Jesteś tutaj: Home // Idee i polemiki // Nie wiedzą, że nie istnieli. O pożytkach z historii przedinternetowej

Nie wiedzą, że nie istnieli. O pożytkach z historii przedinternetowej

Przez kolejnych prawie pięćdziesiąt lat rycerze z Agurii służyli wiernie księciu halickiemu, zbrojnie go wspierając.  Jednak w roku 1323 po śmierci synów księcia Jerzego Halickiego, Andrzeja i Lwa II który poległ w bitwie z Tatarami, ogłosili swą niezależność ustanawiając wielkiego mistrza zakonu  Jana,  księciem Agurii. Początkowo praw do samostanowienia zaprzeczył im następca książąt halickich Jerzy Trojdenowicz.

Powyższy opis mógłby się nadawać na fragment wykładu stanowiącego wstęp do historii średniowiecznej Rusi. Jerzy I był księciem halickim (a przy okazji miał sławnych dziadków – jeden z nich założył Lwów, drugi był królem Węgier) i w 1308 roku osierocił czworo dzieci, a w tym Marię, Andrzeja i Lwa. Dwaj ostatni objęli księstwo we wspólne władanie. Maria została wydana za nowego księcia Czerska, Trojdena. Andrzej i Lew rzeczywiście zginęli w 1323 roku podczas bitwy. Nie jesteśmy jednak pewni kraju pochodzenia przeciwników – mogli zginąć z ręki Tatara lub Litwina. W omawianych czasach i na tamtych terenach nie widziano między nimi większej różnicy. Następcą zabitych książąt rzeczywiście został Jerzy Trojdenowicz, syn Marii. Dalsza historia przedstawiana jest dość powierzchownie, ale poprawnie – może z wyjątkiem losów ziem halickich i wołyńskich po 1340 roku. Autor zdecydowanie przesadnie uprościł tę kwestię. Jednakże, w całej historii pojawia się pewien obcy element – Księstwo Agurii i bracia dobrzyńscy. Zakon Braci Rycerzy Chrystusa w rzeczywistości w przedstawianym wyżej okresie został uznany za rozwiązany. Wiek wcześniej bracia nie przetrwali ataków Tatarów i księcia z Halicza. Tutaj jednak nadal istnieją i zakładają Agurię, której przy pomocy samego papieża bronią przed książętami halickimi oraz Kazimierzem Wielkim i Ludwikiem Andegaweńskim. W miarę snucia tej historii oddalają się jednak od doczesnych spraw geopolityki i nie znajdują czasu na zajmowanie się sprawami wojen z Zakonem Krzyżackim, wojen religijnych w XVII wieku, rozbiorów Polski w wieku XVIII, etc.

Wojna światów

Powyższa historia została stworzona w czasie, gdy publikowałem tekst O pisaniu historii. Pisałem w nim, że historia przedinternetowa nie istnieje i nie ma sensu jej tworzyć, a wszystkie próby będą stanowić sztuczne wypełnienie nauki szkodliwymi bajkami. Tak, artykuły o historii mikronacji sprzed 1995 to nie nauka – to bajki. Sytuacja przytoczonego fragmentu „historii” Królestwa Agurii jest jednak inna. Nikt nie może zaprzeczyć istnieniu wielu bohaterów i miejsc XIV-wiecznej Europy. Umieszczenie wirtualnych przodków w realowych warunkach powinno być zatem w pewien sposób wartościowe, skoro znajduje oparcie w nauce. Mogę jednak wysnuć inną tezę – takie eksperymenty są tym bardziej szkodliwe. Powodują bowiem mieszanie się porządków. Przyznam, że musiałem sięgnąć do Samsonowicza i Tazbira, aby upewnić się, że Andrzej i Lew należą do porządku realowego, a nie wirtualnego. Niemniej, historii Agurii nie można nazwać bajką, a co najwyżej opowieścią opartą na faktach.

