Jesteś tutaj: Home // Idee i polemiki // Czystość rasy i kod nieśmietelności : Leblandia i mikroświaty równoległe

Czystość rasy i kod nieśmietelności : Leblandia i mikroświaty równoległe

Powiedzmy to sobie uczciwie: Leblandia, „największe polskie państwo wirtualne”, w dalszym ciągu istnieje (link). A przynajmniej wegetuje gdzieś w głębinach internetu – w jego najstarszych warstwach geologicznych. Do dyspozycji obywateli pozostaje hermetyczne forum z siedemnastoma opublikowanymi postami oraz lista dyskusyjna, na której wszelka komunikacja zamarła w pierwszych tygodniach 2005 r. Ale prawdziwe serce Leblandii bije gdzie indziej. Głęboko pod zimną skorupą wre sekretne i pokraczne życie. Raz na kilka miesięcy ktoś życzliwy aktualizuje stronę główną, co jakiś czas publikowany jest oficjalny komunikat ze spotkania międzypaństwowego, wciąż wydawany jest legendarny „Kurier Cesarski”. W jubileuszowym – setnym! – numerze, datowanym na grudzień 2013 r., nad losem swojego podziemnego imperium pochylił się osobiście cesarz Marcus Lebenciusz Wspaniały. W krótkim wywiadzie podzielił się z nielicznymi czytelnikami następującą refleksją: „Coraz częściej natrafiam na informacje w Internecie, iż Cesarstwo Leblandii jest wymarłym państwem!”. „Co jest oczywiście totalną bzdurą!” – spuentowała rozmówczyni Imperatora, nieśmiertelna Senator Anike.

Imperator nie rzuca słów na wiatr. Swoje prawdy komunikuje niezachwianym głosem i z kamienną twarzą – nie przejmuje się tym, co mikronacyjni zawistnicy opowiadają po kątach. Liczą się fakty. A te są miażdżące. „Cesarstwo Leblandii, istniejące ponad 12 lat, z populacją przekraczającą już 1200 osób, jest bez wątpienia jedną z największych mikronacji, prawdopodobnie nie tylko w skali polskojęzycznych państw wirtualnych, ale i w skali międzynarodowej” – czytamy we wspomnianym wywiadzie i po chwili dowiadujemy się, że „średnia wielkość populacji wirtualnego państwa to 100-300 osób” (link). Na tym nie koniec. Sędziwa Leblandia to ponad „900 podstron HTML”, kilkadziesiąt ratyfikowanych umów międzynarodowych – w większości z państwami z angielskiego obszaru językowego – i cała litania wzmianek prasowych w prasie ogólnopolskiej. Express Bydgoski, toruńskie Nowiny, Kurier Lubelski, elitarny periodyk monarchistów Pro Fide, Rege et Lege. Doświadczony redaktor Piotr Kościński – późniejszy Sekretarz Generalny OPM – po prostu nie mógł nie wspomnieć o Leblandii na łamach Lwowskiej Gazety. (link)

Jak czytamy w dziale propagandowym Cesarstwa, „o Leblandii pisano już wielokrotnie i zawsze dobrze”. Prawdziwą perłą w koronie jest jednak wyeksponowany na stronie głównej odnośnik do artykułu z tygodnika Wprost (pamiętne wydanie z 16 czerwca 2002 r.), w którym dziennikarz uznał Leblandię za „największy kraj w polskiej sieci” (link). Nie ma znaczenia, że po lekturze tamtego artykułu polscy mikronauci pukali się w czoło, co bardziej sfrustrowani chcieli pisać gniewne sprostowania do redakcji. Reguła jest prosta. O cudakach pisze się raz i do tematu nie wraca przed kolejnym zaćmieniem. Tydzień później zapracowany redaktor prawdopodobnie pisał reportaż o geoglifach na peruwiańskim płaskowyżu Nazca.

