Jesteś tutaj: Home // Idee i polemiki // Osobowość i osobliwość: przywództwo w epoce przejściowej

Osobowość i osobliwość: przywództwo w epoce przejściowej

Nie jest to lista najważniejszych osób polskiego mikroświata. Nie jest to również ranking. To galeria mocnych osobowości w świecie przeciętności. Zestawienie osobliwości w epoce zniżkujących standardów. Bohaterowie zebranych tu szkiców inspirują, mobilizują, podtrzymują ogień w piecu. Bywają katorżnikami i końmi pociągowymi. Wyznaczają trendy, wykuwają nowe idee i słowa-wytrychy. Wreszcie – są to twarze własnych społeczności. Są jednak kimś więcej niż nieformalnymi ambasadorami własnych ojczyzn. Ich prywatne osiągnięcia stają się sukcesami ich wspólnot; ich niepowodzenia ciągną na dno całe państwa. Kursują między granicami dwóch światów. Przynoszą wieści, szmuglują plotki. Są oknem na świat zewnętrzny, ale bywają również filtrami i cenzorami, gdy świadomie zniekształcają przekaz w celu wywołania określonego efektu.

Są tu zarówno wschodzące gwiazdy, jak i żegnający się z nami emeryci. Herosi uchwyceni w fazie larwalnej, ale i kilku półbogów, którzy okupują mikronacyjny Olimp. Ta lista mogłaby być dłuższa. Brakuje tu co najmniej kilku osób. Stanęło na dziesięciu. Po jednym z wybranego państwa. Wyjątek stanowi tu Sarmacja, która bez większego trudu mogłaby służyć osobną galerią. Zdecydowałem się na typy i symbole, pozostawiając na boku warianty tych samych melodii. Jednocześnie każdy z biogramów posłużył za pretekst do szerszej opowieści. W ten sposób powstało dziesięć osobnych szkiców na dziesięć zupełnie różnych tematów.

Alberto Guglielmo D’ORANGE-NASSAU (Rotria)

oranje_nassauJeszcze wczoraj – król Niderlandów. Obecnie – szef rotryjskiego rządu. Jutro – prawdopodobie kardynał i nowy patriarcha Kościoła, któremu w błyskawicznym tempie przybyło apostatów i zaprzysięgłych wrogów. Ci ostatni poczuli ostatnio „swąd Szatana” (cytat oryginalny). Równolegle ruszyło polowanie na „obojnaków” i „homoseksualistów” w szeregach rotryjskich duchownych (link).

Spokojny, cierpliwy, merytoryczny. Kilkanaście ostatnich miesięcy spędził na tronie Królestwa Zjednoczonych Niderlandów – sympatycznej mikronacji na wschodnich rubieżach polskiego mikroświata, gdzieś między Agurią a Białogórą, daleko od głównych arterii i szlaków politycznych. Obserwując jego obecną eksplozję w roli Wicekanclerza Kurii, nieodparcie nasuwa się wniosek, może niezupełnie uczciwy, że monsignore Alberto Guglielmo d’Orange-Nassau, czyli Albert Wilhelm Orański, do tej pory nudził się w przestronnym haskim Pałacu. Nawet gorzej: kisił się, marynował, peklował ducha. Nie miał zbyt wielu okazji do spektakularnych interwencji. Królowanie w kilkuosobowej mikronacji, dodatku w Epoce Schyłku, to zajęcie na ćwierć etatu. Tak musi wyglądać codzienna praca bramkarza w piłkarskiej lidze na Wyspach Owczych lub Islandii. Ważny mecz z silnym przeciwnikiem gra się tylko raz w roku – przy okazji przedbiegów w europejskich pucharach. Precyzyjna ocena niderlandzkiego monarchy jest o tyle utrudniona, że w tych kluczowych dla Królestwa meczach na boisko wybiegał jednak następca tronu – kroonprins Fryderyk Wilhelm.

Mimo więc sporego doświadczenia do ubiegłego tygodnia nie wiedzieliśmy zatem, na co właściwie stać króla seniora. Zagraniczny obserwator miał do dyspozycji kilka, może kilkanaście matowych przebłysków. Właściwy debiut Alberta Orańskiego ma zatem miejsce dopiero teraz. Trzeba uczciwie przyznać, że jest to debiut bardzo efektowny.