Patriarcha Feliks III, Lenin i Wanda na jednej imprezie

Inne nawiązania znajdziemy w „historii” Rotrii – a raczej wymyślonym poczcie patriarchów. Lista 52 hierarchów uzupełniona jest o jedno lub dwa zdania o każdym z nich. Czytając te mini-biografie, można zauważyć rozwój gospodarczy i techniczny charakterystyczny dla świata realowego (m. in. rewolucję przemysłową, kapitalizm, wojny. Jest to cecha charakterystyczna wielu mikronacyjnych pseudohistorii przedinternetowych. W samej historii można odnaleźć wiele ciekawostek. Wśród bohaterów z pastorałem znajduje się niejaki Ewaryst II. Za jego pontyfikatu Rotria straciła i odzyskała niepodległość, wybuchło powstanie i prowadzono wiele wojen. Sam patriarcha widocznie prowadził wojnę ze śmiercią. Jego boje były raczej zwycięskie, skoro panował 137 lat. Cieszmy się, że autorowi nie przyszło na myśl obdarować duchownego dłuższym, np. trzystuletnim, panowaniem.

W historii Rotrii pojawiają się wątki dotyczące jej sąsiadów – Surmenii i Monderii. Surmeńskie opowieści o losach państwa przed pojawieniem się w Internecie powtarzają relacje rotryjskie w swoim iście telegraficznym skrócie dziejów. Historia Surmenii i państowości surmeńskiej od 150 do 2005 roku Viktorjosigosa i Petrosigosa zajmuje łącznie 35 stron. To oznacza, że jedna linijka tekstu mieści 2-3 lata rzekomej historii przedinternetowej.

Na stronach Monderii można natomiast znaleźć dzieje państwa spisywane od 2007 roku. Nie ma tam żadnych mitycznych i bajkowych królów, którzy żyli 137 lat. Brak rewolucji przemysłowej i gotyckich katedr. Znajdziemy tylko autentyczną (choć fabularyzowaną) relację, która nosi znamiona tekstu naukowego. Rotryjczycy na próżno wypatrują starożytny ród Monderów. Nawet Monderowie wiedzą, że nie istnieli.

Sarmacka opowieść o „historii” przedinternetowej, stworzona pod redakcją Michała Radetzky’ego i Michasia Winnickiego łączy zaangażowanie realowe państwa z uczestnictwem wirtualnych sąsiadów. Piktowie, Japończycy i plemienia germańskie jak gdyby drogą ewolucji zostały zastąpione przez Dreamlandczyków, Teutończyków, Sarmów/Sarmatów i innych wirtualnych graczy aktywnych jeszcze w pierwszej dekadzie XXI wieku. W bajce o królach i wojnach widać znaki progresywizmu. Na końcu – jak u Marksa – zwycięża socjalizm, choć w ostatnich akapitach i on zostaje pokonany. Jaki był tego powód? Podejrzewam, że było to spowodowane przewagą jednego z redaktorów i zablokowaniem dokończenia wizji połączenia mikronacyjnych proletariuszy pod sztandarami Towarzyszy Wandy i Żenady. Co znamienne, ostatnie akapity sarmackiej publikacji mogą stanowić raczej mit założycielski Mandragoratu Wandystanu niż monarchofaszystowską legendę.

Podejście Wandejczyków do swojej historii przedinternetowej jest bardzo bliskie jej prawdziwemu znaczeniu. Wandejczycy traktują swoją historię sprzed pojawienia się w polskim Internecie z równie dużym dystansem jak wiele innych elementów v-życia. Z iście wandejską czcią słyszymy o Zenonie Wandzie Przeżechowiczu i Januszu Żenadzie/Gerwazym I. Historycy nie wdają się w szczegóły i nie próbują szukać wandejskich piramid (domyślamy się ich ewentualnego kształtu) sprzed 4000 tysięcy lat. Losy Towarzyszy pierwszych lat Komunistycznej Partii Sarmacji zawarte są w księgach religijnych. Real również miesza się tam z wirtualem – Lenin podający się za węgierską pensjonarkę w dziesięciominutowej rozmowie telefonicznej uświadamia Towarzysza Wandę. W tym przypadku nie mamy chyba wątpliwości, że takie połączenie nie prowadzi do pomieszania światów.

Między baśnią a nauką

Tak zwana historia przedinternetowa radzi sobie w naszym mikroświecie bardzo różnie. Czy całemu projektowi, w który zaangażowano już kilkadziesiąt osób i całe godziny spędzone przed komputerem, przyświeca ogólna i spójna idea? Niestety, na podstawie powyższych przykładów możemy stwierdzić, że nie można odnaleźć jednej koncepcji tworzenia opowieści o czasach przed pierwszymi liniami kodu html. Pojawiająca się tendencja do sięgania po mechanizmy historyczne i nurty popularne w danej epoce realowej nie dodaje im waloru naukowego. Świadczy bardziej o niemożności zbudowania nowego systemu historycznego, który byłby wiarygodny i jednocześnie niezależny od wiadomości podawanych w podręcznikach gorszego ze światów. Czy zatem warto pisać tzw. historię przedinternetową?

