Jesteś tutaj: Home // Idee i polemiki, Nowy Kontynent (Vaarland/Estella) // Ci wygadani mężczyźni i ich zużyte kobiety

Ci wygadani mężczyźni i ich zużyte kobiety

Człowiek powstaje po współżyciu dwóch osób. Rozwija się zawsze u pasywa i to on musi go urodzić.

 Ecaterina Jebáleanescu (Ciprofloksja)

 

Czy w mikroświecie łatwo o żonę? Sułtan Osama bin Ramzani marszczy posępnie czoło i dzieli włos na czworo. „Nie ma odpowiedniej kandydatki dla mnie. Większość jest zajęta albo mocno już zużyta. Dodatkowo musiałbym mieć żonę z wyższych sfer” – oświadczył przed kilkoma dniami na forum Federacji Al Rajn, by po chwilę ugryź się w język i dyplomatycznie przeprosić za chwilę słabości. Być może niepotrzebnie – strumieniowi świadomości dał się w ostatnich dniach poniesć również Wicekról Surmenii, skądinąd dżentelmen w każdym calu: „Ciężko w mikroświecie o kobietę, a jeszcze trudniej – o kobietę elokwentną i bystrą” – oświadczył na forum Królestwa Skarlandu. Powiedzmy to sobie otwarcie, drodzy panowie, nie mamy lekko w tym kurniku pełnym kogutów. Problem można rozwiązać na modłę sarmacko-dreamlandzką: wyłączyć światło i parzyć się między sobą. Ale w ten sposób poważnej polityki uprawiać się nie da, a już na pewno nie polityki międzynarodowej, o czym przekonują nas wydarzenia ostatnich tygodni.

JKM Eleonora I Caterina de Medici-Catalan, królowa Skarlandu i wdowa po nieboszczyku Karolu I Catalanie, to prawdopodobnie najlepsza partia mikroświata. Rzecz nie w posagu, ziemiach rododwych i liczbie poddanych. Tych ostatnich jest dziś zresztą jak na lekarstwo i niemal każdy ma w sobie coś z wariata. Mrukliwy król senior Norbert Catalan, bohater ubiegłorocznej katastrofy sukcesyjnej, jest typem amerykańskiego generała MacArthura z okresu epizodu koreańskiego: najchętniej wszystkim sąsiadom spuściłby na głowę po atomie, by następnie opublikować fotogalerię na łamach poczytnego „El Reino”. Całkiem zresztą możliwe, że kiedyś to zrobi.

W ciągu ostatniego miesiąca o rękę królowej Eleonory starało się dwóch zacnych mężów. Pierwszym w kolejności był JKM August Ludwik II Medycejski, król Polski i wielki książę litewski. Na początku grudnia na forum Sejmu Walnego Rzeczypospolitej wpłynął fachowo zredagowany projekt kontraktu małżeńskiego: wszystko według prawideł prawa kanonicznego. Są nupturienci, podpisy świadków, dyspozycje dotyczące stosownych nadań ziemskich oraz dyspensa patriarchy. Projekt miał głębszy wymiar polityczny i – jak się wydaje – żadnego innego. Żadnych sentymentów.

Nasz mariaż z Jej Królewską Mością Eleonorą jest jedynie mariażem politycznym. Warto tutaj nadmienić, że Jej Królewska Mość pochodzi z rodu Medyceuszy Katalońskich, tymczasem my jesteśmy przedstawicieli rodu Medyceuszy Bierzyńskich, którzy panują w Koronie, na Litwie i w Estelli Wschodniej. W naszym mniemaniu, małżeństwo z Jej Miłością Eleonorą może przynieść nareszcie wyczekiwany przez wszystkich mieszkańców Vaarlandu – pokój i porozumienie, a także wzmocnić Rzeczpospolitą i Królestwo Skarlandu.

Pax inter gentes, rzecz szczególnie pożądana w relacjach między państwami, które w ostatnich miesiącach kilkakrotnie skakały sobie do gardeł.