Przed Albertem Orańskim ciężkie zadanie. W pierwszej kolejności zmuszony będzie łagodzić ekstrawagancje swojego przełożonego, który chyba jeszcze nie doszlifował konwencji swojego pontyfikatu, a przynajmniej zaniedbał jego wizerunkowy aspekt. W wymiarze marketingowym jest to – póki co – mała katastrofa. List apostolski, w którym nowy patriarcha Klemens III, na co dzień przecież człowiek opanowany i wręcz hiperracjonalny, przypomina, że „nikt nie ma prawa podważać Naszej władzy, która od Boga Jedynego pochodzi”, zrobiła, najogólniej rzecz ujmując, fatalne wrażenie. Święty Paweł – świętym Pawłem, ale w warunkach narracji, jaką Państwo Kościelne Rotria samo sobie narzuciło w 2012 r. w formie uchwał Soboru Florenckiego, gdy formalnie usankcjonowano zasadę umowności całej zabawy i solennie zaniechano wszelkiej ewangelizacji, gdy, mówiąc wprost, zneutralizowano całą doktrynę katolicką, ograniczając się do walorów „wyłącznie edukacyjno-poznawczych” i propagowania „kultury chrześcijańskiej”, przyjęta dziś postawa nie znajduje żadnego oparcia. Reakcja była natychmiastowa. W Wiedniu okrzyknięto nowego patriarchę klownem. Odpowiedzią na posągowy styl tego pontyfikatu będzie brutalizacja dyskursu jego zaprzysięgłych przeciwników. W efekcie możemy spodziewać się dalszej erozji autorytetu urzędu patriarchy jako takiego, a więc  i następców Klemensa III. Jeśli zwierzchnik Kościoła Rotryjskiego szybko nie zmieni retoryki, podobne inwektywy pojawią się również poza Austro-Węgrami. A właściwie już się pojawiły.

Alternatywą będzie konsekwentne nawiązanie do modelu lansowanego w ostatnim czasie przez Tomasso Domenico Manciniego. Wobec faktycznego uwiądu kościoła lokalnego w głównych państwach konkordatowych – być może wkrótce nastąpi to również w Skarlandzie, dokąd wyemigrowała trójka rotryjskich męczenników- jedną z godnych rozważenia opcji wydaje się radykalny odwrót od Florencji. Dla obecnych elit Rotrii będzie to zagranie z gatunku va banque. Jeśli porozumienie z adwersarzami nie będzie możliwe, jedyną odpowiedzią na zarzut zerwania ciągłości władzy państwowej może okazać się polityka grubej kreski: oficjalne proklamowanie III Rotrii i zapoczątkowanie nowej epoki w dziejach państwa kościelnego. Wątpliwe jednak, by można było przeprowadzić tę operację bez czystki we własnych szeregach.

Być może na tym polegać będzie misja Alberto Guglielmo d’Orange-Nassau.

Norbert CATALAN (Skarland)

norbert_catalanGdy w połowie ubiegłego roku monarchowie Skarlandu i Agurii proklamowali powstanie Wspólnoty Korony Catalán, liderzy Nowego Kontynentu pukali się w czoło. „Mało kto traktuje poważnie Skarland” – pisał przed rokiem Malcher E. Naw z Wielkiej Polondii, która razem z Francją, Nordią i Rzeczpospolitą Obojga Narodów kładła wówczas fundamenty pod nową Radę Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa (link). W podobnym tonie o Skarlandzie wypowiadali się dyplomaci w Warszawie i Paryżu, narzekając na izolacjonizm i ekscentryzm skarlandzkich polityków. A właściwie – jednego polityka, bo też nikt nie miał wątpliwości, że faktycznym architektem skarlandzkiej polityki zagranicznej był Norbert Catalan. Drogi Skarlandu i państw Vaarlandu rozeszły się w połowie ubiegłego roku. Czas bezlitośnie zweryfikował zasadność obranych strategii. Na placu boju pozostał skarlandzki król senior. Po rywalach pozostała szara plama na mapie, którą Norbert Catalan z czystym sumieniem oznaczył właśnie jako „ziemie niczyje”.

Król senior Skarlandu. Polityk i publicysta znany z wyrazistych i kontrowersyjnych wypowiedzi. Bohater większości zgrzytów międzyrządowych w regionie. W trakcie ubiegłorocznego kryzysu sukcesyjnego niemal powszechnie uznany za wariata i personę non grata na dyplomatycznych salonach kontynentu. Przede wszystkim jednak – konsekwentny strateg, promotor ekspansywnej polityki Walencji, obrońca suwerennej podmiotowości monarchii Catalanów. Autor idei sojuszu z izolowaną wówczas Agurią. Ostatni Mohikanin w państwie zdominowanym przez zagranicznych kondotierów i kosmopolitów, którzy być może nadają dziś Królestwu formę – jak elegancka królowa z rodu Medyceuszy i jej akolici – ale najwyraźniej godzą się z faktem, że o istocie decyduje niezmordowany król senior, który, choć człowiek szorstki, po prostu nie zawodzi.