Na to pytanie odpowiedziałem negatywnie już kilka lat temu. Od tamtej pory dokonuje się jednak kolejnych prób, zaniedbując jednocześnie rzeczywistą historię internetową. Można przypuszczać, że nigdy nie wyzwolimy się od opowieści o królach Weblandu walczących o rękę scholandzkiej księżniczki, aby objąć tron w Sarmacji. Każdy może pisać co tylko zechce – taki jest mikroświat. Powinniśmy jednak wskazać konkretne miejsce dla tekstów, które obecnie znajdują się na rozdrożu między bajkami a światem nauki. Umieśćmy je w świecie baśni, twórzmy legendy i mity, które wzbogacają naszą kulturę. Umieszczanie ich w salach uniwersyteckich będzie bardzo niekorzystne dla nauki jako obszaru badań i dociekania prawdy. O wiele łatwiej przecież wymyślić fikcyjne imiona 7 hrabiów i dodać do tego losowe daty urodzenia i śmierci niż czytać setki maili i wiadomości na forum, przeglądać archiwalne strony internetowe i w ten sposób próbować odtwarzać przebieg wydarzeń sprzed kilku bądź kilkunastu lat. Autorom baśni wręczajmy laury i nagrody literackie w uznaniu ich pomysłowości i umiejętności, historykom pracującym nad rzeczywistymi źródłami – stopnie i tytuły naukowe.

O Autorze

Obywatel Dreamlandu; w przeszłości sprawował urząd Regenta Królestwa (2011) i Premiera Rządu Królewskiego (2008-2009). Polityk, publicysta, historyk. Autor obszernej monografii poświęconej dreamlandzkiemu parlamentaryzmowi i biografii politycznej króla seniora Edwarda Kriega.

14 komentarzy do " Nie wiedzą, że nie istnieli. O pożytkach z historii przedinternetowej "

  1. Cieszę się, że Kurier słynący z przytaczania rzetelnie opracowanych faktów mających już teraz znaczenie historyczne, opublikował ten tekst wyraźnie oddzielający czym jest w Mikroświecie to, co „działo się” przed jego powstaniem oraz to, co faktycznie miało miejsce.

  2. C. Sinalenno pisze:

    Tutaj autor popełni błąd, bowiem zostało to zmienione w przypadku Rotrii i uzupełnione odnośnie Surmenii w dwóch najnowszych dziełach: „W drodze ku wolności – Kalendarium Rotrii. Ab urbe condita do 2007 roku” oraz „Breviati Index Patriarcharum”, dostępnych na stronie Instytutu Archeologicznego i samej Rotrii :)

  3. C. Sinalenno pisze:

    „to” czyli eliminacja błędów, nad którymi tak życzliwie autor się pochylił. Szkoda, że nie sprawdził dokładnie źródeł.

    • Redakcja pisze:

      Czy jednak nie uczciwiej będzie zdradzić, o jakie „błędy” chodzi? Jeśli o długość panowania jednego z fikcyjnych patriarchów, to oparto się na tych danych, które w chwili pracy nad tekstem dostępne były na forum Rotrii.

      • C. Sinalenno pisze:

        No to musiał Autor wybitnie długo nad nim pracować, zważywszy na fakt publikacji dwóch prac (04.02.2014: http://www.rotria.boo.pl/forum/index.php?topic=3261.0). Inaczej mówiąc, nie sprawdzono a powiedziano.

        • Jacques de Brolle pisze:

          Czy ta złośliwość naprawdę jest tu potrzebna? Zasugerowałem przygotowanie tego tekstu Autorowi ponad tydzień temu. Wówczas były to dane aktualne, co więcej – przywołane zostały tutaj w kategoriach żartu z arbitralności mikronacyjnych historiografów i samego ducha tych prac. Jeśli w międzyczasie komuś w Rotrii przyszło do głowy, by zmienić ustalenia w sprawie długości ponad stuletniego pontyfikatu fikcyjnej postaci z okresu przedinternetowego, tym lepiej i brawo za czujność. Dziękuję w imieniu Redakcji za zgłoszenie nieścisłości.

          A pozostałe „błędy”, o który Pani pisze?

