Jesteś tutaj: Home // Debata Kuriera, Idee i polemiki // [Viktorjosigos] Integracja – tak, organizacje – niekoniecznie

[Viktorjosigos] Integracja – tak, organizacje – niekoniecznie

Obserwując arenę międzynarodową nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to wszystko już „nie jest takie, jak kiedyś”. W swej pamięci sięgam wstecz i widzę większą aktywność państw w kwestii wzajemnych stosunków. Istniały organizacje międzynarodowe, trwałe sojusze – jak chociażby Trójprzymierze Surmenii, Austro-Węgier i Brugii. Dziś przeciwnie – organizacje upadają, sojusze wygasają, a państwa dążą do coraz większego izolacjonizmu.

Pokazuje to pewną prawdę, którą już wcześniej można było dostrzec na forum Organizacji Polskich Mikronacji: każdy kryzys wewnętrzny w państwie natychmiast niemal wstrzymywał jego aktywność w strukturach Organizacji. Bo ostatecznie własne podwórko jest najważniejsze. W dobie odpływu starych obywateli – którzy z racji braku czasu realnie, czy też z racji wypalenia, porzucają zabawę w mikroświat – każdy stara się nakręcać aktywność wewnętrzną. Ogromy sceptycyzm widoczny jest w niechętnym podejściu do traktatów tworzących najróżniejsze Rady, Zgromadzenia, Unie czy Sojusze, a wniosek taki płynie chociażby z obserwacji II Kongresu Istokii w Eskwilingradzie czy Szczytu w Walencji na Vaarlandzie. Wszelkie próby integracji w ramach określonych organizacji spaliły na panewce.

Sam również zastanawiam się, czy taka integracja w ramach organizacji ma sens? A co z integracją jeszcze bardziej ścisłą – z uniami łączącymi państwa w konfederacje, federacje i tym podobne? Jeśli mowa o tym pierwszym typie integracji, to z jednej strony trudno wzgardzić doświadczeniem, które przecież pokazuje, że najczęściej siedzimy, radzimy, a potem nic nie robimy. Bo wspólne działania kilku mikronacji wymagają koordynacji, która nie jest łatwa do przeprowadzenia. Ktoś, gdzieś, zawsze będzie miał akurat w danej chwili mniej czasu – bo „real gryzie”. Ostatecznie więc, bez względu na to, jak wspaniałe ustalenia zamieścimy w dokumencie końcowym danego szczytu czy zjazdu, jak zamaszyste podpisy pod nimi złożymy – wszystko pozostaje na papierze. Ale z drugiej strony, czy jest to trend nie do przełamania? Przecież wystarczy tak naprawdę więcej samozaparcia i determinacji, a dane ustalenia można wcielić w życie.

Czy współpraca gospodarcza w regionie (wspólny system gospodarczy, niekoniecznie w formie zautomatyzowanych skryptów), naukowa w formie wspólnych, świecących przykładem uczelni czy kulturowa, przejawiająca się ciągle nowymi eventami, jest nierealna? Organizacje, Rady i Sojusze czymś takim mogą się zajmować – ale potrzeba dobrej woli uczestników. Jeśli chodzi zaś o integrację w sensie najbardziej ścisłym –o łączenie się państw w federacje – to przyznam, że niewiele słyszałem szczęśliwych historii. Nie dziwi mnie to, gdy słyszę o państwach „starych”, które mają już kilkuletnią historię – ciężko wyrzucić to do kosza i tworzyć coś nowego z kimś innym. Ale jestem zdziwiony, że takie eksperymenty nie wychodzą w państwach młodych! Lata temu tworzyłem Dalmencję – nie miała zbyt długiej historii jako niepodległe państwo, więc nie czułem żalu, zrzekając się w jej imieniu niezależności i tworząc wraz z władcą Trilandu (równie młodego) i prezydentem Zongyi (nieco starszej) Trizondal. Lata minęły, a Trizondal nadal stoi. Opłacało się? No pewnie, że tak. Czy jest zatem sens, by istniało 10 dwuosobowych mikronacji, zamiast jednej dwudziestoosobowej? Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że większość prób integracji (obu rodzajów) kończy się niepowodzeniem, bo brakuje samozaparcia i tej dobrej woli; zwyciężają jednostkowe ambicje i zachłanność. Coraz więcej spotykam osób, które raczej wolą być Najwyższym i Najzacniejszym Królem dwuosobowego tworu z własną walutą i uczelnią imienia poprzedniego króla, niż ministrem sensownie działającego państwa z solidną gospodarką i uczelnią, która nie wywołuje uśmiechu politowania.

Czy integracja ma sens? Moim zdaniem ma, ale trzeba ją z sensem przeprowadzić. Nie należy tworzyć organizacji i rad, które będą się zajmować wszystkim i niczym, ale będą ładnie wyglądać na papierze; ale można i należy myśleć o zbudowaniu atrakcyjnej gospodarki (Unia Europejska stopniowo buduje coraz bliższą współpracę gospodarczą; czy mikronacje nie potrafią rozpocząć takiej stopniowej integracji gospodarczej?), o podniesieniu poziomu oświaty (naprawdę każda mikronacja musi mieć swoją własną, niedziałającą uczelnię? A może zamiast tego międzynarodowy uniwersytet zatrudniający ekspertów?), o organizowaniu eventów kulturowych, sportowych, a nawet wojskowych (Republika Palmowa zaproponowała wiele atrakcji sportowych w ostatnim czasie; naprawdę świetnie się bawiłem na regatach!). Podobne pomysły padły na Szczycie w Walencji w Królestwie Skarlandu, ale ostatecznie zapał wygasł nim podjęto pierwsze działania. A szkoda, bo wiele inicjatyw urozmaiciłyby niezmiernie życie w mikronacjach uczestniczących w tych projektach. Jeśli chodzi zaś o tworzenie federacji, nie należy na siłę łączyć państw, które niewiele ze sobą mają wspólnego i mają długą tradycję niezależności i suwerenności. Dla małych i młodych państw jest to jednak sposób, by nie zniknąć w odmętach historii nieudanych projektów, ale pozostawić po sobie coś trwałego – jak Dalmencja, Triland i Zongya pozostawiły po sobie Trizondal.

[O Autorze]

m_viktorjosigosMarkos Viktorjosigos –  obywatel Surmenii i Skarlandu. Następca surmeńskiego tronu. Król-małżonek Eleonory I Medycejskiej, królowej Skarlandu. W przeszłości związany również z Rotrią, gdzie w latach 2008-2010 dwukrotnie zasiadał na tronie patriarszym (jako Aleksander I i Hadrian I). Swoją przygodę z mikroświatem zaczął jako Paweł de Warnac – założył Dalmencję, obecnie część składową Trizondalu (2006).

Dodaj komentarz

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.



Copyright © 2012-2014 KURIER – Mikronacyjny Serwis Prasowy. All rights reserved.
Designed by Theme Junkie. Powered by WordPress.