Bez Norberta Catalana nie byłoby dziś Skarlandu. Jeśli komukolwiek przypadnie obowiązek zgaszenia światała w Walencji – a ten moment zbliża się nieuchronnie – najpewnie będzie to stary Catalan.

Siergiusz ASKETIL (Sarmacja)

siergiuszSzef dyplomacji Księstwa Sarmacji.

Regularnie przypomina swoim rozmówcom poprawną pisownię terminu „Al Rajn”. Że bez myślnika, bo autochtoni są przewrażliwieni i łatwo się obrażają. Nie ma dziś już większego znaczenia, że wskutek kilku lat izolacji przeciętnemu polskiemu mikronaucie termin „Al Rajn” mówi niewiele więcej, niż nazwa egzotycznego kurortu na półwyspie Synaj. Wiadomo tyle, że istnieje. Wiadomo, że kotłują się tam jakieś organizmy. I że podobno jest ich sporo. A jeszcze kilka lat temu dla ówczesnego mandragora Wandystanu państwo sułtana było jednie siedliskiem, zacytuję z pamięci, „gówniarskiej dziczy” – w gronie mikronacyjnych dyplomatów nie znalazł się wówczas nikt, kto by próbował przekonywać, że jest inaczej. W ciągu pięciu ostatnich lat zmieniło się wszystko. „Popraw, to nie przystoi doświadczonemu politykowi”. To rytualne pouczenie weszło już do kanonu mikronacyjnej dyplomacji – regularnie przypominają o tym sobie zarówno w Hasselandzie, jak i w Bialenii. Na gruncie mikronacyjnej erystyki to w tej chwili już odrębny argument – nowa technika wytrącania przeciwnikowi broni poprzez kopniak z półobrotu. „Popraw, bo się obrażą”. Z tej litanii ojcowskich reprymend wyłania się frapujący obraz typowego obywatela Federacji Al Rajn: mężczyzny w turbanie, który siedzi przy ognisku i w gniewie żuje suchą kiełbasę. Nie interesuje go Boży świat – może za wyjątkiem Sambanu Zachodniego. Najważniejsze, by do jego uszu nie doszło, że gdzieś w Azymutii komuś coś się popieprzyło. Potęga państwa Sułtana Malika-al-Mulka – jej soft power – opiera się dziś właśnie na tym lęku przed myślnikiem i cudownie niedookreślonymi skutkami ewentualnej pomyłki.

Mimo spadających ostatnio na Asketila zarzutów ignorancji i imperialnej buty, to w tej chwili jeden z najbardziej kompetentnych mikronautów w sprawach międzynarodowych, wykazujący się na dodatek dużą dozą cierpliwości w dyskusjach z pstrokatym światem cudaków. Ci ostatni, zgodnie z zasadą Krugera-Dunninga, choć sami pobudowali się na bagnach i piasku, chętnie udzielają rad profesjonalnym architektom i geodetom (link). Dwójka bezpośrednich poprzedników Asketila w resorcie – Kawowy i Bryennios – również nie była w ciemię bita, ale nie otrzymała od Losu szansy, by się odpowiednio wykazać. Zostaje im okazjonalna szarpanina w komentarzach do komentarzy. Sarmacja, z małymi wyjątkami, miała na ogół szczęście do sterników swojej polityki zagranicznej, delegując na ten odcinek jednostki dobrze wykarmione i świadome własnych zadań. Dość wspomnieć Michaela von Lichtensteina i Piotra Kościńskiego, którzy swego czasu należeli do czołowych rozgrywających w skali całego mikroświata, choć każdy z nich reprezentował inną szkołę. Tę listę wypadałoby uzupełnić o barwne grono książąt, kanclerzy i urzędników drobniejszego szczebla, którzy również mieli okazję reprezentować Sarmację przy różnych okazjach: Karolinę von Lichtenstein czy choćby Roberta Czekańskiego, który swego czasu, jako podrzędny funkcjonariusz MSZ, napsuł Dreamlandczykom sporo krwi (gdzie te czasy, gdy poszczególne resorty miały swoich wiceministrów, radców stanu i palaczy w kotłowniach?). To wszystko wciąż jednak za mało, by uczynić dziś z Księstwo gracza konsekwentnie i stale obecnego w przestrzeni międzynarodowej. Gdzie się więc podziali Sarmaci? Z ironicznego dystansu obserwują świat, który toczy się pod ich nieobecność. Toczy się jednak donikąd, więc na salonach w Grodzisku koledzy Asketila spokojnie grają w remika i cierpliwie czekają na kolejny przydział  zupy w kantynie miejskiej.

