Jesteś tutaj: Home // Debata Kuriera, Idee i polemiki // [Kawowy] Tłumacząc potwora

[Kawowy] Tłumacząc potwora

Z zainteresowaniem przeczytałem na łamach „Kuriera” głosy donów Witta, Viktorjosigosa i Swarzewskiego. Pomimo tego, że wraz ze śmiercią Eskwilinii straciłem kontakt z polityką Vaarlandu i Orientyki (a z polityką nordacką kontaktu nie miałem nigdy i mieć nie chcę), być może uda mi się dopisać przyczynek do dyskusji o stanie dyplomacji. Z punktu widzenia kogoś, kto dyplomację obserwuje z pozycji tego izolacjonistycznego potwora – Sarmacji.

 Jaśnie Oświecona Karolina von Lichtenstein, kanclerz Księstwa po raz umpnasty, opublikowała w ubiegły wtorek wyniki sondy, w której SOBOS pytał Sarmatów: „Czy uważasz, że polityka zagraniczna jest nam potrzebna?”. Dwadzieścia siedem z czterdziestu jeden ankietowanych odpowiedziało twierdząco. Nieźle jak na kraj „biernego izolacjonizmu”, prawda?

Życie w Księstwie Sarmacji jest dość absorbujące. W najaktywniejszych okresach bywa trudne lub niemożliwe śledzenie go w całości, nawet jeśli odwiedza się Forum Centralne codziennie. (Wyjątek stanowi JKW Helwetyk Romański, który wie wszystko i zawsze.) Jest to podstawowym powodem, dla którego dyplomatycznie Sarmacja niemal nie istnieje. Minister spraw zagranicznych wypełniający swoje zadania efektywnie byłby skazany na to, że omija go życie Sarmacji, skoro prócz Forum Centralnego śledzić musi jeszcze pewną ilość innych. Jak można się domyślić, kandydatów na dyplomatów nie ma wobec tego wielu, czego przyczynę podam niżej. Przydawanie ministrowi do pomocy wiceministrów i ambasadorów byłoby eksportem własnej aktywności za granicę. Bez sensu.

Innym powodem obecnego stanu rzeczy jest podskórne przekonanie Sarmatów, że za granicą nie ma nic wystarczająco ciekawego, żeby się tam fatygować. Dysponuję porównaniem: żyłem w małej mikronacji, teraz żyję w największej. Mogę powiedzieć: nie jest to przekonanie pozbawione podstaw. W stwierdzeniu tym nie ma ani arogancji, ani deprecjonowania pozostałych mikronacji. Po prostu Sarmacja jest w stanie (jeszcze) zapewnić swoim obywatelom wszystkie rozrywki właściwe dla państw wirtualnych. Nawet dyplomację Sarmata może uprawiać nie wyjeżdżając z kraju, ze względu na żywe i nad wyraz często antagonistyczne relacje pomiędzy poszczególnymi samorządami oraz między samorządami a centralą.

W tej sytuacji nie można się dziwić, że mimo ogólnego zainteresowania polityką zagraniczną, podejmuje się na tym polu niewiele działań. Sarmata nie musi szukać bodźców za granicą, podczas gdy – w mojej ocenie – to jest główny motor dyplomacji państw wirtualnych. Za życia nieboszczki Eskwilinii, było dla mnie oczywiste, że po przejrzeniu jej forum, zaglądam na fora międzynarodowe (kiedy jeszcze istniały), a potem na fora państw obcych. Dysponowałem wówczas większą ilością czasu przeznaczanego na mikronacje, a Eskwilinia zapełniała tylko jego część. To naturalne, że po załatwieniu spraw krajowych, szukałem nowego zajęcia, a znajdowałem je za granicą. Myślę, że było tak nie tylko ze mną; jest to ważny mechanizm aktywizujący politykę miedzynarodową. Tymczasem – jak powiedziałem – Sarmata nie działa według tego schematu. Sytuacja, w której musiałby szukać zajęcia poza własnym krajem, nie zdarza się.

Równocześnie zazdrościmy mniejszym mikronacjom. Sarmacja jest… uporządkowana. Stabilna. Raczej konserwatywna. Bywa, że do bólu technokatyczna. Ewentualne wstrząsy mają charakter czysto destrukcyjny i nie stanowią urozmaicenia, tylko społeczną, towarzyską i polityczną katastrofę – vide: abdykacja JKW Khanda i zdarzenia jej towarzyszące. Wiadomo, że sejm nie uchwali niczego bardziej szalonego od drakońskich wymogów aktywności wobec urzędników, co jest – przyznać trzeba – umiarkowanie pasjonujące, chyba że ktoś jest Teutończykiem.