    • Krzysztof Jazłowiecki pisze:

      Skąd jednak wiemy, że waleczny Patriarcha nie panował 137 lat? Czy tzw. historię przedinternetową możemy rozpatrywać w kategorii błędów? Błędów można szukać, jeżeli istnieje punkt odniesienia – nazywamy go źródłem historycznym. Jeżeli ktoś upomina się o poszukiwanie błędów, to mogę zdradzić, że Patriarcha Ewaryst tak naprawdę miał na imię Gerwazy. I panował nie 137, a 139 lat. Moglibyśmy to skonfrontować z rotryjskimi źródłami z X wieku, gdyby takie istniały. Niestety nie istnieją i każde z nas może tworzyć własną wersję zdarzeń. Tak rodzą się co najwyżej legendy.

      • C. Sinalenno pisze:

        Przecież to jest kpina co Pan mówi. Po to ludzie poświęcają swój czas, aby coś stworzyć. Przypominam, że historia jest jednym z czynników kulturotwórczych w państwie. Ignorancja w tej kwestii powoduje brak jakiejkolwiek identyfikacji z państwem. Dla Pana może istnieć tylko polityka-gospodarka. Inni potrzebują czegoś innego, w czymś w czym się odnajdują. Artykuł ma charakter wyśmiewczy i stronniczy.

  4. C. Sinalenno pisze:

    Ekscelencjo de Brolle,
    Nie ma tutaj złośliwości. Złośliwość natomiast możemy znaleźć w tekście, zwłaszcza w odniesieniu do historii Rotrii i Surmenii. Ludzie poświęcają temu czas, a Wy to wyśmiewacie.

    „Inne nawiązania znajdziemy w „historii” Rotrii – a raczej wymyślonym poczcie patriarchów. Lista 52 hierarchów uzupełniona jest o jedno lub dwa zdania o każdym z nich. Czytając te mini-biografie, można zauważyć rozwój gospodarczy i techniczny charakterystyczny dla świata realowego (m. in. rewolucję przemysłową, kapitalizm, wojny. Jest to cecha charakterystyczna wielu mikronacyjnych pseudohistorii przedinternetowych. W samej historii można odnaleźć wiele ciekawostek. Wśród bohaterów z pastorałem znajduje się niejaki Ewaryst II. Za jego pontyfikatu Rotria straciła i odzyskała niepodległość, wybuchło powstanie i prowadzono wiele wojen. Sam patriarcha widocznie prowadził wojnę ze śmiercią. Jego boje były raczej zwycięskie, skoro panował 137 lat. Cieszmy się, że autorowi nie przyszło na myśl obdarować duchownego dłuższym, np. trzystuletnim, panowaniem.”

    1. Nie ma 52 patriarchów, tylko 77.
    2. Nie ma takiego patriarchy jak Ewaryst II (nie było także I – więc skąd zabrał się II?)

    • Jacques de Brolle pisze:

      Gwoli ścisłości – nie ma ich ani 52, ani 77 – oni nie istnieli, przynajmniej tak długo, jak długo pozostawać będziemy na gruncie „historii przedinternetowej”. I tego właśnie dotyczy ten tekst. W tej właśnie chwili dowolny „badacz” może dopisać historię moich internetowych przodków. Nie przeszkadza mi to; podobnie jak nie będę kruszyć kopii, gdy inny „badacz” arbitralnie unieważni ustalenia tego pierwszego. Tekst dotyczy absurdu immanentnie zawartego w tego rodzaju „pracach”. Z historią – rozumianą jako nauką – nie ma to jednak nic wspólnego. Powiedziałbym, że blisko tu do literatury. Troszkę dystansu, Pani Sinalenno. Doceniam wysiłek na rzecz tworzenia „klimatu”, ale moja sympatia stoi po stronie tych, którzy latami ten klimat budują. Ludzi z krwi i kości. Dyskutujemy zupełnie z różnych perspektyw, więc niestety nie spotkamy się w połowie drogi.

    • Krzysztof Jazłowiecki pisze:

      Ad. 2: Ponoć miało być nawet trzech Ewarystów? Dodatkowo, w sierpniu 2011 Cosimo de Medici został wybrany na patriarchę i przyjął imię Ewaryst. To akurat jak najbardziej autentyczna historia Rotrii. W takich przypadkach radzę właśnie skupić się bardziej na prawdziwych dziejach.

  5. Jako wielki proponent historii przedinternetowej (i autor co najmniej dwóch wymienionych tutaj – Sarmacji i Surmenii – całkowicie nie zgadzam się z konkluzjami tow. de Brolle’a.