Siergiusz Asketil swoją mikronacyjną karierę rozpoczął w Królestwie Dreamlandu, gdzie w ciągu kilkunastu miesięcy dynamicznej aktywności zdołał osiągnąć wszystko, co można było osiągnąć, nie narażając się na trwały uraz psychiczny. Pewności oczywiście nie mamy, Asketil osiąga bowiem kolejne poziomy wtajemniczenia w trudnej sztuce samodyscypliny i być może coś przed nami ukrywa. Jedno jest pewne. Szczęśliwie zdążył katapultować się do Sarmacji, zanim rozwinął się u niego specyficzny syndrom dreamlandzki, będącego kombinacją wypalenia, słowotoku i wyrzutów sumienia. W wymiarze ogólnym manewr ten przywodzi na myśl pasażera, który w samochodzie pędzącym na spotkanie z pociągiem przesiada się z przedniego fotela na tylny. Finał jest może nieunikniony, ale w Księstwie zabawa potrwa nieco dłużej.

Siergiusz Asketil przekroczył już swoją mikronacyjną „smugę cienia”. Jest jak Daniel Craig, którego zdjęcie służy mu obecnie jako awatar: dojrzalsza, bardziej złożona wersja Jamesa Bonda. Mimo zmiany barw wciąż posiada w Dreamlandzie swój fanklub. Zasłużył sobie na to pracą i lojalnym zaangażowaniem. Na boisku grał w ofensywie. Pamięć o takich zawodnikach na zawsze pozostaje żywa.

PIOTR II KONSTANTY (Aguria)

P2KPosągowy król Agurii. Kluczowa postać regionu Vaarlandu i Antyry. Właściwy człowiek na właściwym miejscu. Do niedawna gorliwy sympatyk i nieformalny protektor Kościoła rotryjskiego – mikronacyjnej emanacji rzymskiego katolicyzmu. Zgorszony ostatnimi wydarzeniami w Państwie Kościelnym, wydał akt powołujący do życia odrębny Kościół Aguriański. Polski mikroświat ma więc swojego Henryka VIII.

Jak czytamy w wydanym przed kilkoma dniami dokumencie, nowy Kościół Aguriański, jest organizacją „propagującą kulturę oraz wartości chrześcijańskie”. To niemal literalnie powtórzenie treści rotryjskiej Bulli Exsurge Domine. W istocie obie wspólnoty nie tylko stawiają przed sobą identyczny cel – obie zamierzają czerpać z tego samego źródła i przyjmują tę samą formułę działania, której punktem wyjścia stanowi minimalizm Soboru Florenckiego (patrz wyżej). O ile jednak przywykliśmy do rotryjskiego „monopolu” na „narrację watykańską” w warunkach mikrośwata i na ogół gładko przechodzimy do porządku dziennego nad ryzykownym patosem wypowiedzi „duchownych bez święceń kapłańskich”, Aguria, która dopiero buduje struktury, doktrynę i autorytet własnego Kościoła, znajduje się w ekstremalnie trudnej sytuacji. Aguiriański patriarcha, bez względnu na osobiste przymioty, operować będzie w warunkach postępującej inflacji mikronacyjnych związków wyznaniowych. Zadania nie ułatwia świeżo zainicjowana aktywność Brodryjskiego Kościoła Ekumenicznego, który uparcie aspiruje do rangi „poważnej” kontrpropozycji na religijnym rynku mikroświata: zorganizowana naprędce przez Filareta kanonizacja biskupa Piusa Marii Facibeniego, „krzewiciela kultury łacińskiej w krajach Pollinu”, to już wydarzenie z gatunku kabaretowych.

Jeśli Kościół Aguriański ma przed sobą jakąkolwiek przyszłość, to w trudnym do przeszacowania stopniu zależy to obecnie od autorytetu Piotra II Konstantego.

