Jesteś tutaj: Home // Idee i polemiki // Wariaci, gołodupcy i katastrofiści: 15 typów polskiego mikronauty

Wariaci, gołodupcy i katastrofiści: 15 typów polskiego mikronauty

Oto piętnaście typów mieszkańca polskiego mikroświata. Teoretycznie można byłoby tę listę rozbudować co najmniej o kilka kolejnych pozycji, ale piętnaście to dobra liczba. W trakcie pracy nad opisem poszczególnych typów uwzględniono autentyczne wypowiedzi i wydarzenia pochodzące z list i forów dyskusyjnych ponad dwudziestu państw internetowych. Bynajmniej nie w celach prześmiewczych – po prostu żadne zmyślenie nie dorównuje sile autentyku. Zasada jest jedna: żadnych nazwisk. Koniec końców to tylko zabawa.

LEGALISTA

Typ racjonalny. Hiperracjonalny. Życie ma ciężkie, bo wokół sami wariaci.

Wie, na czym to wszystko polega. Zna ukryty mechanizm, przejrzał na wylot. Jego ulubione zajęcie to pisanie konstytucji. Ustawy też są dobre, ale konstytucja jednak lepsza. W konstytucji dokonuje się wykladu własnego poglądu na świat. „Demokratyczne państwo prawa”, „federalizm”, „unitaryzm”, „głosy ważone”, „republikanizm”, „neutralność światopoglądowa” – to wszystko przecież tematy, na których już dawno starł sobie zęby. Ma to już za sobą – teraz będzie uszczęśliwiał rodaków.

legalistaRegulaminy, projekty uchwał, komisje, podkomisje – tym żyje. Biurokracja to zemsta bogów na maluczkich, ale nie na nim. On w tym pływa jak ryba w wodzie. Widzi w tym zresztą głębszy sens. Co tam sens – widzi w tym kręgosłup państwa. Będzie więc dbał o ciągłość instytucji, o politykę historyczną, o archiwa, o rejestry urzędników, teksty dawnych uchwał, dekretów i proklamacji królewskich „Kto był w 2008 r. sekretarzem stanu w ministerstwie spraw zagranicznych?” – to go będzie bolało w piątkowy wieczór. Porządek musi być, bo za chwilę wszystko trafi szlag. Jaki to zresztą zaszczyt być premierem, skoro nie wiadomo, kto był poprzednikiem poprzednika jego poprzednika? Jest w tym pewna logika. Dlatego będzie kustoszem pamięci narodowej.

Od biedy może też być rektorem uniwersytetu i pisać prace naukowe z zakresu jurysprudencji. W gruncie rzeczy to również jakaś forma porządkowania świata. Wszystko to mobilizuje go do działania i wywołuje niezdrowy dreszcz emocji, co w rzadkich chwilach trzeźwości umysłu mimo wszystko napawa go niepokojem. Skrycie marzy o urlopie od komputera: chciałby to wszystko rzucić w diabły, ale gdy przychodzi co do czego, rezygnuje z wyjścia na piwo w letni wieczór, bo obiecał sobie, że dziś opracuje statystyki za ostatnie półrocze. Oczywiście w eleganckim pdf-ie.  Nie potrafi odpuścić. Jego podświadomość przez cały czas przepracowuje mikronacyjne problemy. Nie daje mu chwili wytchnienia, rozprasza, wysysa energię i zabiera sen. Podrywa go nawet z muszli klozetowej – Legalista siada wówczas do komputera z listkiem papieru toaletowego przyklejonym do pośladka. Gdy do pokoju wchodzi matka z talerzem kanapek lub – chrońcie nas bogowie Kobolu – partnerka życiowa, wstydliwie przełącza okienko.

Któregoś dnia z braku lepszego pomysłu obywatele dokonują zmiany ustroju politycznego w państwie. Monarchia staje się republiką. Lub na odwrót. Legalista dostaje korby. Jego świat właśnie stracił pierwotną przejrzystość, do systemu została wprowadzona nowa zmienna. Skonsternowany i doprowadzony do ostateczności – znika na tydzień lub dwa, by jednak na prośbę zaniepokojonych włodarzy wrócić i zacząć swoją zabawę od nowa. Jest wszak niezbędny w każdym systemie politycznym. Udobruchany państwowym medalem św. Maura i tytułem wicehrabiego, mruczy pogodnie pod nosem. Wkłada ponownie okulary i drukuje wszystkie posty z ostatniego tygodnia, eksploatując nowy toner w drukarce ojca. Smaruje dłonie kremem Nivea i przystępuje do przywracania światu właściwej miary i pożądanego kształtu.

SMUTNY GOŁODUPIEC

Szarak. Amorficzna substancja mikronacji. Ciemna materia wszechświata. Milcząca reszta i tło dla mikronacyjncych gwiazdorów. Wartościowy jako elektorat, na co dzień raczej bohater trzeciego planu. Jeśli poza monarchami-seniorami komuś zdarza się oddać głos pusty w wyborach parlamentarnych, to właśnie jemu. Postępuje tak nie dlatego, że jest mu wszystko jedno. Wręcz przeciwnie. Wszyscy kandydaci w jednakowym stopniu mu imponują i zarazem wprawiają w konsternację, więc – skołowany – nie mógł się zdecydować, czy jest w nim więcej z ognia czy z wody.

golodupiec2Jest, ale jakby go nie było. Loguje się względnie regularnie i na ogół sumiennie czyta post po poście. Nie chce niczego przegapić. Jeśli się jednak angażuje – to na pół gwizdka. Założy klub piłkarski – bo wszyscy zakładają, a on nie zdążył wyjść z windy przed zamknięciem drzwi – ale przestanie się logować po dwóch tygodniach. Przeczyta artykuł prasowy, który wywoła w nim szczery odruch odrazy i dotknie do żywego, ale sam nie zostawi komentarza i publicznie nie zabierze głosu, by stanąć w obronie wartości, w które wierzy od 9. roku życia. A jeśli nawet – to, skarcony przez któregoś z weteranów, przeprosi za śmiałość i natychmiast wycofa się do swojej skorupki. Będzie się wykrwawiał w samotności, w sposób doskonale wsobny – cała energia pójdzie w żołądek i wątrobę. Aż do bolesnych wrzodów. Dlatego nigdy nie sypia na prawym boku.