Na straży ładu

Cesarz nie zapomina o swoich obowiązkach i regularnie objeżdżą swoje rozległe imperium – dwa miesiące temu odwiedził pustynną prowincję Arasya i spotkał się na czacie z obywatelami. Nie zapomina również o państwach-satelitach swojego imperium. Wbrew nieżyczliwym plotkom, legendarny Pakt Leblandzki, mimo przejściowych trudności, wciąż stoi na straży ładu międzynarodowego i daje odpór siłom nieczystym (link). W samym tylko 2013 r. Marcus Lebenciusz wspólnie z majorem Rommlem dwukrotnie odwiedził Sułtanat Al-Farun (link). Owszem – chodzi o ten sam Sułtanat Al-Farun, który w pierwszej połowie 2007 r. został włączony – jako wezyrat – do Sułtatanu Al Rajn, czego Leblandia do chwili obecnej nie uznała, rozpętując przeciwko Rajńczykom rozpaczliwą kampanię dyplomatyczną (link). Dyplomatycznego wsparcia Leblandii udzieliły wówczas  Sarmacja i OPM. Na próżno. Imperator w swej konsekwentnej łaskawości do dzisiaj podtrzymuje przy życiu poczciwą fikcję państwową suwerennego Sułtanatu Al-Farun i co roku organizuje tam kolejne Konferencje Paktu Leblandzkiego. W tym roku powinna odbyć się dwunasta edycja.

Leblandia w dalszym ciągu realizuje Program Pomocy Nowym Państwom Wirtualnym, którego założeniem jest udzielanie szeroko pojętej „pomocy nowopowstającym podmiotom w dojściu do pełnej państwowości” (link). W latach 2003-2013 z programu skorzystały m.in. Republika Toskanii, Wirtualne Królestwo Brytyjskie, Federacja Delfina Zjednoczonego, Labacja, Królestwo Dutchlandu, Wielkie Księstwo Awii, Królestwo Dolnej Apllifierii, Wielkie Państwo Polnau oraz – stosunkowo niedawno, bo w 2011 r. – Wielka Kustodia Zakonu Zibu. W obecnej edycji, która zakończy się we wrześniu 2014 r., z doświadczenia Leblandczyków korzysta Księstwo Vagianu i Paonii.

Nie trudno o wrażenie, że Cesarstwo funkcjonuje na zupełnie odrębnej planecie.

W ciągu minionych dwunastu miesięcy Marcus Lebenciusz wygospodarował również czas na gospodarskie wizyty w pozostałych państwach Paktu Leblandzkiego, odwiedzając kolejno Niepodległe Królestwo Podlasia, Xięstwo Andreterry i Baronię Zarakata. Choć trudno w to uwierzyć, wszystkie wymienione państwa – ich nazwy obiły nam się o uszy dokładnie dekadę temu – w dalszym ciągu formalnie istnieją. A przynajmniej ich smutne witryny-atrapy (link). Z jednym intrygującym wyjątkiem – Baronia Zarakata, katolickie państwo zakonne, w maju ubiegłego roku zorganizowało konferencję pod hasłem: Zmiany w podejściu do wirtualnej państwowości a zmiany w podejściu do roli religii w wirtualnych państwach. Czyli jednak coś się dzieje za kurtyną. (link)

Żadnego brudu

Z Zarakatą związany jest ciekawy, choć całkowicie już zapomniany epizod w dziejach polskiego mikronacjonalizmu. W drugiej połowie 2002 r. Wielki Mistrz Zarakaty zwrócił się do mikronautów z propozycją tekstu deklaracji ideowej, w której władze państw wirtualnych zobowiązałyby się do „dołożenia wszelkich starań, aby nie prowadzić działań, które uderzają w zasady religii katolickiej, Kościół Katolicki i uczucia katolików”. Pod tekstem porozumienia w ciągu dwóch kolejnych lat podpisali się, poza cesarzem Leblandii, władcy Andreterry, Teutonii, Rzeczpospolitej Trojga Narodów, Federacji Delfina Zjednoczonego, Wolnego Klubu RP oraz – co ciekawe – Sarmacji. W imieniu Księstwa podpis złożył Helwetyk Romański:

Księstwo Sarmacji pragnie niniejszym przystąpić do Porozumienia Zarakackiego. Księstwo realizuje swą politykę w zgodzie z założeniami Katolickiej Nauki Społecznej, co znajduje swoje odzwierciedlenie w Konstytucji (Sarmacja jest jedynym polskim państwem świeckim, którego konstytucja zawiera invocatio Dei) oraz praktyce działania władz sarmackich. Jutro dokument zostanie oficjalnie ratyfikowany oraz opublikowany na stronach internetowych Księstwa Sarmacji. (link)

mapaWKPodlasia

Mapa Niepodległego Królestwa Podlasia

Ciekawe są również losy Niepodległego Królestwa Podlasia, formalnie istniejącego w latach 2004-2011 (link). Twórcy Podlasia oparli swój projekt na fabularyzacji historii równoległej, tworząc coś państwa z pogranicza politologicznego political fiction na terenie Województwa Podlaskiego. Część linków odsyła nas bezpośrednio do instytucji związanych z Białymstokiem i okolicami. Jak czytamy na stronie głównej państwa, „po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej – pomimo wcześniejszych zapewnień rządu że tak nie będzie – pogorszyła się sytuacja średniej i najbiedniejszej warstwy społeczeństwa. Podrożało praktycznie wszystko – od żywności po materiały budowlane”. W wyniku późniejszych perturbacji doszło do wojny domowej, w której zaangażowały się siły NATO. Po wielu latach niepokojów, 3 maja 2022 r. apolityczna Partia złożona z podlaskich patriotów proklamowała w Białymstoku niepodległość Królestwa Podlasia. Historia państwa urywa się w 2069 r., gdy obywatele północnej Polski zgłaszają akces do NKP, tym samym zapowiadając utworzenie Zjednoczonego Królestwa Podlasia, Warmii i Mazur. Twórcy Podlasia opisują swoje państwo w kategoriach idylli:

Nie ma tu bezdomnych ani bezrobocia, każdy ma dom, pracę i kogoś na kogo zawsze może liczyć. Nikt nie boi się wyjść po zmrokuna ulicę bo nie ma tu chuliganów i bandytów. Nie ma też złodziei. Po co mają kraść, skoro każdy ma wszystko czego mu potrzeba? Wszystkie sprawy załatwiane są uczciwie, korupcja jest przecież zabroniona! Podobnie jak aborcja, pedofilia i działalność różnego rodzaju sekt. Nasz kraj nie jest przecież azylem dla wszystkich tego typu ludzi którzy chcieliby tu prać swoje brudy.

Kolejne państwo wolne od zgnilizny świata rzeczywistego. Jak widać – Marcus Lebenciusz starannie dobierał sobie partnerów na arenie międzynrodowej. Sam również postarał się, by jego państwo pozostało „czyste”.

Język partnerów Leblandii również miał pozostać „czysty”. Gwarantować to miała specjalnie w tym celu przygotowana Konwencja Valdeńska (2003 r.), która regulowała kwestie zwrotów grzecznościowych w korespondencji dyplomatycznej i obligowała władze państwowe sygnatariuszy umowy do unikania obelżywego i obraźliwego języka na na listach dyskusyjnych (link).

To wszystko jednak ledwie przedbiegi przed właściwym konkursem. Najważniejszym elementem filozofii Marcusa Lebenciusza do dziś pozostaje wzorowana na anglosaskich państwach wirtualnych doktryna czystości mikronacji.

Czyste mikronacje

Leblandia to żywa legenda polskiego mikroświata. Cesarstwo powstało w marcu 2001 r., gdy większość czytelników naszego pisma wciąż podmywana była przez troskliwe mamy, a bramki dla Polski zdobywał hebanowy Emmanuel Olisadebe. Mikroświat przypominał wówczas pierwotną zupę kwarków – o Scholandii i Sarmacji nikt jeszcze wówczas nie słyszał (oba państwa powstały dopiero w 2002 r.), Helwetyk Romański, Robert Czekański i Piotr Kościński działali w Wolnym Klubie RP, zaś mój poczciwy Dreamland wyglądał jako koszmar gimnazjalnego programisty (link). Leblandia wylądowała w samym środku tej smętnej surowizny – od razu z długoterminowym pomysłem na siebie i wykwalifikowaną kadrą przyjaciół ze studiów prawniczych. Założyciele Leblandii byli starsi o kilka lat od przeciętnego Dreamlandczyka czy mieszkańca Cesarstwa Aztec, lepiej przygotowani merytorycznie do organizacji struktur państwowych i budowy państwa prawa, a mimo to – a może właśnie dlatego – ich dziełem był absolutystyczny i statyczny potworek, który w 2004 r. ostatecznie odwrócił się plecami do sporej części mikroświata.