PREZERWATYW TRADYCJA RADZIECKI  (Wandystan)

prezerwatywJeśli do pomyślenia są ludzie-instytucje, to mikroświat wydał przynajmniej jednego człowieka-cywilizację. Jeden z ostatnich przedstawicieli Starego Pokolenia. Osamotniony tytan epoki wyskrobków. Polityk, performer, piłkarz. Do niedawna również kartograf. Mapami jego autorstwa – czyli słynnymi mapami O’Rhady – przez długi czas posługiwał się bez mała cały polski mikroświat.

Człowiek wielu twarzy. Przed blisko dekadą, jako Michał Radetzky, siał zgorszenie w Księstwie Sarmacji. Jako Michał O’Rhada pielęgnował Wolną Republikę Morvan, której dał kulturę unikatową w skali polskiego mikroświata. Jako Timoteos Stefanosigos wprowadził Surmenię w wiek dojrzałości i nadał jej republikańsko-lewicowe oblicze. Jako Prezerwatyw Tradycja Radziecki pozostaje filarem i twarzą Mandragoratu Wandystanu. Wreszcie, przez chwilę, spalał się jako Sekretarz Generalny OPM, na którą jednak dobrego pomysłu nie znalazł. Swego czasu wystąpił w obronie osaczonego Piotra Kościńskiego, co ustawiło go wówczas w kontrze do całej galaktyki.

Wygadany, oczytany, merytoryczny. Obficie czerpie z bogatego bagażu doświadczeń, na który składa się blisko dziesięć lat obecności w polskim mikroświecie. Skrzyżujmy Jerzego Urbana z Józefem Oleksym, naturalnie tym z okresu „brzytwy”, a otrzymamy twórcę mikronacyjnego „ruchu prezerwatywistycznego”(link). Na tym etapie, przy swoich przewagach i mentalności drapieżnika, mógłby już tylko niszczyć, gwałcić i zawstydzać. Dzieje się tak rzadko. Znacznie częściej – wyrozumiały dla rozmówcy, mentorski, niemalże ciepły. Żadnej nachalnej agitacji i prostowania maluczkich.

Trudno powiedzieć, na ile świadomie wykreował swój obecny image cynicznego i lekko zepsutego morświna. Prawdopodobnie to on w znacznej mierze zdeprawował Alojzego Pupkę, który w innym przypadku byłby, być może, znudzonym dandysem w stylu bohaterów powieści Alberto Moravii. A może było na odwrót? Już nie pamiętam. W wandejskim panteonie zajmuje miejsce szczególne. Niełatwo o status ekscentryka w społeczności, którą tworzyli i tworzą postaci tak złożone, jak Anarchia Napalm Perun, Defloriusz Dyman Wander, Abrocjusz Struszyński czy Max Zwell. Nie wiem, jak to się właściwie stało, ale ilekroć myślę dziś o typowym Wandejczyku, mam przed oczami starzejącego się wujka, któremu w trakcie rodzinnego przyjęcia w ogrodzie siada na kolanach dwunastoletnia siostrzenica, by po chwili wyczuć między udami pulsujące ciało obce. To schyłkowy Mickey Rourke w legginsach (link).

Na scenie międzynarodowej obecny już jedynie z doskoku, od święta i na ćwierć etatu. Konkurentów, którzy mobilizowaliby go do twórczego wysiłku na własnym podwórku, ma już niewielu. To zresztą znak rozpoznawczy wszystkich starych mikronacji, które nie wypracowały mechanizmu naturalnej reprodukcji elit. To już tylko wielkie, opustoszałe klatki z tuzinem brudnych kuwet. Na placu boju pozostał wyliniałe samce alfa, które ze smutkiem gapią się na stratowane trociny.

Prezerwatyw Tradycja Radziecki to chyba jedyny mikronauta, który doczekał się co najmniej kilku naśladowców. Naśladowców, powiedzmy sobie uczciwie, nieudolnych i cienkich jak włosy na dupie żaby. Nie wystarczy zgrywać luzaka i publicznie fantazjować o bukkake. W Surmenii, dziś już monarchicznej, wciąż utrzymuje się świecki kult „majora Stefanosigosa” – polityka, który pokazał, jak rzeczowo rozmawiać o sprawach państwa i jak – co za paradoks – poważnie traktować tę zabawę.

KONSTANTY JERZY MICHALSKI / MICHEL D’AGNOU (Bialenia)

dagnouMichał. Michel. Zawieszony między swojskością a cudzoziemskością.

