ziejesz nieprawdopodobnym odorem, którego moje nozdrza aż nie chcą zasmakować. :)

  2. Ivo napisał(a):

    Sorki ale FLM zakładałem dla żartu – skąd mogłem wiedzieć że jawne kpiny odniosą sukces i ktoś w to uwierzy? :)

    • Jacques de Brolle napisał(a):

      I chyba nikt nie uwierzył. Stąd też w tekście mowa jest o „monarchofaszyzmie w wydaniu karykaturalno-kabaretowym”.

  3. Psvoboda napisał(a):

    „Bo czy wiernie można służyć dwóm lub więcej królom, państwom?”

    Bo przecież każda praca jest służeniem. Nikt nigdy nie robi niczego po prostu dla siebie.

  4. Jaskoviakus napisał(a):

    Chapeau bas. Jestem pełen podziwu dla wiedzy autora i jego umiejętności syntezy.

Dodaj komentarz



Copyright © 2012-2014 KURIER – Mikronacyjny Serwis Prasowy. All rights reserved.
Designed by Theme Junkie. Powered by WordPress.