Leblandia może dziś uchodzić za symbol ślepej uliczki w dziejach polskiego mikroświata. Najbardziej kontrowersyjnym wkładem Leblandczyków do wspólnego dorobku pozostaje wspomniana doktryna czystości mikronacji, w swej dojrzałej postaci wyartykułowana w postaci osławionego Traktatu Brunlandzkiego (2004). W myśl twórców porozumienia, mikronacją nazwać można tylko takie państwo wirtualne, które opiera się praktycznie wyłącznie na statycznych stronach HTML i którego głównym celem jest stworzenie organizmu działającego jak rzeczywiste państwo, szczególnie poprzez budowę własnego systemu prawnego, własnej kultury, tożsamości narodowej i aktywności na arenie międzynarodowej, nie zaś budowie symulacji ekonomicznej, zbliżonej swą istotą bardziej do gry RPG i nie mającej nic wspólnego z wirtualną państwowością, kształtującą się od wielu lat ma świeci (link).

Podsumujmy założenia systemu brunlandzkiego: polityka i narracja kulturowa – tak, symulacja gospodarcza i obieg pieniądza – nie. Kto łamie te zasady, ten nie jest godzien miana mikronacji. Te nieszczęsne państwa, które zdecydowały się na wprowadzenie pewnych elementów narracji ekonomicznej i wprowadziły u siebie mechanizmy gospodarki pieniężno-towarowej, zostały zdegradowane do rangi „gry”. Żadnej litości dla wiarołomnych mikronautów. Na czele czystości doktryny do dziś stoi Rada Czystości Doktryny „Micronation” (RCDM) – w chwili obecnej tworzą ją, poza Leblandią, również Brunland, Zarakata i Al-Farun. Na celowniku purystów znalazły się przede wszystkim Scholandia i Sarmacja.

Efekt? Trwająca do dziś schizma w polskim mikroświecie, w którym dwa konkurencyjne modele mikronacjonalizmu wyznaczyły odrębne płaszczyzny egzystencji. Zasadne wydaje się pytanie, w jakim stopniu przyjęcie modelu leblandzkiego oznaczało wyrok śmierci dla mikronacji, które po prostu zastygły w infrastrukturalnym i technologicznym rozwoju. Przeglądanie zachowanych witryn państw Paktu Leblandzkiego to jak podróż wehikułem czasu  – pod względem technikaliów przenosimy się nie tyle w środek minionej dekady, co do połowy lat dziewięćdziesiątych. Wyjąwszy Al-Farun, państw Traktatu Brunlandzkiego nie ma dziś na żadnej ze wspólnych map.

Marcus : „Brak wam realizmu”.

System brunlandzki to jednak coś więcej niż tylko awersja do ekonomizacji mikronacji. Nieformalnym wkładem do doktryny brunlandzkich purystów było cokolwiek osamotnione stanowisko samego cesarza Leblandii, który przez długi czas bezskutecznie zwracał uwagę na osobliwy brak realizmu społeczności mikronacyjnych. Jeśli – jak podkreślał – istotą mikronacji jest wierne odtworzenie struktur i zasad funkcjonowania państwa, należy przestrzegać „podstawowych zasad realizmu”.

W pewnym sensie Leblandia zawsze pozostawała „odklejona” od reszty polskiego mikroświata, w którym podstawowe reguły gdy – obowiązujące zresztą do dziś – wykrystalizowały się w latach 2001-2002. Łącznie ze wspólną mapą, która od tamtego czasu bezustannie rozwija się w kierunku „wschodnim” od rdzenia najstarszych państw: Dreamlandu, Scholandii, Sarmacji i Federacji Al Rajn. Tymczasem państwo Marcusa Lebenciusza już na starcie zdecydowało się na lokalizację w świecie realnym: jako archipelag na Oceanie Spokojnym, gdzieś w połowie drogi między Australią a Ameryką Południową. Leblandia bodaj jako jedyna polska mikronacja ratyfikowała również m.in. konwencję wiedeńską o ochronie warstwy ozonowej, konwencję o zachowaniu żywych zasobów morskich Antarktyki i ramową konwencję ONZ w sprawie zmiany klimatu (oraz kilka innych). Sam Cesarz w swych wystąpieniach wielokrotnie komentował wydarzenia ze świata rzeczywistego – jak choćby rewolucje w muzułmańskich państwach Afryki Północnej, porównując je z sytuacją w mikroświecie.