 A inne mikronacje są tak pełne życia, nawet jeśli czasem budzi ono ambiwalentne odczucia. Tutaj – masoński spisek przeciwko patriarsze. Ówdzie – narracyjna wojna z użyciem broni masowego rażenia. Gdzie indziej – ślub pary monarszej. Sprawy zupełnie nieporównywalne (w tym sensie, że fajniejsze i bardziej zajmujące) od dyskusji na temat dopuszczalności wulgaryzmów w przestrzeni publicznej.

 Kilka miesięcy temu JKM Piotr Paweł, gospodarz trwającego szczytu w Angemoncie, rzucił sugestię ponownego zjednoczenia Hasselandu z Sarmacją. Miałby się on – Hasseland – stać trzecim członem Gellonii i Starosarmacji (powstałaby wówczas prowincja lub kraj Korony o wdzięcznym skrócie SGH). Sprawę potraktowano poważnie, zaangażował się nie tylko rząd, ale także Jego Książeco-Królewska Mość i szereg osób prywatnych.

 Jak łatwo się domyślić, sprawa spełzła na niczym. Dał się tu we znaki zły image Sarmacji, która już na samym wstępie oskarżona została o imperializm, arogancję etc. etc. etc. Co z tego wynika dla mojego wywodu?

Takie zdarzenia podkopują przekonanie Sarmatów, że warto prowadzić jakiekolwiek rozmowy dyplomatyczne. Nie jesteśmy imperium, przynajmniej nie w sensie politycznym. Ale kiedy oferujemy deal, chcielibyśmy, aby traktowano nas poważnie i stosownie do specyfiki naszego kraju, także w odniesieniu do populacji. Kiedy mowa o dealu najpoważniejszym, czyli o unii, jest to tym ważniejsze. Oskarżenia o imperializm świadczą raczej o oskarżającym, niż o KS, stoją zresztą w sprzeczności z zarzutem izolacjonizmu. Sarmacja na polu dyplomacji nic nie musi, toteż zazwyczaj po prostu jej się nie chce. Ale kiedy zadajemy sobie trud, wychodząc z najbardziej rzeczową propozycją, zazwyczaj kończy się to tak samo lub podobnie, co w przypadku Hasselandu. To zniechęca i każe się zastanawiać: kto tu właściwie jest izolacjonistą?

 Sarmacja angażowałaby się w politykę międzynarodową częściej i chętniej, gdyby istniało przekonanie, że może z tego wyniknąć coś trwałego. Że nie będzie to czysta narracja, lepszy lub gorszy roleplaying, jakim jest np. – z całym szacunkiem dla organizatorów i uczestników – szczyt w Angemoncie. Zarówno Swarzewski, jak i Viktorjosigos rozumują podobnie do mnie. Nie ma żadnych przeciwwskazań dla łączenia się państw; to może być nowy rozdział wyludniającego się w Pollinu.

Podczas feralnych rozmów nt. powstania SGH Gauleiter Kakulski bardzo trafnie porównał Księstwo Sarmacji do Stanów Zjednoczonych Ameryki Realnej. Dokładnego cytatu nie udało mi się znaleźć; jego sens był następujący: Sarmacja stanowi wspólnotę wspólnot, która przyjmie każdego razem z jego narodowością, kulturą, dorobkiem, nie tylko pozwalając na ich zachowanie, lecz również ułatwiając ich rozwinięcie.

Możliwe, że to prawda. Sarmacja przypomina USA sprzed I wojny światowej. Musi zdarzyć się coś naprawdę dużego, żeby skłonić nas do porzucenia odosobnienia.

[O Autorze]

kawowyMłynek Kawowy – obywatel Księstwa Sarmacji. Polityk, publicysta, komentator sceny publicznej. Do niedawna – szef sarmackiej dyplomacji. W przeszłości, jako Havelock Jaskoviakus, związany z Rzeczpospolitą Eskwilińską, gdzie piastował m. in. urząd głowy państwa i szefa rządu.

2 komentarze do " [Kawowy] Tłumacząc potwora "

  1. Prezerwatyw Tradycja napisał(a):

    > Sarmacja stanowi wspólnotę wspólnot, która przyjmie każdego
    > razem z jego narodowością, kulturą, dorobkiem, nie tylko
    > pozwalając na ich zachowanie, lecz również ułatwiając ich
    > rozwinięcie.

    … co wszyscy bardzo dobrze wiemy z praktyki. Takiego pierdololo dawno nie czytałem, aż prawie mnie to sprowokowało do polemiki. Ale porównanie jest bardzo trafne. Sarmacja jest dokładnie tak samo jak wspomniane realne USA liberalna i otwarta: iluzorycznie.

    • alojzy napisał(a):

      +1

      Polemika na szczęście nie jest potrzebna, bo żadne gładkie słówka nie zasłonią przykrej rzeczywistości.



Copyright © 2012-2014 KURIER – Mikronacyjny Serwis Prasowy. All rights reserved.
Designed by Theme Junkie. Powered by WordPress.