Czy coś jest nie tak?

Sprawa wydawała się przesądzona. Przyszły nupturient wyznaczył czas na składanie uwag i zastygł w pozie wyczekiwania. Zgłoszono jedno zastrzeżenie ni to natury formalnej, ni to etycznej: przyszła małżonka to przybrana córka księcia-kardynała Wawrzyńca Medyceusza, tego samego, który jest zarazem przybranym wujem i ojcem przyszłego nupturienta. Innymi słowo – chodzi o mariaż brata z siostrą. Co prawda z siostrą przybraną (przysposobioną), ale jakie rodzeństwo w mikroświecie ma charakter naturalny? Dyspensa ze strony Patriarchy powinna rozwiać wszelkie wątpliwości – i taka dyspensa została udzielona – ale obecna na Sejmie Aleksandra Zamoyska nie zamierzała ukrywać odruchu abominacji. Czym, nawiasem mówiąc, tu i ówdzie wzbudziła ogólną wesołość, a zwłaszcza w gronie rubasznych agurskich magnatów, którzy w postawie panny Zamoyskiej dostrzegli jedynie męczący talmudyzm i nutę małostkowości („pewnie sama by chciała” i tym podobne subtelności). Gdy stało się jasne, że mariaż skarlandzkiej królowej z polskim monarchą jest kwestią cokolwiek problematyczną, świat obiegła informacja o zaręczynach JKM Eleonory z następcą tronu Surmenii. I tu nie zabrakło kłopotliwych pytań ze strony przytomnych obywateli. JKW Markos Viktorjosigos, przyszły małżonek, klarował sprawę następująco:

August musiał zrezygnować ze swych planów, a ja też byłem zainteresowany królową Eleonorą. Co jest nie tak?

W całym tym zamieszaniu główna zainteresowana wykazała się zdumiewającą powściągliwością. Żadnego komentarza na forum publicznym, najmniejszego oświadczenia po tej czy po drugiej stronie granicy. Nie ma tematu. Zapytacie – jak to, nie ma tematu? Po prostu – nie ma tematu. Idzie, skoro wołają.

Zadania egzegezy sensu nowego mariażu podjął się przyszły maż – formalnie Wicekról Surmenii – który całym swoim serdecznym jestestwem przystąpił do negowania politycznego wymiaru całego przedsięwzięcia, odzierając je również z jakiegokolwiek wymiaru praktycznego, raz po raz zapewniając, że chodzi tu wyłącznie o komunię dusz i niewyrażalne imponderabilia. Zachwalając legendarne już przymioty charakteru swojej wybranki, przyparty w trakcie forumowej dyskusji do muru i najwyraźniej nieco skołowany, niespodziewanie zakomunikował rzecz następującą, sygnalizując, że sprawa jest jeszcze bardziej złożona:

Ciężko, bym sypiał z królową Eleonorą dosłownie. Owszem, jest realnie całkiem urodziwa i może ja bym i chciał, ale jej partner średnio by się z tego ucieszył. A bić się z nim naprawdę nie mam ochoty, bo go zwyczajnie lubię.

Na zasadzie symetrii: skoro poprzednio chodziło wyłącznie o politykę, teraz jest to akt czystej bezinteresowności, filantropia dandysa, l’acte gratuit. Skoro wicekról i przyszły monarcha może się ożenić, to dlaczego nie miałby się ożenić?

Co z tego wszystkiego wynika?

W świetle słów głowy surmeńskiej rodziny królewskiej – absolutnie nic. W oświadczeniu sprowokowanym burzliwą dyskusją na surmeńskim forum, JKM Viktor Paulosigos postawił sprawę jasno:

Jako że wicekról nie dzierży żadnej władzy, jego ślub ma jedynie wpływ na relacje Medyceuszy i Zepów, nie na relacje Surmenii i Skarlandu.

