Jesteś tutaj: Home // Wywiad // Dyskretny urok pornosocjalizmu. Rozmowa z Prezydentem Wandystanu

Dyskretny urok pornosocjalizmu. Rozmowa z Prezydentem Wandystanu

Rozmawiamy z Prezerwatywem Tradycją Radzieckim – urzędującym Prezydentem Mandragoratu Wandystanu. Czyli z kim? Kim jest popularny PTR? Gdzie szukać dziś Wandystanu? Dla formalności przypomnijmy podstawowe fakty: polityk, publicysta, człowiek zmiany. Zatroskany rewolucjonista. Znany również jako Michał Radetzky (Sarmacja, 2005-2008), Michał O’Rhada (Morvan, 20071-2011) i Timoteos Stefanosigos (Surmenia, 2009-2012). Autor najbardziej rozpowszechnionej wersji mapy polskiego mikroświata (tzw. Mapa O’Rhady).

*

Za chwilę ruszy sejmowe głosowanie w sprawie zawieszenia unii między Mandragoratem Wandystanu a Księstwem Sarmacji [rozmawialiśmy w ubiegłą sobotę – przyp. red.]. Zawieszenie nie jest jednak równoznaczne z ostatecznym rozwodem. To półroczna kwarantanna. Wandejczycy w zdecydowanej większości już wycofali się do swoich izolatek, zblazowani i podzieleni Sarmaci pozostali w szybko pustoszejącym salonie. Książę roztropnie daje obu stronom czas na przemyślenie tego i owego. Jest tu jednak nad czym myśleć? Na tyle, na ile jestem w stanie wczytać się w kontekst bieżącego sporu i uchwycić jego istotę, nie chodzi tu po prostu o kolejną banalną szarpaninę w piaskownicy czy o towarzyskie nieporozumienie w gronie nadliczbowych samców alfa. Ten film znamy przecież na pamięć – oglądaliśmy go w grudniu 2004 i czerwcu 2007 r. Obie strony reprezentują dwa biegunowo przeciwne żywioły, dwie kultury słowa, w jakieś mierze również – dwie wizje mikronacji. Na dobrą sprawę – nawet więcej niż dwie, o czym łatwo przekonamy się porównując publiczne wypowiedzi głównych generałów  tej „wojny kultur”: Pana, Alojzego Pupki oraz seniorów – Kozaneckiego i Krupińskiego. Istotnych graczy jest oczywiście więcej, ale to wspomniana czwórka w moim odczuciu najsprawniej konceptualizuje ten spór od lat – nadaje mu kształt, dostarcza pojęć i przeciwstawnych wizji. Cała reszta jedynie dorzuca do pieca i rozbudowuje zastane dekoracje. Powtórzę więc moje pytanie: Jest tu więc nad czym myśleć? Czy da się ożenić ogień z wodą?

Prezerwatyw Tradycja Radziecki: Na pewno będzie przy tym sporo dymu. I dużo pary pójdzie w gwizdek. Ale poniekąd dzięki temu nasz parowóz się toczy – jeżeli kocioł nie pracuje na granicy wybuchu, to maszyna wlecze się jak koń pod górę – co zresztą obecnie widać. Spór jest tu węglem. Ostatni kryzys, nie przeczę, naruszył nieco konstrukcję kotła, ale myślę, że nie jest to coś, czego nie dałoby się wyklepać. Odchodząc od kolejowych metafor, myślę, że spór na linii postępowi wandejczycy – konserwatywni monarchiści mógłby być – tak jak bywał w przeszłości – dobrym zjawiskiem dla Sarmacji i jej polityki. Problem leży w tym, aby zachować cywilizowany poziom sporu – próba fizycznej eliminacji konkurenta jest tu przekroczeniem limesów. Na pewno jednak nie zgodzę się tu z Towarzyszem Redaktorem w kwestii tego, że Sarmacja i Wandystan stoją w opozycji i wizje wg których działają są przeciwstawne. Gdyby zestawić Wandystan ze Scholandią – miałoby to jakiś sens. Ale Sarmacja od zawsze w gronie mikronacji była państwem żywiołowym i bezkompromisowym. Wandystan i jego kultura jest rozwinięciem i radykalizacją, a nie zaprzeczeniem prawdziwej sarmackości. To że paru książętom-seniorom na starość zesztywniały kręgosłupy i zakonserwowała się zawartość czaszek nie oznacza, że Sarmaci i Wandejczycy to przeciwieństwa. Zwracam uwagę, że od od czasu ostatniej Unii miały miejsce dwa referenda o jej rozwiązaniu, oba bezskuteczne.