    Jeżeli chodzi o „naukowe” podejście do historii, to moim zdaniem więcej można by – jeżeli tego się szuka – go znaleźć w historii przedinternetowej, niż w kronikarstwie tej części realnej. Ta druga obejmuje zazwyczaj zwykłe spisywanie wydarzeń – i kropka. Tworzenie historii przedinternetowej – to po pierwsze również praca nad źródłami (bo często przed całościową historią są różne fragmentaryczne historie i legendy), a po drugie – badanie logicznych ciągów przyczynowo-skutkowych. Aby napisać wiarygodną historię przedinternetową, która nie jest też kopią historii realnej (jednego bądź kilku państw), trzeba mieć co najmniej podstawową wiedzę na temat historii.

    Historia internetowa – z całym szacunkiem, ale sprawozdania z realnego kryzysu międzymikronacyjnego które miałem okazję czytać mają w sobie więcej z relacji z koncertu czy imprezy, niż poważnej analizy polityczno-historycznej.

    Nie mówię, że każda historia przedinternetowa jest dobra. Sam w chwili obecnej np. historię Sarmacji napisałbym zupełnie inaczej (wystarczy porównać z późniejszą historią Surmenii). Ale to również pole dla historyków, a nie dla literatów, jak sugeruje tow. de Brolle.

    • Jacques de Brolle pisze:

      Jeśli próbuje mnie Pan przekonać, że tworzenie historii przedinternetowej wymaga quasi-naukowego podejścia, dyscypliny w „badaniu logicznych ciągów przyczynowo-skutkowych” i elementarnej znajomości historii świata rzeczywistego – to na tym polu nie zamierzam polemizować. Zgadzam się z tym całkowicie. W Dreamlandzie również zresztą tworzymy naszą historią przedinternetową – na tym oparta jest m.in. nasza topografia. Nie idzie tu więc o małostkowe dezawuowanie cudzej pracy – jeśli ktoś tak odebrał moje słowa, serdecznie przepraszam.

      Chodzi o obserowany brak spójności czy zabawną liczbę absurdów, jaka towarzyszy tej działalności – efekty tych prac są z natury rzeczy wzajemnie nieuzgadnialne. Jeśli np. Leblandczycy umiejscawiają terytorium swojego państwa na południowym Pacyfiku, „pomiędzy Australią a Ameryką Południową” i widzą swoich przodków wśród Maorysów, to taki Dramland czy Sarmacja znajduja się literalnie na innej planecie. Pytanie – co z tego. Nic. Nie ma problemu, jest ciekawostka.

      Jakkolwiek naiwnie to zabrzmi w czasach triumfującej postmoderny czy dla kogoś otrzaskanego z teorią krytyczną, nauka, przynajmniej na gruncie poczciwego paradygmatu pozytywistycznego, nie polega jednak na kreowaniu rzeczywistości, lecz na jej odkrywaniu i rekonstruowaniu. Nie wchodzę jednak w szerszą dyskusję, bo na to nie ma tu miejsca i sam spór wydaje się jałowy. Jeśli ktoś przytomnie zauważy, że nauka to raczej żonglowanie interpretacjami i – mimo wszystko – jednak kreowanie rzeczywistości, też również przyznam mu rację.

      A jednak chyba wszyscy wyczuwamy intuicyjną różnicę między historią zmyśleń (dzieje przedinternetowe), a studiami nad „fazą internetową”. Autor tekstu zwrócił uwagę na osobliwy przechył na korzyść sympatyków tej pierwszej, przy jednoczesnym lekceważeniu rzetelnych badań nad tą drugą. Po prostu mało komu chce się dziś nad tym pracować: wymaga to ogromnych zasobów czasu i energii, a w międzyczasie dokumenty przepadają, archiwa niszczeją, najmłodsze pokolenie na dobrą sprawę nawet nie wie, jak obsługiwać archiwum listy dyskusyjnej (lub nie widzi w tym sensu). A jeśli już ktoś się tym zajmuje, to dziennikarze (bywa, że ze skutkiem, o jakim Pan napisał wyżej).

      W efekcie przybywa białych plam w naszej historii najnowszej – co ma akurat całkiem realne przełożenie na jakość mikronacyjnej polityki, dyplomacji, i tak dalej, i tak dalej.



Copyright © 2012-2018 KURIER – Mikronacyjny Serwis Prasowy. All rights reserved.
Designed by Theme Junkie. Powered by WordPress.