Co ciekawe- spośród mnogości wygodnych przykładów na niedostatek szacunku dla zasady realizmu w mikroświecie, leblandzki Cesarz postawił na ten najbardziej banalny, a mimo to pośliznął się na skórce od banana. Na tapetę trafił bowiem problem sił zbrojnych państw wirtualnych, który został przez Leblandczyka bezlitośnie wydrwiony i rozłożony na czynniki pierwsze. Wyrozumiały Markus Lebenciusz nie miał nic przeciwko samej ich obecności w państwotwórczej narracji mikronautów – zwracał jednak uwagę na pewne kurioza związane z ich funkcjonowaniem. Zacytujmy obszerny fragment wywodu leblandzkiego Cesarza:

Tworząc takie siły wziąć należy pod uwagę kilka elementów. Pierwszym są możliwości finansowe nowopowstałego państwa. Drugim są możliwości „nabywcze”. Aby w ogóle próbować stworzyć własne wojsko, należy najpierw rozpatrzeć, jakie możliwości tworzenia sil zbrojnych ma nowopowstale państwo… Sa przecież  Dzienniki Statystyczne GUS, coś, co się bodajże zowie CIA Fact Book, dane zamieszczane na stronach o wojskowości… Wystarczy sprawdzić, jakim sprzętem dysponują realne państwa, które powstały na przełomie ostatnich kilkunastu lat… Oszczędziłoby to wszystkim takich paradoksów (całkowicie ośmieszajacych twórcę danego państwa w.), jak np. posiadanie przez Scholandię lotniskowca czy przez Dreamland myśliwcow YF-22 (na dodatek w liczbie 18). Dlaczego paradoksów? Cóż… Jakie realne państwo istniejące powiedzmy 2 czy 3 lata (a nawet i 10 lat) jest w stanie kupić lotniskowiec czy YF-22? Pozostawiam bez komentarza fakt, iz Stany Zjednoczone Ameryki Północnej – producent ww sprzętu wojskowego – nie prowadzi jego sprzedaży (głównie ze względu na tajność technologii). Mógłbym zrozumieć, gdyby Scholandia kupiła kilka rosyjskich niszczycieli, a Dreamland 20 Migow-29. Tenże sprzęt znajduje sie w zasięgu cenowym nowopowstajacych państw realnych, Rosja zaś wyprzedaje takie uzbrojenie innym państwom. Ale YF-22 czy lotniskowiec (i to bodajże klasy Nimitz sądzac po zdjęciu)?!  Panowie, myślcie czasem trochę…

Cały ten misterny wywód – skądinąd najzupełniej logiczny – przywodzi na myśl rzeczową krytykę obecności kosmity stojącego na bramce w meczu piłki nożnej, któremu jedyne, co mamy do zarzucenia, to fakt, że założył nieregulaminowe buty.

Z czasem Cesarz wyzbył się jednak swoich wątpliwości. Znakiem rozpoznawczym dojrzałej Leblandii i właściwie jedynym śladem jej obecności na arenie międzynaroowej stał się specyficzny militaryzm reprezentowany przez osławiony Pakt Leblandzki. Dzielni żołnierze Cesarza rozporządzali własnym arsenałem lotniskowców, korwet rakietowych, Grippenów oraz „atomowym okretem podwodnym przenoszącym pociski jądrowej Pustoszyciel”. Brzmi groźnie?