Poprzedni rozbrat z Sarmacją przyniósł Wadejczykom spore ożywienie – przynajmniej w pierwszej fazie – oraz początek epoki, którą świętej pamięci Aborcjusz Struszyński nazwał eufemistycznie „niegrzeczną”. Gdy jednak porównać dzisiejszą aktywność Wandejczyków ze stanem z 2007 czy 2008 roku, różnice są uderzające. „Jestem ogólnie zniechęcony, brak mi pomysłów, wizji, energii, brak pierdolnięcia” – żali się na „Gierku” Alojzy Pupka. Młodziutki Kim Ciąg Sut na lewo i prawo opowiada o swoim „zniechęceniu do wszystkiego” i już zapowiedział, że „skończy z mikroświatem” (choć z mojej perspektywy nawet nie zaczął). Paweł Ciupak struga na boku jakieś drewienko. Błyskotliwy Max Zwell (Ivo Karakachanow), ataman na Siczy i bicz na prawaczków, dobrowolnie się zgarażował i sprawia dziś wrażenie rozgotowanego kalafiora. Podsumowując – nie widzę tu materiału na nowe ciasto, ale może słabo się przyglądam lub patrzę w niewłaściwym kierunku. Zapomnijmy na chwilę o Sarmacji. Ma Pan jakąś wizję suwerennego Wandystau? Jaki może być ten „nowy lepszy Mandragorat”? Z kim chciałby go Pan budować? Zakładając, że faktycznie chciałby Pan coś budować – być może Wandejczykom mimo wszystko odpowiada rola niesfornych Kozaków, przyczynkarzy, demontujących imperium od środka?

 Wiem, że powiedział Towarzysz Redaktor zapomnijmy o Sarmacji”, ale trudno kreślić wizje jak może się rozwinąć Wandystan bez analizy jego zmian w Unii i charakteru ewentualnego wyjścia. Sam wszakże Towarzysz słusznie wskazał na to, jak rozwinął się w reakcji na wydarzenia związane z zerwaniem pierwszej Unii. Warto wiec zerknąć na ostatnie tendencje, co by móc wyrobić sobie jakąś podstawę do przewidywań. Nie da się ukryć, że politycznie Wandystan (i de facto tożsama z nim KPS(w) ) trwał w swoistej sinusoidzie, przechodząc od entuzjastycznego aktywizmu i zaangażowania w politykę centrali, włącznie z wchodzeniem w koalicje rządzące, do rezygnacji i deklaracji ograniczania się do własnego podwórka. Ta druga tendencja była przeważnie tylko deklaratywna, bo, jak się okazywało, ciągle działy się rzeczy, które wciągały nas znowu do centralnej polityki. Co do aktywności – warto zauważyć, że właściwy zryw odbywał się od listopada do stycznia. Wtedy powstał SKOK Żenady, stworzony przez tow. Zwella – i masa zabawy dla wszystkich przy jego odkrywaniu i wykorzystywaniu. Wtedy też nastroje był najbardziej radykalne. Przyznam, że jeżeli mielibyśmy się faktycznie odłączyć – najlepiej byłoby to zrobić wtedy, gdy gotowała się w nas krew. Teraz ostygliśmy – a utrzymujące się przejawy buractwa i przemyślanej nienawiści faktycznie mają, przez swój nadmiar, skutek zniechęcający. Takie okresy jednak już mieliśmy – i zawsze wracaliśmy z nowym ożywieniem. Jaki będzie nowy lepszy Mandragorat? Ja mam nadzieję, że bardziej kolektywny i radykalny politycznie. Nas jednak nie pcha wizja jednej osoby, ale Linia Partii – która jak wiadomo jest Linią Narodu. Dlatego też budować mogę go z każdym – każdym kto chce go budować. Myślę, że w razie decyzji o wyjściu z KS – która na razie raczej oddala się niż przybliża – Wandystan będzie bardziej cyniczny, bardziej zrezygnowany – po prostu pokaleczony w zderzeniu swojego entuzjazmu i beztroski z twardą i zimną rzeczywistością zwykłej nienawiści. Bo mimo pierwotnego sceptycyzmu i różnych deklaracji znaleźliśmy się na nowo w tej nowej sarmackiej rzeczywistości.