Smutny Gołodupiec tak naprawdę jest wewnętrznie dobrze poukładany. Odebrał staranne wychowanie, w swoim życiu przeczytał już parę książek, to i owo sobie przemyślał i ma w głowie precyzyjnie przemyślany obraz samego siebie. I w tym problem. Chciałby być rycerski i wywoływać w wyobraźni rozmówców skojarzenie z sir Anthonym Hopkinsem lub przynajmniej smutnym przystojniakiem w smokingu, którego zdjęcie wybiera sobie jako awatar.  Sęk w tym, że wciąż nie może wykonać żadnego ruchu. Przeraża go myśl o tych wszystkich zamykających się furtkach. Przemijanie doprowadza go do melancholii, ale nie jest w stanie włączyć się do gry. Życie definiuje jako sumę zaprzepaszczonych okazji.Trwoni czas na jałowym biegu i rozważa wszystkie opcje.

W liceum prowadził zeszyt, w którym wyliczał plusy i minusy klasowych koleżanek. Pod uwagę brał absolutnie wszystko: charakter, owal twarzy, intelekt, szerokość bioder, biust, włosy; wypytywał o alkoholizm i porywczość jej ojca oraz o sposób starzenia się matki; chciał wiedzieć, czy jego potencjalna partnerka mieszka daleko, czy blisko; czy jest klasową gwiazdą czy szarą myszą; no i czy czasem nie jest jego kuzynką, bo nie chce później wychowywać głupiego albo mutanta. Jasny gwint! Milion zmiennych, które wprowadza do tabelki, przyznaje gwiazdki, plusy i minusy. Wszystko po to, by w odpowiednim czasie zagadać do tej właściwej. To nigdy nie będzie ta klasowa księżniczka, bo do tej ustawiają się kolejki, a on sam czuje swoją chwilową podrzędność. Poza tym nie od razu Rzym zbudowano, więc na początek wystarczy taka trzecia od końca. Mimo braku oczywistych atutów, trzecie od końca pod szarym polarem skrywają przynajmniej obfity biust. Odpowiedni czas wreszcie nadchodzi, ale to nigdy nie będzie w trakcie dyskoteki i nawet nie podczas grupowego wyjścia do kina, gdy najłatwiej, lecz zawsze wtedy, gdy najtrudniej. Będzie to zatem dzwonek po ostatniej lekcji, gdy podchodzi do niej starszy brat i oznajmia z rozbawieniem, że zdechł ich lękliwy pies Gonzo, któremu głowa ugrzęzła w ciasnym wylocie rynny. I właśnie w tym delikatnym momencie wtrąca się Smutny Gołodupiec – umęczony i dyszący, bo czekał na to co najmniej od sześciu godzin – i wreszcie proponuje jej wspólne wyjście do kina na nowego Almodovara, ale ona tylko mierzy go zmętniałym wzrokiem i po chwili mówi: nie.

Gra na zwłokę to jego ulubione zajęcie. Podjęcie każdej decyzji zajmuje mu pół dnia. Siedzi za krzakiem, pod ścianą, w cieniu. Jest pełen skrupułów i czeka na rozwój wydarzeń. Zwleka niestety zbyt długo, by mogło z tego wyniknąć coś dobrego, więc kiedy wreszcie jakimś nadludzkim wysiłkiem woli zdobywa się na ruch i – powiedzmy – staje w wyborach do Izby Poselskiej, dostaje bolesnego kopa, prosto ze szpicy i prosto w cztery litery. Bo Smutnego Gołodupca nikt nie szanuje.

Zdarza się jednak, że potrafi przekuć swoje wady w zalety. Jego jedynym asem jest właśnie ów brak uwikłania, pozostawanie poza wszystkimi konstelacjami towarzyskimi. „Jestem człowiekiem spoza układów” – oznajmi w trakcie kampanii wyborczej. Czasem, rzadko bo rzadko, to działa. Otrzymuje mandat, zostaje posłem.

I nic z tego nie wynika.

PAN STWÓRCA

pasjonatWielki projektant, kiepski zarządca. Ma hobby szczególnego rodzaju. Raz po raz zakłada nowe państwa. Co najmniej kilka w roku. Nie myśli o dołączeniu do którejś z większych mikronacji – ma to już zresztą za sobą. Terminował w poprzednim wcieleniu jako obywatel Sarmacji, Trizondalu lub Dreamlandu.

W obecnych warunkach założenie nowej mikronacji jest dziecinnie łatwe i Pan Stwórca chętnie korzysta z tego dobrodziejstwa. Darmowy szablon, darmowe forum. Byle gdzie, byle jak. Minusem są wszędobylskie reklamy, które wskakują człowiekowi za kołnierz niczym pchły z psiego karku. I szlus. Królestwo gotowe. W jeden wieczór. Kluczem do sukcesu jest chwytliwa nazwa – najlepiej nawiązująca do realnie istniejącej monarchii europejskiej, ale może być też coś ze Star Treka. Żadne tam jednak Maciupkowo czy Krasnalandia. To musi być poważne państwo dla licealistów na poziomie. Gimbaza siedzi w Krasnalandii. My jesteśmy w klasie maturalnej. I sobie nie życzymy.