Być jak Molossia

Chyba najbardziej kłopotliwym elementem doktryny leblandzkich purystów jest wtórność i niesuwerenność własnego stanowiska. Jak bowiem bez cienia zażenowania podkreśla Marcus Lebenciusz, tym, co stanowi o blasku tej koncepcji, jest fakt, że legitymizują ją „najstarsze anglojęzyczne państwa wirtualne”. Molossia (zał. 1977), Talossa (zał. 1979) czy Empire of Tebeakesse (zał. 1981) – to żelazne punkty odniesienia dla brunlandystów (czy raczej ich niedobitków) i jako takie trafiły do tekstu Traktatu, którym polscy puryści oddali osobliwy hołd.

„Najstarsze państwa wirtualne nie wprowadziły i nie wprowadzają systemów symulujących gospodarkę, uważajac, iż jest to odejście od zasad przewidzianych w doktrynie micronation” – zauważa Cesarz i po chwili czyni zastrzeżenie godne kopisty z peryferyjnego klasztoru: Cesarstwo Leblandii optować będzie za wprowadzeniem w wirtualnych państwach systemów gospodarczych, jeśli zauważy, iż wymienione wyżej klasyczne” micronations wprowadzają takie systemy u siebie, co wiązać się niewątpliwie będzie ze zmianami w doktrynie micronation. Zmian takich jednakowoż na razie nie ma i do tej pory nie było” – tłumaczył w 2004 r.

molossia2

Molossiański urząd celny (Nevada, USA)

Truizmem będzie stwierdzenie, że Talossa, Molossia i Corvinia miały zupełnie inną genezę od późniejszych o dwie dekady państw internetowych. Te drugie, w odróżnieniu od klasycznych mikronacji” ze świata anglofońskiego, z kilkoma wyjątkami rodem z poprzedniej dekady, nie zgłaszają pretensji do fizycznej reprezentacji w świecie rzeczywistym, nie mówiąc już o ambicjach separatystycznych czy szukaniu uznania w gronie państw ONZ. Pod wspólnym mianownikiem pojęcia micronation kryje się dziś zarówno internetowa społeczność sympatyków dawnej Monarchii Austro-Węgierskiej czy kilka polskich mikronacji odwołujących się do tradycji I Rzeczypospolitej (w swym duchu  są to przedsięwzięcia bliższe poczciwym ideałom rekonstrukcjonistów niż kontrkulturowym anarchistom), jak i autarkiczne „państwo” założone u progu epoki Ronalda Reagana przez 15-letniego chłopaka w szopie na pustyni w stanie Nevada, który z sobie tylko znanych powodów kontynuował swój projekt do później dorosłości. Nadbudowana na podstawie niechęć nadwiślańskich purystów wobec PHP, skryptów SQL i symulacji gospodarczej od samego początku miała mocno ograniczony sens. Molossiańsko-talossiańska geneza polskich mikronacji jest pięknym mitem i niewiele ponadto – prawdziwym początkiem państw wirtualnych był zmiana technologiczna lat 90. minionego stulecia i pojawienie się środowiska Internetu. Globalna sieć nie tyle zmieniła warunki starej gry, co napisała je od nowa. Na szczęście mamy już za sobą epokę, w której każda próba teoretycznego ujęcia fenomenu mikronacji (jako państwa wirtualnego) sprowadzała się do rytualnego przywołania przykładów australijskiej Hutt River czy Sealandu – państwa” położonego na betonowej platformie wiertniczej 11 kilometrów od wybrzeży angielskiego hrabstwa Suffolk.

Semper fidelis

W cokolwiek schizofrenicznym świecie Marcusa Lebenciusza system brunlandzki, choć surowy i niewygodny dla własnych obywateli, w ostatecznym bilansie dowiódł swej szlachetnej wyższości nad „schizmatykami”. A przynajmniej takie można odnieść wrażenie, gdy wczytamy się w treść publicznych wystąpień Imperatora z drugiej połowy minionej dekady. W swym bezkrytycznym optymizmie przypominają one nieco deklaracji liderów państw realnego socjalizmu, którzy mimo nawarstwiających się symptomów nadchodzącej katastrofy jedynie usztywniali dotychczasowy kurs. Przy okazji jednego z rocznicowych przemówień, Cesarz, ubolewając nad kolejnym rokiem niepokojącej ciszy na liście dyskusyjnej, zapewnił swoich rodaków o wierności pierwotnym zasadom:

Cesarstwo Leblandii opowiada się jednak za dalszym trwaniem w Doktrynie Micronation. Powodów jest wiele, jednak najważniejszym wydaje się ten, iż większość polskojęzycznych państw wirtualnych, które ową Doktrynę odrzuciła, przestała już istnieć, zaś te, które ściśle przestrzegają przyjętych u swojego powstania zasad, trwają niezmiennie. Tak jak trwa Cesarstwo Leblandii, trwają też Sułtanat Al-Farun (od 21 września 2001 roku), Baronia Zarakata (od 24.12.2001 roku), Republika Brunlandu (od 31 lipca 2002 roku)!

Słowa te pochodzą z marca 2008 r., gdy wszystkie z wymienionych państw od wielu miesięcy leżały już w gruzach.  Wrażenie jest piorunujące.

Widzimy zatem Leblandię jako internetowe Pompeje, których zarządca nie zauważył, że miasto zostało obrócone w perzynę przez gniew Wezuwiusza. Wymarłe cesarstwo nie tylko wciąż istnieje, ale zgodnie z zapewnieniami swojego władcy jest „największym wirtualnym państwem” w polskim internecie. Precyzyjnie rzecz ujmując – jest jedyną prawdziwą” mikronacją. W tej wykładni sam Imperator to archetypiczny wartownik ze słynnej uwagi Oswalda Spenglera – to rzymski żołnierz, którego „szkielet szkielet znaleziono przed bramą w Pompei, a który zginął, ponieważ podczas wybuchu wulkanu zapomniano odwołać go z posterunku”. Autor Zmierzchu Zachodu tłumaczył to ponadczasowym obowiązkiem trwania na straconej pozycji bez nadziei i ratunku.Oto wielkość, to się nazywa być rasowym” – podsumował.

Cesarstwo jest wieczne

Czy zasadne jest poczucie wyższości wobec osamotnionego Cesarza, który wizytuje martwe lądy, wygłasza przemówienia do pustych trybun i deklaruje współczucie dla upadłego mikroświata?  Poczciwa Leblandia stanowi dziś element popkultury kreowanej przez mikronacyjnych ironistów starej daty, żartobliwy punkt odniesienia dla grupy sarmackich, wandejskich czy dreamlandzkich starszaków (w Leblandii swoją przygodę z mikroświatem zaczął m.in. Maar Ingawaar, znany dzisiaj jako Maks Zwell, do Leblandii w okresie jej szczytowego znaczenia kursowały zbiorowe wycieczki dreamlandzkich pułkowników i agentów wywiadu – a wszystko po to, by wyszaleć się w kraju postrzeganym jako jeden wielki obóz wojskowy). Wywiad, jaki w sierpniu 2001 r. przeprowadziłem z Marcusem Lebenciuszem dla Głosu Weblandu, był moim mikronacyjnym chrztem bojowym.

O Leblandii nie mówi się dziś źle – po prostu temat nie wywołuje już żadnych emocji. Jest jak zapomniany wujek, który w młodości może spadł z drabiny i jego myśli straciły na klarowności, ale to on nauczył nas wiązać buty i poczęstował pierwszym papierosem.

Wszyscy kochamy leblandzki skansen – czy raczej jedno z czterech polskich państw, które spełniają doktrynę Micronation” –  i gdybyśmy mieli narodzić się w mikroświecie po raz ósmy lub dziewiąty, na miejsce pobytu z pewnością wybralibyśmy imperium Marcusa Lebenciusza Wspaniałego, generała Krzysztofa Drucia i senator Anike.

(Jacques de Brolle)

4 komentarze do " Czystość rasy i kod nieśmietelności : Leblandia i mikroświaty równoległe "

  1. Wszystkie mikronacje już upadną, a w Leblandii dalej będą publikowane ogłoszenia Cesarza.

  2. Paweł Z. pisze:

    Bardzo intrygujący artykuł pokazujący jak ciekawe potrafi być podejście schizofreniczno-ekscentryczne wobec mikronacji.