Póki co sarmackie życie publiczne pozbawione Wandejczyków przywodzi na myśl krajobraz po wybuchu bomby neutronowej. Nie chodzi zresztą wyłącznie o absencję Wandejczyków – wody w usta nabrali również inni, najwyraźniej przyjmując postawę wyczekującą. Jeszcze inni sprawiają wrażenie znużonych lub – zwłaszcza ci najmłodsi – zgoła zdezorientowanych. Rozmawiamy w środku studenckiej sesji egzaminacyjnej i zdecydowanie za wcześnie na oceny, ale gołym okiem widać, że Księstwo ponownie znalazło się na zakręcie. Moi rozmówcy spoza Sarmacji zacierają łapki i zgodnie powtarzają, że dystans między Księstwem a resztą świata – przynajmniej jeśli idzie o aktywność w miejscach publicznych – jeszcze nigdy nie był tak mały, jak obecnie. W głośnym komentarzu do obecnej sytuacji książę senior Helwetyk Romański (Kozanecki) mówi jednak o „braku grypy, jako konstruktywnym zamienniku wobec grypy”. Czyli jest dobrze. Najbardziej prawdopodobny scenariusz wydarzeń w Sarmacji na kolejne pół roku? Nowy książę? Republika?

Tu nie mam jasnej wizji. Niewątpliwie Sarmacja traci na separacji. Niewątpliwie cały ten kryzys jest klęską polityki Księcia. Czy będzie nowy Książę? Myślę, że jeżeli sam nie zdecyduje się zrezygnować, to nie będzie presji na abdykację. Tym bardziej że brak jest potencjalnego następcy – choć dobrze wiemy, kto miałby ambicje w kolejnej elekcji wystartować. Dalsze reformy w kierunku republiki mają małe szanse – bo choć część Sarmatów jest im przychylna, to pod nieobecność Wandejczyków ich liczby spadają z mniejszości do marginesu. Słąbość monarchy nie będzie raczej skutkować zniesieniem czy dalszym osłabieniem monarchii – przypuszczam raczej że przy podzielonej między bladych monarchistów i monarchistów-radykałów scenie politycznej można spodziewać się wręcz reakcji – i co najmniej próby cofnięcia części ostatnich reform. To kolejna duża strata, którą Sarmacja może ponieść wskutek rozpętanego przez antywandejczyków kryzysu.

„Albo fejsbukizacja albo czystość mikronacji. Czystość mikronacji = upadek mikronacji” – zakomunikował w ubiegłym roku książę senior Piotr II Grzegorz. Zacytujmy większy fragment, zdecydowanie warto. „Jak ktoś tego nie widzi – to ma do tego prawo, ale ja tą drogą nie chcę iść. Dlatego opuściłem Wandystan i dlatego gdyby wybór większości padł w tym kierunku – nie widzę siebie w roli monarchy. Bo to jest para w gwizdek. (…) Trzeba łączyć politykę z systemem i kulturą. System z polityką i kulturą. Kulturę z systemem i polityką. Inaczej mówiąc tworzyć kolarz elementów mikronacji, fajsbuka i gier MMORPG – na miarę naszych możliwości technicznych”. Jeszcze dwa lata temu miałbym wątpliwości co do zasadności tego kierunku. Dzisiaj już nie. Kilka lat temu na łamach Morbhan Aralt przestrzegał Pan przed widmem „ogólnej fejsbukizacji mikronacji”, choć w tekście chodziło chyba o coś bardziej banalnego.