Tą szorstką deklaracją, niejako wymuszoną chłodną postawą rządu i kolejnymi tyradami przytomnego Kosmy – swego czasu również Medyceusza – Pałac Królewski osiągnął swój cel. Burza ucichła, społeczne nastroje uległy stonowaniu. Surmeńska ulica, wciąż zrażona do Domu Katalońskiego, nie chce i nie planuje zbliżenia ze Skarlandem.

Spójrzmy na sprawę z nieco innej perspektywy.

Zbliżenie bez zbliżenia

Zgodnie z treścią kontraktu małżeńskiego, dziedzic korony surmeńskiej, jako król-małżonek Skarlandu, zyskał tytuły księcia Walencji, Acri, Estelli Wschodniej, Lloret i Oviedo oraz hrabiego Leonu i Burgos. To wszystko jednak etykietki bez namacalnej treści; daleko donioślejsze znaczenie ma fakt, że królewskie małżeństwo na długie miesiące wiąże ze sobą nie tylko dwa dwa rosnące w siłę rody, ale i dwie społeczności, które od czasu katastrofy sukcesyjnej w Skarlandzie (lipiec-wrzesień 2013), odwróciły się do siebie plecami. Z perspektywy Surmenii, gdzie latem ubiegłego roku na chwilę zainstalował się skarlandzki rząd emigracyjny Ciro Andreasa, władze w Walencji stanowiły zaledwie „nielegalną juntę okupującą Królestwo Skarlandu” (jak czytamy w projekcie parlamentarnej uchwały dostojnego Mikisa), zaś poczciwy król senior Norbert Catalan – „tyranem” nie wzbraniającym się przed „ludobójstwem” i represjonowaniem własnych rodaków.

Od tamtego czasu zmieniło się niewiele, jeśli cokolwiek. Obecna szefowa surmeńskiego rządu, Celestyna Sinalenno, nie życząc sobie mikronacyjnego sojuszu Montecchich i Capuletich, pozostaje konsekwentnym wrogiem idei królewskiego mariażu – zalążka przyszłej unii personalnej? – oraz zbliżenia ze Skarlandem. Jeżeli JKM Eleonora Skarlandzka „zostanie królową Surmenii” – oświadczyła publicznie Sinalenno – „osobiście będę żałować restauracji monarchii”. Wydała nawet specjalne instrukcje dla następcy tronu, formalnie odpowiadającego w rządzie za kontakty zagraniczne, by ten nie dążył do zbliżenia ze Skarlandem.

O ile Surmenia odmawia sobie wyciągnięcia jakichkolwiek realnych korzyści ze zbliżenia ze Skarlandem, druga strona – choć uparcie milczy – nie powinna mieć podobnych oporów.

Skarland liże rany

Jeśli całe wydarzenie wpisać w kontekst geopolityczny ostatniego półrocza, wrażenie jest nieodparte: jedynym realnym beneficjentem związku Zepa z przedstawicielką Medyceuszy-Katalonów jest Skarland, który od chwili sierpniowej intronizacji swojej królowej próbuje poderwać się na nogi i zniwelować wszystkie negatywne konsekwencje kryzysu sukcesyjnego. Skarland nie potrzebuje Surmenii jako przychylnego partnera w polityce międzynarodowej, właściwie w ogóle nie potrzebuje współpracy z państwem położonym na innym kontynencie. Skarland potrzebuje wrażenia, że ponownie stał się równoprawnym podmiotem tej polityki.