    Owe oderwanie od pozostałych mikronacji jest uwarunkowane bezkresną wiarą w doktrynę Micronation, która dla zdecydowanej mniejszości ma sens i stanowi fundament budulcowy, co może dla niektórych znaczyć tyle, co budowanie domku z kart przy silnym wietrze.

    Istota oddania się czemuś w sposób wręcz bezwarunkowy stanowi pewien wymiar fanatyzmu i opętania. Jak się spojrzy na to z boku, to można mieć wrażenie, że to się nie dzieje naprawdę, ale jednocześnie ktoś próbuje generować prawdę swymi oczami, a to stanowi o pewnej kreatywności ściśle powiązanej z dwoma sprzecznymi bądź wzajemnie uzupełniającymi się bytami – indywidualnością i zależnością. W jednej osobie są ustanowione dwie skrajności będące przeciwnymi biegunami, które są w stanie się przyciągać i ustanowić spoiwo bytu niezakończonego z perspektywy osoby, która go tworzy. Może to wydawać się piękne, ale z mego punktu widzenia całkowicie niezdrowe psychicznie.

    Zresztą, zbiór zasad będących rzekomo najbardziej poprawnymi względem danej zbiorowości jednostek nie może być wzorem dla wszystkich i powodem do nieuznawalności pewnego bytu za mikronację.

    Moim zdaniem, mikronacje, które znacząco odeszły od doktryny uległy zezwierzęceniu opartym o zasady ONZ, UE i innych instytucji/zbiorowości wymierzone w jakieś społeczeństwo w sposób eksperymentalny. Mówiąc ściślej, oddanie się zasadom płynącym z realnego świata ulokowanego w obecnych czasach jest zbliżone do popadania w naśladownictwo charakterystyczne dla zwierząt i małych dzieci, co stanowi o uwstecznieniu i uprymitywnieniu zasad panujących w środowiskach mikronacyjnych.

    Powyższy fenomen jest niestety charakterystyczny dla środowisk będących posądzonych w niedalekiej przeszłości o LUDOBÓJSTWO względem zasad wcześniej ustalonych.

    Mikronacje stały się typowymi odpowiednikami mechanizmów narodowo socjalistycznych bądź socjalistycznych mających silne powiązania z tyranią wymierzoną w ludność w zgodzie z wcześniej ustalonym v-prawem.

    Zatem, tytułowa równoległość mikroświatowa z Leblandią jest słuszna, bo byty równolegle ustanowione względem siebie stanowią pewnego rodzaju pion, a po pewnym wymiarze czasu powstają poziomy tworząc tzw. drabinę rozwoju mikronacyjnego, co pozwala wystosować odpowiednie kryteria przy ocenie kolejnego poziomu chcącego dopasować się do pionu wchodzących w niego poziomów. Jako, że mówimy o pewnej prostej, która tak naprawdę jest odcinkiem o wyraźnie nakreślonych końcach, to istota rozwoju mikronacyjnego została już ukończona. Nie dodaje się kolejnych poziomów, tylko nowe poziomy nakłada się na poziomy wymarłe, co stanowi o zastoju demograficzno-ideowym mikroświata.

    Kodem nieśmiertelności jest cyfra zero, która została poruszona przeze mnie w niejednym artykule w „Atomicznym Wizjonerze”, kiedy pisałem między innymi o symbolice mikroświata.

    Stąd partykuła przecząca „nie” w słowie „nieśmiertelność” jest jawnym złudzeniem, bo mamy tak naprawdę do czynienia ze śmiercią, która stanowi liczbę zero, co znaczy, że zero nie znaczy, że czegoś nie ma, ale to, że zanikły funkcje v-życiowe danej mikronacji, a jej wewnętrzne uwarunkowania czy stosunki interpersonalne pozostają w tzw. hibernacji.

    Dlatego coraz częściej mamy do czynienia ze złudzeniami w świecie mikronacji.

  3. Piękny artykuł!
    Co jednak pcha człowieka, dziś już przecież w średnim wieku, do podtrzymywania iluzji własnej słuszności?

  4. Świetny, jak zwykle, artykuł :)



Copyright © 2012-2018 KURIER – Mikronacyjny Serwis Prasowy. All rights reserved.
Designed by Theme Junkie. Powered by WordPress.