Ja nadal pozostaję sceptyczny. „Fejsbukizacja” w przypadku Sarmackim od dawna polega na całkowitej centralizacji treści wokół jednego, zintegrowanego portalu. Warto spojrzeć jak ubogo wyglądają nieliczne jeszcze utrzymywane (często bardziej archiwalnie) strony regionalne i miejskie. Kiedyś ich istnienie było wspierane przez państwo (chociażby ranking samorządów, oceniający ich strony, aktywność, agencje prasowe), obecnie dla prowincji i miast przewidziana jest podstrona na stronie głównej. Część z nich nawet zrezygnowała z posiadania jakichkolwiek zewnętrznych elementów. Czy to źle? Są oczywiście plusy – jedna rejestracja, jedno logowanie, jeden znany layout. Brzmi znajomo? Ein Volk… no, ale jest to wygoda, gdy ma się wszystko w jednym miejscu. Kiedy wszystko jest łatwiejsze do aktualizacji. Tyle, że w mojej opinii zabija to inicjatywę. Pomysłowość. Wtłaczając się w ramy takiego portalu niejako zamykamy się na szerszą perspektywę. Na możliwości. Idziemy na łatwiznę, z nurtem. Integracja treści i centralizacja aktywności w pierwszym momencie może przynieść korzyści – bo przy rozproszeniu coś może łatwo umknąć. Ale w dalszej konsekwencji efekt synergii okazuje się nie być aż tak silny, a konsekwencje uniformizacji dają się odczuć.

Mógłbym tak długo wzdychać o tym, jak to drzewiej (w 2007 r. na przykład) bywało, ale nie o to chodzi. Po okresie centralizacji (który trwa już sporo czasu) z chęcią bym zobaczył coś nowego. Nie koniecznie powrót do dawnego rozczłonkowania stron i list dyskusyjnych, ale jakąś sensowną fuzję – integracja, która jednak dopuszcza różne strony o różnych wyglądach. Wandystan zawsze to cenił – stąd też długa tradycja platform do tworzenia spersonalizowanych (tak treściowo jak i wizualnie) stron w ramach jednego systemu – np. Ciupak Komander, dawna Wandea Ludu.

W kontekście fejsbukizacji widzę jeszcze jeden element, który osobiście mi przeszkadza chyba najbardziej – swoistą „projektyzację”. Co to znaczy? To znaczy, że ktoś (osoba czy grupa) traktuje mikronację jako projekt, coś co ma „się udać”, „odnieść sukces”, „pozyskać ludzi”, „trafić w zapotrzebowanie”, „dostosować się do zmieniającego świata”. Dla mnie jest to groźba komercjalizacji świata mikronacji – komercjalizacji co prawda bez pieniędzy, ale za to z czysto biznesową logiką. To chyba na tym polu najbardziej rozbiega się światopogląd mój i Piotra Grzegorza – zawsze brała mnie cholera, gdy słyszałem że na przykład „małżeństwa jednopłciowe na poziomie centralnym ograniczą „target” Sarmacji, odstraszą część ludzi od zapisania się”. Khand patrzy na Sarmację jako na realizowany projekt portalu tematycznego, co prawda bez budżetu ale z podobnym, biznesowym podejściem. Swego czasu chodził mi po głowie dłuższy artykuł na ten temat z hasłami przewodnimi „Mikronacje krajem, nie towarem” i „Obywatel mieszkańcem, nie klientem”, ale z różnych przyczyn nie został ukończony.