Przy okazji skarlandzka dyplomacja zyskała właśnie nową twarz – twarz Marcosa Paulosa Víctoreza, który jako król-małżonek aktywnie współkreować będzie jeśli nie samą substancję skarlandzkiej polityki zagranicznej – bo tutaj JKW Norbert nie da w sobie kaszę dmuchać i w razie czego pociągnie za wajchę z zapadnią – to przynajmniej jej międzynarodowy wydźwięk i marketingową siłę uderzenia. A elokwentny i obdarzony otwartym umysłem następca surmeńskiego tronu jest w tym prawdziwym mistrzem. W tej właśnie chwili królewska para celebruje swą pierwszą wspólną wizytę zagraniczną – w samoizolującej się i pasywnej Federacji Al Rajn, która w grudniu zawiesiła działalność własnego ministerstwa spraw zagranicznych, tym samym, wbrew dużej części własnej społeczeństwa, wyłączając się z gry na globalnej szachownicy. Gorzej zatem trafić nie można było, ale podróż poślubna rządzi się przecież swoimi prawami, a całkiem możliwe, że to szarmancki Sułtan wystosował odpowiednie zaproszenie i teraz, chcąc-nie chcąc, trzeba było na zabukować lot pustynię.

W mowie powitalnej na rajńskim forum król-małżonek w pełni utożsamił się ze swoją nową ojczyzną:

Skarland wychodzi z izolacji i porzuca wrogą postawę. Skarland chce partycypować w międzynarodowej polityce naznaczonej przyjaźnią i wzajemnym szacunkiem.

Trochę to drewniane, ale przecież szczere i – co najważniejsze – przylegające do rzeczywistości. Skarland wraca do gry, gdy wszyscy wokół oddają swoje karty.

… i przechodzi do kontrofensywy

Latem ubiegłego roku byliśmy świadkami faktycznego upadku państwa: wojny domowej, powstania dwóch rządów emigracjnych, odpływu połowy aktywnych obywateli, groteskowego sporu monarchistów z republikanami, zamachu stanu, utraty Estelli Wschodniej, która skorzystała z zamieszania i wybiła się na niepodległość, rozwiązania Królewskiego Rodu de Catalan, nadwątlenia zafania obywateli Królestwa Agurii – jedynego faktycznego sojusznika władz w Walencji, otwartego konfliktu z sąsiadami na kontynencie oraz – wreszcie – krańcowej erozji autorytetu Skarlandu w środowisku międzynarodowym. Federacja Al Rajn formalnie uznała upadek państwa skarlandzkiego i wypowiedziała traktat o wzajemnym uznaniu.

W tej chwili Skarland podejmuje efektowną próbę odzyskania utraconych pozycji. Głównym rozgrywającym tradycyjnie pozostaje Dwór Królewski – nie ma chyba zresztą drugiej takiej monarchii w polskim mikroświecie, w której polityka zagraniczna byłaby w tak ścisłym stopniu zależna od polityki dynastycznej. W rządzonym na modłę patrymonialną Skarlandzie to zresztą niemalże synonimy. 80% społeczeństwa skarlandzkiego to członkowie rodu panującego. Gdy Katalonowie biora się za łby – jak w sierpniu ubiegłego roku – sypie się cały kraj. Sytuację mógłby skomplikować jedynie powrót demonicznego republikanina Francisco Vazqueza de Saavedry, czego jednak chyba sobie nikt w Wigilię nie życzył.

JKM Eleonora konsekwentnie realizuje plan, którego zamysł powoli staje się jasny dla zagranicznych obserwatorów. W pierwszej kolejności nowa królowa wyciszyła spory z sąsiadami i wykonała kilka koncyliacyjnych gestów. Jeszcze we wrześniu doszlo do odnowy Domu Rodu Katalońskiego, do którego rady ponownie zaproszono członków agurskiej linii dynastii. Gest został z satysfakcją odnotowany w ojczyźnie JKM Gryhorego I i umożliwił odbudowę ciepłych relacji z Królestwem Agurii. Czy to wystarczy, by odbudować nadszarpnięte zaufaie – czas pokaże. W Nordii odpowiedni grunt urabia przesympatyczny JKW Andreas Catalan. W październiku królowa odwiedziła wyludniającą się Francję. Kluczowi gracze na kontynencie – spacyfikowani i uspokojeni.