W ogóle lęk przed „gimbazą” – jako internetowa jednostka chorobowa – jest czymś szczególnie mocno rozpowszechnionym w świecie mikronacji. „Yoyonację” – jako epitet – jeszcze można znieść. Trudno. Od czegoś trzeba zacząć. Wyrobimy się. Ale na „gimbazę” nie godzi się nikt, a już zwłaszcza – poważni licealiści.  Studentom na ogół już wszystko jedno. Ci jeszcze starci w ogóle nie wiedzą, o co chodzi.

Pan Stwórca unika więc oczywistych wpadek. Żadnego różu, żółci i zieleni. Kucyki, jednorożce i motywy roślinne również odpadają. W ogóle – o czym ja mówię? Szukając treści, którą można byłoby wypełnić świecący pustkami szablon, Pan Stwórca na ogół odwiedza strony Księstwa Sarmacji, czasem również kilku innych starszych mikronacji. Dobrym wzorem – przynajmniej jeśli chodzi o organizację forum – jest również Trizondal. Od niedawna również Skarland.

Pan Stwórca dysponuje pewnym doświadczeniem i obficie czerpie z cudzych nauk. Przegląda zawartość Mikropedii i lustruje listę istniejących mikronacji. Intuicyjnie wyczuwa, że końcowy efekt musi być oryginalny. Zaczyna się wielkie lepienie i mieszanie wszystkiego ze wszystkim. Nie zawsze ze świadomością używanych pojęć. Monarchia socjalistyczna z głosami ważonymi dla arystokratów i nadaniami ziemskimi? Federalne państwo unitarne? Liberalne państwo teokratyczne? Absolutyzm demokratyczny? Bełkot? A kto się na tym zna? Przecież nie obywatele takiego państwa.  Jak się nie podoba, można później zmienić.

Mieszamy w kotle i wrzucamy wszystko na stronę główną i  – a jak! – do konstytucji. O ile jakaś jest, bo często kończy się na samych deklaracjach. Szczegóły nie mają na tym etapie znaczenia. Po drodze jeszcze z dziesięć razy będzie okazja dokonać rewizji. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Pan Stwórca nie dba o detale. On jest postacią z ksiąg Arystotelesa. Pierwszym Poruszycielem. Puszcza maszynkę w ruch i oddaje sprawy w ręce obywateli, którzy o całym przedsięwzięciu dowiadują się z anonsów opublikowanych wszędzie tam, gdzie to możliwe. To znaczy – na forach innych państw i podupadającym obecnie Forum Mikronacje. Pan Stwórca nawet nie dba ani o reelekcję, ani o wewnętrzną spójność ustroju. Widzi to tak: surowy i ogólnikowy tekst konstytucji zmodyfikuje później obywatelska konstytuanta. A jak nie zmodyfikuje, to znaczy, że nie było takiej potrzeby. Przez chwilę dorzuca do pieca, dba o marketing, rozdaje pierwsze konfitury, obsadza kluczowe stanowiska, wynosi do godności pierwszych baronów, hrabiów i markizów i  – po pewnym czasie  – niespodziewanie wyłącza się gry. Ku przerażeniu zdezorientowanych rodaków. Dla podkręcenia efektu w liście pożegnalnym – na ogół jednak znika bez słowa – zaprasza wszystkich do swojej nowej mikronacji. A co? Zrobił przecież swoje. Zniósł jajo. Teraz czas znieść kolejne. Gdzie indziej. Już pod nowym nazwiskiem.

Mikronacje zakładane przez Pana Stwórcę mają krótki i dynamiczny żywot. Zdarza się, że przeżywają gwałtowny skok populacji i kuszą rozmaitych malkonentów możliwościami ponownego startu i rozwoju kariery. Regułą jest natomiast smutny i gwałtowny finisz.

PAN FRODO

Frodo musi uratować świat przed osunięciem się w nicość.

Typ szczególny – nie pojawia się  wtedy, gdy jest faktycznie potrzebny. Zwykle jest na odwrót. Często migruje z państwa do państwa, starannie wybiera miejsce swojej aktywności i pojawia się tam, gdzie nikt nie oczekuje jego usług. Na ogół w niewielkiej mikronacji. Gdy Frodo uzna, że państwo znajduje się w dostatecznie głębokim kryzysie, publicznie oferuje swoje usługi. Najlepiej w trzech równoległych wątkach. Bywa nachalny niczym dworcowy kloszard. Domaga się natychmiastowej odpowiedzi. Najlepiej aprobatywnej. Wówczas przystępuje do działania. Ledwie zipiącej mikronacji obieca świetlaną przyszłość. Nie tyle świetlaną, co wręcz imperialną. Sugeruje, że ma na to sprawdzoną receptę. Tubylcy biorą go zrazu za nieszkodliwego błazna, ale ponieważ każda para rąk jest  potrzebna – dają mu zielone światło.

frodoPan Frodo doskonale wie, co stanowi czułą strunę czteroosobowej mikronacji i z marszu deklaruje, że do pierwszej niedzieli po pełni księżyca podwoi liczbę mieszkańców. Jedno trzeba mu przyznać – ten typ nigdy nie rzuca słów na wiatr. Już następnego dnia w państwie pojawia się nowy obywatel. Przedstawia się jako kolega Froda. „Dużo słyszał o tej mikronacji” i chciałby się zaangażować. Wszyscy go witają i z miejsca proponują stołek namiestnika w prowincji zamieszkałej wyłącznie przez pająki i patyczaki. Niech to ogarnie i się wykaże, a potem się zobaczy. Kilka dni później przybywa koleżanka Froda. Również „dużo słyszała o tej grze”. Koleżanka Froda deklaruje, że lada chwila przybędą do kraju dwie nowe osoby. Ktoś ze starych mieszkańców zaczyna pukać się w czoło i bije na alarm. W trybie natychmiastowym weryfikowane są adresy IP komputera i smutna prawda wychodzi na jaw. Pan Frodo mętnie tłumaczy, że chodzi o jego brata, kuzynkę i dwóch kolegów, którzy korzystają z jego komputera. Tubylcy nie chcą o tym nawet słyszeć  i wytaczają Frodowi szybki i amatorski proces sądowy, w którym nie miałby szans nawet Borat.