Moja wizja, wizja spontanicznej społeczności leży na antypodach jego postawy. Nie chodzi o sukces. Dla mnie na przykład nadal osobistym sukcesem pozostaje Wolna Republika Morvan. Że upadła? Tak, ale przez co najmniej dwa lata pozwoliła mi – i kilku innym osobom – realizować swoje zainteresowania i całkiem nieźle się bawić. I to uważam za sukces, a nie to czy trafiła w gusta szerokiej publiczności, pobiła ten czy inny rekord ludności czy aktywności.

Wróćmy do punktu wyjścia. Przyjmijmy, że Sarmacja bez Wandystanu będzie uboższa. Hipotetyczny rozpad unii miałby jednak negatywne konsekwencje również dla Mandragoratu. Podliczając na chłodno wszystkie „plusy dodatnie” i „plusy ujemme”, zawieszenie unii wydaje się wyjątkowo kiepskim rozwiązaniem: znikacie z systemu, ale nie odzyskujecie choćby prawa do prowadzenia własnej polityki zagranicznej. Odklejacie się od cycka, ale zamiast na słoneczne pastwisko wracacie do głębokiej szuflady. Jest przynajmniej jeden mocny argument za zachowaniem pełnej unii. Przypadkowy internauta, który odwiedza stronę główną Mandragoraru, bombardowany jest mnóstwem pikantnych, choć jednocześnie nie zawsze zrozumiałych komunikatów. Niezrozumiałych, bo stanowiących ilustrację długiej drogi, jaką Wandejczycy przeszli w ciągu dekady. Trudno mi sobie nawet wyobrazić początek przygody z mikronacjami właśnie w Wandystanie, dlatego nigdy nie dziwił mnie w Mandragoracie tradycyjny brak kobiet czy skromny „przyrost naturalny” w ogóle. Wandystan to stale właściwie pięć-sześc tych samych nazwisk, plus pewna liczba słabiej zintegrowanych kondotierów. Po zejściu na poziom „Gierka” chwilowo jest jeszcze trudniej – ja sam przez blisko dwa tygodnie szukałem wejścia do nowego panelu dyskusyjnego. Zastanawiam się, czy czy zabunkrowany i hermetyczny w swym poronosocjalistycznym żargonie Wandystan nie potrzebuje jednak Sarmacji przynajmniej jako niezbędnego przedsionka, swoistej komory dekompresyjnej, w której przeciętny użytkownik internetu będzie stopniowo, krok po kroku, oswajał się z wandejskim folklorem i poznawał jego niunase. Pozwala to uniknąć ryzykownego skoku na głęboką wodę. Sarmacja świetnie się do tego nadaje – to nie tylko cycek, z którego można coś upić, ale również właśnie wspomniany przedsionek do wandejskiego piekiełka. Dreamland, Trizondal czy Surmenia słabo sie do tego nadają. Al Rajn tym bardziej.

To wszystko oczywiście racja. Wandystan w swojej historii stosunkowo rzadko pozyskiwał ludzi całkiem nowych, nieobytych z mikronacjami. Jeszcze trudniej było z ich „utrzymywaniem”. To cena, jaką płacimy za bezkompromisowość i swój charakter. Czy warto? Po raz kolejny powtórzę – ponieważ nie jesteśmy projektem, a społecznością – sami sobie wyznaczamy cele i granice. Oczywiście, gdyby było nas więcej, może zabawa byłaby lepsza. Ale jeżeli mielibyśmy to osiągnąć za cenę kompromisów z naszą historią, oryginalnością i pojechanym klimatem – to już dawno zdecydowaliśmy, że nie ma sensu. Wytrwamy odsiewając nieliczne „złote” jednostki z rzeki. Sarmacja oczywiście jest bardzo dobrym sitem – i temu trudno zaprzeczyć. Pół roku separacji to dużo, owszem, jednak Wandystan w swojej historii miał okres i roczne i dłuższe, kiedy nie zamieszkał nikt nowy na dłuższą metę. Bunkier jednak ma tę zaletę, że jest wytrzymały – i póki jest w nim jakaś załoga, to utrzyma się mimo przeciwności losu. A w swojej historii mamy wszakże i dysydentów-dezerterów, stąd odłączenie nie oznacza całkowitej utraty możliwości pozyskania kogoś nowego. Propagandy nikt i tak nigdy specjalnie nie szerzył, więc jej zakaz nie uderzy nas zbyt mocno.