W listopadzie JKM Eleonora cofnęła decyzję w sprawie dożywotniej banicji dla swego przyrodniego brata – księcia Augusta Medycejskiego, który już tydzień później wyniesiony został na tron Rzeczypospolitej Obojga Narodów jako August Ludwik II (albo genialna intuicja, albo – wiadomo zresztą). Analogiczna łaska spotkała kilka dni temu niesfornego Manuela Catalana-Guerro, który jeszcze pół roku temu pozostawał głównym kandydatem do schedy po swoim ustępującym ojcu – Andreasie I. W pierwszych dniach grudnia gruchnęła wiadomość o wspomnianym już wcześniej projekcie zaślubin królowej z przyrodnim bratem. Innymi słowy – daleko idąca gotowość do poświeceń pro publico bono. Finał tej historii już znamy.

A na deser – Estella Wschodnia

Do rozwiązania pozostała w zasadzie wyłącznie kwestia Królestwa Estelli Wschodniej, którego terytorium do sierpnia ubiegłego roku pozostawało integralną cześcią Skarlandu. Co prawda władze w Walencji upierają się, że nic się nie zmieniło. Prawda jest taka, że na tronie w Estelli Wschodniej od pięciu miesięcy zasiada bratanica Eleonory – JKM Izabela Medycejska. Sytuację komplikuje fakt, że ojcem królowej Izabeli jest wspomniany tu kilkukrotnie JKM August Ludwik II. Ten sam, który starał się o rękę Eleonory. Nie bez znaczenia jest fakt, że ojczyzna reprezentowana przez Augusta Ludwika II udzieliła w sierpniu daleko idących gwarancji suwerenności Estelli Wschodniej, aż po deklarację wsparcia mlitarnego. Izabela ma pod sobą dwóch dzielnych poddanych i właśnie wychodzi za mąż. Przyszłym nupturientem jest JKM Albert Ikról Niderlandów.

Skarlandzka królowa widzi sprawę inaczej. W projekcie listu do bratanicy Izabeli – „ostatniej szansie na pokojowe załatwienie sporu” – królowa Eleonora godzi się uznać tymczasową państwowość Estelli Wschodniej w zamian za uznanie nominalnego zwierzchnictwa Skarlandu nad jej terytorium. Po śmierci lub abdykacji Izabeli ziemie jej kraju mają wrócić do macierzy. Gwarantem umowy miałby być król Albert, który „uczyni z Izabeli królową Niderlandów”.

Projekt listu poparli wszyscy dyskutanci na forum – w tym, co nieco zaskakujące, również JKW Andreas Catalan i JE Wawrzyniec Piotr I Medyceusz (nestor rodu). Jest to zaskakujące o tyle, że w okresie konfliktu sukcesyjnego obaj panowie symatyzowali ze sprawą suwerennej Estelli Wschodniej, zaś JKW Andreas mocno zaangażował się w jej rozruch. Zmianę stanowiska tłumaczy lapidarnie: „Cóż, pół roku temu sam byłbym przychylny, ale obecnie to nie bardzo. Powód jest prosty – nic konkretnego się tam nie dzieje”.

Jak aktyw z pasywem: niderlandzka zagadka

Czy przyszły mąż Izabeli zdoła odegreć w tej układance samodzielną rolę? A może scenariusz został już napisany w Walencji w gronie Medyceuszy? Wiele na to wskazuje – wiemy już, że Niderlandy za chwilą podpiszą traktat ze Skarlandem. Kancelaria Królewska kurtuazyjnie wyraziła nadzieję na „wzrost przyjaźni pomiędzy naszymi narodami”. Walkower czy może raczej rezygnacja z walki, która nie ma większego sensu? Wydaje się, że stawką jest jedynie dobre samopoczucie przyszłej małżonki. Dużo to czy mało?