Pan Frodo ma jednak dar przekonywania. Poza tym –  i co z tego, że kombinuje? Jak kombinuje, to znaczy, że mu zależy. A jak zależy – to wiadomo. Poza tym klony w międzyczasie odpuszczają – Frodo wspaniałomyślnie dokonuje ich eutanazji i odtąd pracuje za trzech. Prędzej czy później dostaje awans i traktowany jest z najwyższym szacunkiem.  Przynajmniej do chwili, gdy w wyniku wyborów sam przejmuje kontrolę nad panelem administracyjnym forum i wówczas w kraju zaczynają się dziać rzeczy dziwne i straszne.

W chwilach nadciągającej katastrofy – musi być już naprawdę źle – Frodo wkłada na palec pierścień. I znika.

KATASTROFISTA

Trudno powiedzieć, czego szuka w świecie mikronacji. Jedno jest pewne – swój uraz wyniósł ze świata realnego i tutaj wyrównuje pewne rachunki.

samotnikKatastrofista zna jedną prostą prawdę: wszystko się sypie. Cała reszta to tylko mydlenie ludziom oczu, Katastrofista doskonale wie, jak jest i wie, że dni i godziny zostały policzone. On sam żadnych konkretów co prawda nie zna, ale gdy wskutek banalnej awarii pojawia się problem z wyświetlaniem strony głównej, Katastrofista triumfuje. „A nie mówiłem?!”.

Fakt, mówił. Katastrofista wypowiada się publicznie rzadko, ale gdy już zabierze głos, przemawia w duchu najlepszych wzorców: Daniela, Jeremiasza i Ezechiela. Hioba tam nie ma, bo Hiob jednak przesadzał i koncentrował się wyłącznie na sobie. A Katastrofiście chodzi o wszystko i wszystkich, tylko nie o niego. On sam ma się dobrze i rzadko wychyla się ze swojego schronu.

Katastrofista jest na ogół ignorantem. Nie wchodzi w szczegóły, nie doczytuje postów do końca, artykuły prasowe z szerokiego świata w ogóle go nie interesują. Chyba że mu ktoś streści lub wyłoży tezę. Nie przeszkadza mu to w wyciąganiu odważnych wniosków. Stale balansuje na granicy komicznej generalizacji.

Katastrofista nie lubi konkurencji w swojej profesji. Gdy ktoś inny go ubiegnie, dostrzegając jakieś złowróżbne symptomy nadchodzącego upadku, Katastrofista wykazuje daleko idący optymizm. „Pomyliło ci się, człowieku” – powie Katastrofista i przytomnie zwróci uwagę na fakt, ze dwa lata temu o tej porze też było źle. „I co? I nic”.

PAN GORĄCZKA

Natychmiast po przybyciu do mikronacji chętnie przywita się na forum i w swoim pierwszym poście zakomunikuje: „Politykiem chciałbym zostać. Powiedzmy ministrem spraw zagranicznych”. Męczy go biurokracja, oczekiwanie na obywatelstwo wydaje mu się wiecznością, ale tam gdzie trzeba czuje miłe swędzenie na myśl o tych wszystkich drabinkach kariery, który za chwilę będzie szturmem zdobywał.

 gorączkaJest irytująco niecierpliwy, ale trzeba go zrozumieć. Nie po to się rejestrował na forum i klikał w link aktywacyjny, by teraz czekać na odpowiedź ze strony namiestnika. Król ma odpowiedzieć. „Królu, co z moim pomysłem reformy, który godzinę temu posłałem ci mailem?”. Stale szturcha swoich przełożonych, jak trzeba – napisze obywatelski donos na bezczynnego urzędnika. Gdy poczuje, że mocno się już napracował, zaczyna domagać się kolejnych stanowisk i zadań, orderów, wyróżnień i przyspieszenia standardowej ścieżki awansu. Jeśli to możliwe – doprowadza do awansu samego siebie: buduje od podstaw siły zbrojne i mianuje się generałem i marszałkiem armii. Po kilku tygodniach gorączkowej krzątaniny jego podpis wygląda jak choinka – rolę bombek pełnią najróżniejsze stanowiska – premiera, ministra, burmistrza, ambasadora, redaktora, kustosza, rektora i dyrektora. Przy okazji ogłasza też „prace naukowe” i „utwory literackie”, na ogół wiersze pisane na kolanie i streszczenia haseł z Wikipedii. Koniec końców zawiesza się niczym przepracowany system operacyjny i odpuszcza na całej linii, bo wszędzie ma już jakieś zaległości, wszyscy go ponaglają i przypominają o niedawnych deklaracjach, a on, biedny, przecież się nie rozerwie, więc zaczyna odbijać piłeczkę, odgryzać się, znikać bez słowa na całe dni. Po jakimś czasie, śmiertelnie zmęczony, rzuca stanowisko, zdziera z munduru baretki i epolety, zeskakuje z cokołu i ogłasza zasłużoną emeryturę. Po to, by pół roku później zacząć zabawę od nowa.