W znanym szkicu poświęconym wandejskiej kulturze słowa, Aborcjusz Struszyński zauważył kąśliwie i nie bez żalu, że współczesny mu Wandystan stał się „miejscem, w jakim rdzenni mieszkańcy klną, ile wlezie, klną na siebie nawzajem i na mieszkańców innych krajów, zaś mieszkańcy innych krajów przychodzą pokląć na mieszkańców Wandystanu”. Skomentował w ten sposób ewolucję kultury politycznej Wandystanu po 2007 r., czyli po zerwaniu pierwszej unii z Sarmacją. To właśnie w tym okresie narodziło się sławetne „wypierdalać!”, wówczas też pojawiły się niemal wszystkie znane nam dziś elementy wandejskiego pornosocjalizmu, na dokładkę okraszone homoseksualizmem jako „jedyną słuszną orientacją seksualną” i pastiszowym Świeckim Kościołem Wandejskim. O ile jednak jeszcze 5-6 lat temu Wandystan stanowił atrakcyjną alternatywę dla większości bezbarwnych mikronacji, to dzisiejsze reakcje na Mandragorat często stanowią mieszaninę irytacji i zobojętnienia. Widzę to tak. Dzisiejszy Wandystan przypomina mi podstarzałe towarzystwo osiedlowych weteranów i sympatyków gruszkowego wina, którzy od lat okupują tę samą smutną ławkę pod trzepakiem. Kiedyś wszystkim imponowało, że siedzieliście tam bez względu na pogodę, gasząc sobie pety na gołym kolanie i opowiadając sprośne dowcipy o pukaniu kaloryferów żeberkowych. Tu i ówdzie nieudolnie naśladowano waszą postawę, co na ogół przynosiło komiczne efekty. Tragikomiczne właściwie. Czy Pan, jako Prezydent Wandystanu i zarazem człowiek otrzaskany z różnymi światami równoległymi, nie ma wrażenia, że pewna formuła nieodwracalnie uległa juz wypaleniu? Że to zawsze będzie zabawa dla pięciu cynicznych harcerzy, ale cała reszta może co najwyżej walnąć sobie wodny tatuaż na czole?

Jeżeli (co nie znaczy, że tak sądzę) rzeczywistość jest taka, że formuła jest wypalona, a my, grupka weteranów, to przegapiliśmy, to jedyną sensowną odpowiedzią jest: tym gorzej dla rzeczywistości. Bo my się nie poddajemy. Dalej kurwimy, dalej pochłaniamy skrzynki winiaczy i wbrew przewidywaniom nie umieramy na raka wątroby czy krtani. Choć czasem nas to życie męczy, jesteśmy zbyt uparci, żeby tak po prostu dać temu spokój. A święte oburzenie na twarzy emerytek wracających z kościoła tylko dodaje nam paliwa.

czytaj dalej – tym razem o polityce międzynarodowej i scenariuszach dla mikroświata

1 Odpowiedź do " Dyskretny urok pornosocjalizmu. Rozmowa z Prezydentem Wandystanu "

  1. Max Zwell napisał(a):

    Z wejściem do Gierka mieliście problem bo póki co to SKOK jest w trakcie pisania (z przerwą zimową) i nie jest nigdzie linkowany. Jeszcze do niedawna w ogóle byście nie weszli bo zabezpieczyłem go przed rejestrującymi się z zamiarem wandalizmu jednostkami z Sarmacji.
    Btw. dziękuję za opinię o kalafiorze – dokładnie tak chciałem, aby było to odbierane. Bycie kontrowersyjnym nie wyszło ani mi ani nikomu innemu na zdrowie.



Copyright © 2012-2014 KURIER – Mikronacyjny Serwis Prasowy. All rights reserved.
Designed by Theme Junkie. Powered by WordPress.