 Król Albert podchodzi do sprawy z manierą kota Bonifacego. Nie szuka zwady, nie myśli piętrzyć trudności, koncentruje się na pozytywach. Raduje się przyszlym małżeństwem. „Niech przysłuży się ono wzrostowi pokoju i dobrobytu w całym mikroświecie, a w sposób szczególny niech wpłynie na rozwój Niderlandów” – zakomunikował na forum.

Wyobraźmy sobie sytuację, w której JKM Albert podnosi jednak rękawicę i postanawia odegrać rolę zawalidrogi, włączając się do rozgrywki na Vaarlandzie. Na pierwszy rzut oka, w porównaniu z Zepami, Medyceuszami i Katalonami, król Albert Wilhelm Fryderyk van Oranje-Nassau to wciąż ubogi krewny. Władca państwa na dorobku, człowiek znikąd, trochę podobny do agurskiego króla Gryhorego I – nie wychyla się ponad pokrywkę, koncentruje się na własnym podwórku, niczym roztropny gospodarz pilnuje obejścia. Czy niderlandzki król dysponuje jakimiś asami?

Niderlandy przetrwały próbę czasu i zdołały przezwyciężyć poważny kryzys aktywności. Dla państwa w pierwszym roku istnienia to kwestia życia lub śmierci – gdy, po rozdaniu konfitur i obsadzeniu kluczowych stanowisk, pojawiają się pierwsze poważne problemy i ustaje ruch na forum, obywatele ewakuują się tak szybko, jak szybko się pojawili. Nie udało się tu, można spróbować w innym królestwie, cesarstwie, arcyksięstwie. Król Albert, stale ocierający się o rozmaitych cymbałów – kolekcjonerów tytułów i pikseli – zdołał zgromadzić wokół siebie grono lojalnych i oddanych współpracowników. W tej chwili to dziewiąta siła w mikroświecie. Przy aktywnym marketingu i wytrwałej kontynuacji obecnego kursu możliwe jest podwojenie obecnej liczby obywateli. Jedynie wytrwałą pracą i lojalnością wobec jednej ojczyzny – ojczyzna z natury jest jedna, ale dla najmłodszego pokolenia mikronautów wcale nie jest to oczywiste – można zbudować autentyczną wspólnotę. Niewątpliwie czas będzie działał na korzyść młodego Królestwa.

Wojna słów

Konflikty w świecie mikronacji mają charakter logomachii – wojny słów i o słowa. Czasem wyłącznie o słowa. Stroną silniejszą jest zwykle ta bardziej elokwentna, sugestywna retorycznie, bardziej świadoma wagi wypowiadanych słów, osadzona w jurysprudencji. Tak jest ten świat skonstruowany, że polityk-sofista zawsze będzie górował nad świętym głuptakiem. Wurstlandzki król Markus Vilander, postać w pewnych kręgach już legendarna, miewał przecież momenty moralnej wyższości, ale gdy zabierał głos w istotnej polemice, brzmiał jak spity rumem źrebak, którego z satysfakcją smagały pomniejsze koboldy. Skarland w obecnym wydaniu, na czele z elokwentną i metodycznie działającą Eleonorą, przy wsparciu zaciężnych retorów i – co nie mniej istotne – po zgarażowaniu szalonego JKW Norberta Catalana, w krótkim czasie może zostać królem dżungli. W przypadku Vaarlandu nie powinno być o to szczególnie trudno.

Po nieoczekiwanym upadku Austro-Węgier i słabnącej inicjatywie Trizondalu, państw dominujących na Orientyce w dwóch ostatnich latach, analogiczną rolę w skali regionu mogą w tym roku odgrywać Rotria i Surmenia.

(Jacques de Brolle)

1 Odpowiedź do " Ci wygadani mężczyźni i ich zużyte kobiety "

  1. M. Kawowy napisał(a):

    Mistrzostwo, jak zwykle zresztą :)



Copyright © 2012-2014 KURIER – Mikronacyjny Serwis Prasowy. All rights reserved.
Designed by Theme Junkie. Powered by WordPress.