CUDAK

To ekscentryk. Forumowa gwiazda. Cudak ma jedną ambicję. Chce zadziwiać, szokować, wprawiać w osłupienie. Jego mikronacyjny żywot na ogół jest krótki i od początku pomyślany jako happening. Wybiera sobie kuriozalne imię i jeszcze bardziej kuriozalne nazwisko. Do tego – kuriozalny awatar. Goła baba z cyckiem na czole lub penis zapeklowany w słoiku. Może być też murzyn w skórze lamparta. Na każdym kroku udziela starannie przemyślanych i programowo ekstrawaganckich odpowiedzi. Wszyscy chcą dotknąć Cudaka i zrobić sobie z nim zdjęcie. Z czasem to Cudak przejmuje inicjatywę i zaczyna oferować swoje usługi. Na ogół objawia się jako literat, poeta i autor aforyzmów. Dołącza do redakcji pisma lub zakłada własne, ale do szczęścia zwykle wystarcza mu forum dyskusyjne. Najważniejsze dla Cudaka jest szerokie audytorium.

Nie można odmówić mu talentu. Jego utwory to kpina w żywe oczy, ale między wierszami czytelnik wyczuwa duże oczytanie. Domyśla się, że Cudak celowo obniża loty zgrywając niefrasobliwego prostaczka. Cudak pragnie, by świat śmiał się razem z nim. Możliwe, że prywatnie jest to bardzo nieszczęśliwy człowiek.

We współczesnym mikroświecie Cudaków jest mało. Sam poznałem zaledwie kilkanaście przypadków kwalifikujących się do tej kategorii. Do niektórych państw w ogóle nie zaglądają – zostaliby tam zlinczowani po godzinie. Autentyczne Cudaki niewątpliwie jednak istnieją i mają się dobrze. Kto wie, może właśnie w tej chwili jeden z nich leży pod twoją sofą i wyjada sobie flupy z nosa.

cudakWARIAT

Toksyczny podtyp i zarazem kombinacja Cudaka, Ideologa i Katastrofisty.

Wariat wierzy, że realizuje wyższy zamysł. Na początku pojmuje go jedynie intuicyjnie. Odkąd pamięta, towarzyszyły mu dziwne przeczucia i obawy dotyczące konstrukcji nośnej tego świata. Dopóki jednak nie przemyślał sobie wszystkiego, po prostu robił swoje i nie zadawał zbędnych pytań. Był ministrem, burmistrzem, bezrobotnym wojskowym. Budował mosty i kopał kanały. Gdy jednak w wolnych chwilach wczytywał się w treść kolejnych artykułów prasowych, między wierszami wyczuwał coś, co wcale mu się nie podobało. Wcale a wcale. Z czasem  pojawił się gniew i poczucie bezsilności. Frustracja. Lęk.  Wreszcie – być może w trakcie spaceru z psem –  wpadł na właściwy trop.  Jego życie odzyskało właściwą dynamikę. Odnalazł sens. Zaczął energicznie wznosić gmach własnego systemu filozoficznego, gdzie wszystko zaczęło się wreszcie logicznie układać. Logicznie dla niego. Gdy wszystko już sobie wreszcie opowiedział od początku do końca, postanowił pójść w świat i głosić kazania.

Nie ma dziś zapotrzebowania na kazania, choć w dobie nadprodukcji Legalistów i Smutnych Gołodupców wzrasta zapotrzebowanie na rozdygotanych Wariatów. Agresywnych, pewnych siebie i sprawnych retorycznie. Zdolnych do budowania sugestywnych obrazów. Wariat oddziela światłość od ciemności i wymierza światu sprawiedliwość. Jego przesłanie jest pesymistyczne i komiczne zarazem. Musi takie być. Katastrofa kiedyś bowiem nadejdzie, a jak nadejdzie, wszyscy będziemy się śmiać. W forumowej dyskusji radzi sobie kiepsko – nie ma większych szans w starciu z przeważającymi siłami wroga. Wariat wywołuje u rozmówcy dyskomfort. Jest jak niezidentyfikowany przedmiot, który wyczuwamy stopą w trakcie kąpieli w wannie. Gdy mija pierwsza ciekawość, Wariat zaczyna męczyć swoją nachalnością. Jest ignorowany, przeganiany z miejsca na miejsce, banowany. Polemika z nim to prawdziwa udręka. Wariat nie ma przyjaciół, miewa jednak wyznawców. Bo zdarza się, że fałszywe teorie mniej więcej pasują. Gdy zdeterminowany Wariat zakłada własną gazetą (blog), jego kapiszony zamieniają się w ostrą amunicję.

Jedyna recepta – przeczekać.

KOLEKCJONER TYTUŁÓW

 Tutaj sprawa jest jasna. To kombinacja Pana Gorączki i Kosmopolity, ale w postaci rozrzedzonej.

kolekcjoner tytulowCzyli – maksymalna ambicja przy minimalnym nakładzie pracy. A do tego rozbuchane ego. Swoją przygodę w mikroświecie zaczyna od opracowania własnego hasła w Micropedii. Świat musi się przecież o nim dowiedzieć. Rekord należy do pewnego mikronauty, który założył hasło o treści: „Aktywista i polityk, obywatelstwo uzyskał dzisiaj o 16:30”.

 Hasło układane jest w taki sposób, by zawierało jak najwięcej absurdalnych informacji – na przykład drzewko genealogiczne z fikcyjnymi przodkami.

 Kolekcjoner tytułów już na starcie mierzy wysoko. Owszem, od biedy weźmie jakąś drugorzędną fuchę, zostanie burmistrzem czy wiceministrem, ale to tylko odskocznia do czegoś znacznie poważniejszego. Kolekcjoner tytułów pragnie, by go jak najszybciej zauważono i doceniono. Chce akcesu na salony, biletu wstępu do „środowiska”. Chce zostać członkiem któregoś z prześwietnych rodów, mieć prawo do własnego herbu, kilkuczłonowe nazwisko, własne księstwo lub przynajmniej lenno. Zdarza się, że już na samym starcie pojawia się na forum z własnym herbem. Pouczony przez rodaków, że na takie cacko dopiero będzie musiał sobie zapracować, tłumaczy, że to herb szlachecki, którym jego rodzina posługuje się od czasów saskich. Więc nie usunie. I żeby go nie denerwować, bo stracił przodka w powstaniu styczniowym. Prędzej czy później osiąga swój cel i wchodzi do towarzystwa. Całą swoją energię pompuje wówczas w majestatyczny podpis: odtąd jest już „Jego Wysokością”, „Jeko Ekscelencją”, co zaznacza w sygnaturze czerwoną czcionką. Jeśli jest głową państwa którejś z mniejszych mikronacji, de facto prywatyzuje i zawłaszcza państwo. Nazywa swoim imieniem miasto, uniwersytet i krajową walutę. Odtąd lud będzie płacił „arminami” i „rangarami”.

Wyjaśnijmy. Kolekcjonowanie tytułów jest w mikroświecie nieuniknione. Aktywny obywatel z długim stażem skompletuje ich całą litanię, zwłaszcza w małych państwach, gdzie król lub szef rządu piastuje kilkanaście innych stanowisk, poczynając od rektora uniwersytetu po trenera piłkarskiej reprezentacji narodowej. To naturalne. Nienaturalne są natomiast ośmiowierszowe podpisy wyliczające również tytuły i urzędy piastowane w przeszłości.

PAN WOJSKOWY

 „Czy powinniśmy wejść w posiadanie broni jądrowej?”.

 Ten typ znajdziemy niemal w każdym państwie. Lubiany, tolerowany, doceniany. Jego awatar –  często zmieniany – to zwykle czterdziestopięcioletni oficer w mundurze galowym kawalerii lub marynarki wojennej któregoś z państw Zachodu. Najlepiej z XIX-wieku. Po Smoleńsku do łask wróciły barwy narodowe, więc coraz częściej znajdziemy na zdjęciu jakiegoś piłsudczykowskiego pułkownika z obozu sanacji.

 wojskowyPan Wojskowy ma jeden cel w życiu: postawić na nogi siły zbrojne najjaśniejszej rzeczypospolitej. Będę je reformował, reorganizował i wyposażał. Jeśli ich w ogóle nie ma – tym lepiej. Zbuduje armię od podstaw, według precyzyjnego i spójnego planu. Plan to zresztą słowo-klucz. Trzeba zmusić parlament do wyasygnowania konkretnych kwot na zakup krążowników, niszczycieli i lotniskowców. A pancerniki? – zapytamy. Pan Wojskowy wyśmieje nas za takie pytanie – pancerników nie buduje się od II wojny światowej, dały plamę i są zbyt drogie w eksploatacji. W klasie niszczycieli odróżnia typ Zumwalt od typu Spruance. Jedno trzeba mu oddać: jest specjalistą w swojej dziedzinie. Wszystkich wokół ma za skołowanych profanów. Wobec braku poważnej konkurencji zwykle zostaje marszałkiem armii i szefem sztabu.

 Przez większość czasu zbija bąki i odbija się od ścian. Od wielkiego dzwonu udaje mu się zorganizować jakieś „manewry”, ale zniechęca go brak entuzjazmu ze strony rodaków. I słusznie. Z braku laku wchodzi do rządu. Gdy zostaje premierem, zaczyna gorączkowo szukać gwoździ, w które mógłby przyłożyć swoim młotkiem. Gwoździem może być sąsiad, który połasił się na ziemie niczyje. Ziemie niczyje okazują się zwykle naszą strefą wpływów. Co tam strefą wpływów – to nasz protektorat. Żeby tylko protektorat – to nasza dawna prowincja, z której zrezygnowaliśmy, ale właśnie zmieniliśmy zdanie. Pan Wojskowy jako pierwszy sporządzi odpowiedni projekt uchwały parlamentarnej, poparty przygotowanym przez siebie hasłem w Micropedii. Mimo najlepszych chęci – na ogół absolutnie nic z tego wszystkiego nie wychodzi.

SZYDERCA

 Występuje w znacznej obfitości. Są nawet całe państwa złożone niemal wyłącznie z szyderców. Takie wspólnoty bardziej przypominają zbiorowy happening niż typową płaską mikronację. Liczy się zabawa, dobry szmonces i brak zahamowań. Zahamowania są dobre dla monarchofaszystów.

szyderca Szyderca nie walczy o władzę polityczną, bo jej nie ceni. Rozumie, że prawdziwą władzę daje sprawne żonglowanie słowem i umiejętność perswazji. Gdy czuje i widzi, że jest czytany i słuchany, czuje się królem świata. Szyderca w głębi duszy chce bliskości, ale sam nigdy nie wyłącza autopilota – kontroluje się nawet w czasie suto zakrapianej imprezy i nie zamieni własnych trzech gruszek na cudze dwa jabłka.

 Szyderca na ogół jest człowiekiem lewicy, bo prawicę postrzega i definiuje jako drewno. Dowcipnie skomentuje projekt ustawy, wyśmieje patos i nadęcie wojskowych, wzgardliwie odniesie się do każdej świeckiej religii w państwie. Nie lubi dużych słów, chyba że akurat sam ma na nie ochotę. Jeśli jest w mniejszości – będzie stał z boku lub leżał na hamaku. Nie wejdzie do rządu, choć przy każdej zmianie warty po cichu liczy, że ktoś tam o nim pamięta. Jeśli popełni błąd i się zaangażuje – opuści drętwe towarzystwo przy pierwszej lepszej okazji, trzaskając głośno drzwiami. Jeśli ma w sobie dryg histeryka – a zwykle go ma – publicznie rzuci obywatelstwem i pozostawi po sobie testament porażający skalą małostkowości.

Szyderca deklaruje dystans do świata, ale różnie z tym bywa. Mimo dość skromnych i ostrożnych początków, z czasem przekracza kolejne granice i przestaje dbać o konwenanse. Wyprowadzony z równowagi, potrafi mocno przyłożyć, nie wahając się przez złamaniem ostatniego tabu: publicznym praniem prywatnych brudów. A szyderca ma co prać, bo wszedł w komitywę z tym i owym, więc jego archiwum na gg pęka w szwach od pikantnych zwierzeń. W chwili słabości zdradziłeś mu, że przed laty namówiłeś dziewczynę na skrobankę lub masz słabość do wódeczki i golizny w sieci? Wobec tego miej się na baczności i lepiej nie wchodź z Szydercą w publiczną polemikę, jeśli nie chcesz przeczytać o sobie czegoś zupełnie niezabawnego.

KOSMOPOLITA

kosmopolita Posiada obywatelstwo w trzech mikronacjach, ale zamieszkuje w sześciu. W odróżnieniu jednak od Pana Multikonto, wszędzie posługuje się jednym i tym samym nazwiskiem, co najwyżej tylko lekko je modyfikuje, dostosowując się do lokalnych norm i zwyczajów. Jest aktywny i obecny we władzach wszystkich państw, w których ustawodawca dopuszcza taką możliwość. Zapytany o ojczyznę, udzieli takiej odpowiedzi, jakiej wszyscy chcą usłyszeć. Ma bogate dossier. Tu był ministrem spraw zagranicznych, tam marszałkiem izby poselskiej, gdzie indziej otarł się o koronę, asystował przy budowie trzech mikronacji, sam jedną założył, ale nie zdradzi nazwy, bo mu trochę wstyd. Jest członkiem którejś z mikronacyjnych dynastii, o czym przypomina jego trójczłonowe nazwisko. Raz na dwa tygodnie aktualizuje swoje hasło w Micropedii, dodając nowe ciekawostki i usuwając niewygodne informacje.

Jako polityk ma jednak ograniczone pole manewru – nie może obrać jednoznacznego kursu na zbliżenie z państwem, w którym również działa, nawet jeżeli wszystko za takim rozwiązaniem przemawia. Stale obawia się, że zacznie być postrzegany jako agent wpływu, co usztywnia jego działania. Stara się wejść w rolę żony Cezara – pozostać poza wszelkim podejrzeniem. Jeśli więc rozważana jest kwestia współpracy z jego drugą ojczyzną, jako pierwszy zapyta głośno: w jakim celu?

 PAN MULTIKONTO

Posiada obywatelstwo w kilku lub nawet kilkunastu państwach. Zdarza się również, że posiada kilka kont w obrębie jednego państwa. Nie przejmuje się jednak lokalnym ustawodawstwem w tej kwestii – działa pod różnymi nazwiskami. Występuje w kilku wariantach. Typ naiwny loguje się zawsze z tego samego adresu IP. Typ doświadczony zachowuje ostrożność. W przypadku wpadki opowiada drewnianą historię o bracie, siostrze, koledze lub kuzynie, który korzyta z tego samego komputera. Ostatecznie skompromitowany – wycofuje się i ląduje ze swoim kramem w innym państwie. Zwykle są to zresztą niewielkie mikroncje, gdzie posiadanie klona może przynieść wymierne korzyści.

multi Na ogół posiada jedną podstawową tożsamość – w którą inwestuje najwięcej czasu i energii – oraz kilka drugorzędnych, które traktuje jako użyteczne klony i drony do zadań specjalnych. Trzeba wspomóc centralną jednostkę (czytaj: samego siebie) w wyborach? Klony zasilą szeregi jego partii, zapewnią dodatkowe głosy poparcia, wspomogą w dyskusji, wystawią pochlebne świadectwo, śmiało zaatakują przeciwnika, a nawet – jeśli poniesie go ułańska fantazja –  zostaną jego bratem lub żoną i założą „dynastię”. W zależności od sytuacji może zdarzyć i tak, że któryś z klonów raptownie zyskuje na znaczeniu i wówczas ciężar działania zostaje przeniesiony stosownie do potrzeby. W takiej sytuacji centrala zostaje wycofana, a pałeczkę przejmuje klon.

 W połączeniu z typem Kosmopolity, Pan Multikonto instaluje klony również poza granicami i stara się uzyskać wpływ na ośrodki decyzyjne państw, w których aktualnie działa. Na ogół dąży do „politycznego zbliżenia i międzynarodowej współpracy”, co miałoby dowodzić jego dyplomatycznego kunsztu i znacznej skuteczności. Jeżeli nie zostanie wcześniej zdemaskowany, co zdarza się nader często, trafia na szczyt i wówczas robi wielkie czary mary w pustym garnku: doprowadza do zjednoczenia z drugim z zainfekowanych przez siebie państw, buduje małe imperium, swój zamek z piasku. Następnie wyłącza lampkę przy nocnym stoliku, zjada zimny kisiel i idzie spać.

grek PAN IDEOLOG

 Rzadki, ale ceniony i pożądany typ. Jako jeden z nielicznych posiada precyzyjnie ukształtowany światopogląd polityczny. Nie tylko potrafi odróżnić liberała od libertarianina, a konserwatystę od nacjonalisty, ale chętnie dzieli się z rodakami swoją ezoteryczną wiedzą. Poucza, instruuje, podsyła linki. Męczy go wszechobecny eklektyzm, mieszanie pojęć, niedbałość o ścisłość terminologiczną. Jego awatarem jest zdjęcie Pinocheta, generała Franco, Marksa lub Carla Schmitta. Zakłada własną partię, urabia plastyczne umysły kolegów, wygłasza z ambony swoje kazania, podaje im głębokie prawdy do wierzenia.

 Na ogół jednak nie ma pojęcia o praktyce – nie wie, w jaki sposób idee polityczne przełożyć na mechanikę państwa internetowego, nie mówiąc już o kłopotliwych brakach w wiedzy informatycznej, co czyni z niego bezwolne narzędzie systemowców. Chciałby, by wszyscy wokół dyskutowali o Marksie i wewnętrznych sprzecznościach kapitalizmu lub przynajmniej o „głupim Tusku”, ale zwykle spotyka go rozczarowanie.

 Nie sprawdza się jako przywódca. W rządzie najpełniej odnajduje się w roli ministra sprawiedliwości, czyli de facto ciecia. Gdy trzeba zaktualizować dane na stronie lub dostosować forum dyskusyjne, dostaje wysypki i bierze urlop. Nie angażuje się w życie publiczne – nie założy własnego klubu piłkarskiego, nie weźmie udział w forumowej dyskusji „przy kawie i ciastku”. Żyje w świeci idei i prosi, by mu nie zawracano czterech liter. Odżywa, gdy trzeba usiąść do nowego programu partyjnego lub skomentować expose nowego premiera.

Na pokaz wymuskany i opanowany. W dyskusji rzadko traci kontrolę nad samym sobą. W toalecie przy pisuarze  – z dala od publiczności – potrafi jednak wymierzyć przeciwnikowi dyscyplinujący cios gumową pałką.

 PAN REWOLUCJONISTA

 To bliski kuzyn Pana Ideologa. Zna się na rzeczy. W swoim życiu to i owo przeczytał, ale rozumie, że szczegóły to sprawa trzeciorzędna. Zorientował się już, że w mikroświecie liczy się ferment, ruch, działanie.

przemówienie Próbuje aktywizować swoich rodaków, animuje, szturcha, zmusza do działania. Adekwatnie do swoich ostatnich lektur i „mądrości etapu”, kwestionuje zastany porządek rzeczy – oczywiście według klucza ideologicznego. Podsuwa rodakom kolejne szalone pomysły reformy ustrojowej, głośno monologuje i żeni ogień z wodą. Gdy ryba połyka haczyk i na forum zaczyna się ferment, traci apetyt, wyłącza telefon i sypia po trzy godziny na dobę, monitorując do bladego świtu przebieg społecznej ruchawki. Trzeba rozwalcować irytującego rozmówcę o trzeciej w nocy? Wypije dzbanek taniej kawy i w sążnistym komentarzu dojedzie przeciwnika z taką pasją i furiackim impetem, że tamten dostanie torsji, gdy rano odczyta wiadomość.

 Z natury jest radykalnym demokratą – gardzi arbitralnością monarchii, potępia system głosów ważonych, podważa sens istnienia arystokracji, nie rozumie idei reprezentacji. Wolałby, by suwerenny naród wziął sprawy w swoje ręce i rządził bezpośrednio. Przyznajmy – w społeczności 10-osobowej ma to ogromny sens. Tu jednak nie chodzi o sens, lecz o ferment, a ten musi trwać, zataczać kolejne kręgi, pochłaniać wszystko i wszystkich. Kto stoi w miejscu, ten się cofa – znamy to na pamięć. Pan Rewolucjonista rozkręca się z dnia na dzień. W końcu eksploduje niczym nabrzmiała krosta na brodzie: „Należy obalić tyranię i wprowadzić republikę!”.

Co jednak, jeśli znudzony dotychczasową bylejakością monarcha całym sercem popiera ruch rewolucyjny i sam wciąga się na listę członków partii? To żaden problem. Po prostu przechodzimy nad tym faktem do porządku dziennego. Jakiegoś tyrana obalić przecież trzeba, a rządzić powinien kolektyw. Z kolektywami w mikroświecie jest ten problem, że szybko przepoczwarzają się w swoje przeciwieństwo, wyłaniając z siebie jednostkę nadającą ton całej reszcie. W końcu, powiedzmy to sobie szczerze, dobry lider nie jest zły.

Rewolucja, którą nasz bohater gotów jest idealizować i upamiętniać na każdym możliwym kroku, po osiągnięciu swojego celu gwałtownie wytraca swój impet Trzeba zacząć żmudną orkę na ugorze i tu zaczynają się mnożyć komplikacje. Pan Rewolucjonista zwykle słabo radzi sobie na samotnym szczycie i ma na ogół niewielkie pojęcie o zarządzaniu zespołami ludzkimi, ponieważ pod płaszczem wolnościowych – i równościowych – ideałów na ogół skrywają się brzydki elitaryzm i skłonności autorytarne. To dla niego cenna lekcja. Uświadamia sobie, że to nie władza jest jego żywiołem, lecz walka o władzę. Obywatele, przynajmniej ci, którzy przetrwali rewolucyjną zawieruchę, wcale nie mają ochoty współpracować. Albo gorzej – współpracują w sposób nieudolny, doprowadzając drogiego lidera i dobroczyńcę ludzkości do szewskiej pasji. W powietrzu wisi już poważny kryzys aktywności. To dla Rewolucjonisty już za wiele. Wyprzedza fakty i dumnie usuwa się w cień.

(Jacques de Brolle)

5 komentarzy do " Wariaci, gołodupcy i katastrofiści: 15 typów polskiego mikronauty "

  1. Edward A. Krieg napisał(a):

    Gratuluję udanej typologii. Niestety, mniej więcej odnalazłem się wśród rodzajów mikronautów.

  2. T.Wettni napisał(a):

    Artykuł świetny… dawno się tak nie uśmiałem czytając jakiś artykuł! Sam też siebie odnalazłem…

  3. Sted Asketil napisał(a):

    Swietne – mysle ze kazdy z nas gdzies tam odnajdzie siebie samego…

  4. DD Wander napisał(a):

    Och, jakże trafne :)

  5. Max Zwell napisał(a):

    Może nie do końca zgadzam się z podziałem, ale tekst udany. Z przyjemnością się czyta.



Copyright © 2012-2014 KURIER – Mikronacyjny Serwis Prasowy. All rights reserved.
Designed by Theme Junkie. Powered by WordPress.