Trochę nasz, trochę ich. W wolnych chwilach obywatel Sarmacji i Dreamlandu, które obserwuje z emocjonalnego dystansu, trochę na modłę antropologa kulturowego i korespondenta wojennego. Jeszcze w lipcu w specjalnej deklaracji w sprawie obywatelstwa mógł pochwalić się siedmioma paszportami. Stały bywalec mikronacyjnych salonów – czy raczej prowadzących tam korytarzy – obecny niemal na każdym liczącym się forum dyskusyjnym. Stale w podróży, z paszportem i walizką w dłoni. Tu skomentuje, tam odpowie; tu zaczepia, tam się broni. W świecie starszych mikronacji – na ogół elegancki, zdyscyplinowany, niemal uniżony. W nordackim piekiełku, gdzie rozdaje karty – niejednokrotnie arogancki, sarkastyczny, syty basior. W mikroświecie obecny od wczesnych godzin porannych do późnego wieczora. Nie weźmie urlopu, o ile w bezpośrednim sąsiedztwie nie dojdzie do eksplozji jądrowej i uwlonienia impulsu elektromagnetycznego, który usmaży mu komputer.

Jedna z twarzy Nordaty. Niektórych uważają, że ta brzydsza – z czym się nie zgadzam – bo i Nordata postrzegana jest jako szpetniejsza siostra sąsiadów. Byłaby jeszcze szpetniejsza, gdyby nie obecność cierpliwego Krzysztofa Razorblade’a, który swoją metrykalną dojrzałością ratuje lokalną wspólnotę przed kompletną atomizacją. Rolę społecznego lepiszcza odgrywa również nasz Konstanty J. Michalski.

W tej chwili monsieur Michalski to główny kandydat do urzędu prezydenta Republiki Bialeńskiej, państwa, na którym ciąży fatalna reputacja matecznika mikronacyjnej masonerii. W XVIII i XIX wieku loże masońskie szczyciły się obecnością monarchów (Fryderyk II Wielki, Stanisław August Poniatowski), polityków (G. Waszyngton, B. Franklin), ludzi kultury i nauki, a nawet biskupów. W mikroświecie masoneria stała się – niestety –  domeną wyskrobków z nadmiarem wolnego czasu. Wulgarnych, nielojalnych, prosięcych. Kto miał w ostatnim czasie okazję czytać anonimowe artykuły o przygodach „facizjeba”, kto obserwuje obecne przepychanki na micropedii i wysyp plotek o „obojnactwie” i homoseksualizmie rotryjskich duchownych, ten wie, na czym może polegać masońska walka z „katotalibanem”.

Kosmopolita i strateg, który chciałby opracować mikronacyjną teorię wszystkiego, budując kolejne przeciwwagi, platformy i globalne bastiony. Przedstawiciel dogasającej ideologii mikronacyjnego internacjonalizmu, która przez chwilę brawurowo torowała sobie drogę w polskim mikroświecie – a przynajmniej w jego części – by ostatecznie rozbić sobie głowę o ścianę plemiennego egoizmu sąsiadów. „Internacjonaliści polskiego mikroświata nie posiadają v-ojczyzn, gdyż uważają się za typowych kosmopolitów” – czytamy hasło w micropedii, być może autorstwa samego Michalskiego. „Organizacja internacjonalistów przypomina organizację masońską, są przeciwnikami Państwa Kościelnego, tylko najwyżsi wtajemniczeniem posiadają wiedzę nt. członków i zamiarów internacjonalistów”. Jeśli wierzyć autorowi hasła – na szczęście nie ma potrzeby mu wierzyć – „do organizacji internacjonalistycznej należy ok. 50 osób, którzy sprawują najwyższe urzędy we większości polskich mikronacji”.

Gdzie znajduje się w tej chwili Konstanty J. Michalski? Prawdopodobnie – w rozkroku. Po euforycznej fazie manii, przyszedł moment, w którym należy pociągnąć za lejce i przemyśleć taktykę, by nie wystrzelać się z kapiszonów i nie znaleźć w sytuacji, w której jedynym rozwiązaniem będzie zmiana nazwiska. Zaletą Michalskiego jest ciekawość świata, otwarty umysł i elastyczność. Obserwuje, czyta, analizuje, wyciąga wnioski. Chłonie nową wiedzę jak gąbka, gromadzi fakty, zapełnia teczki. Ta kartoteka przyda się w przyszłości, w której będzie odgrywał dużą rolę. W tej chwili wciąż terminuje, ale za rok lub dwa, o ile do to tego czasu zupełnie się nie wypali, będzie zawodnikiem wagi ciężkiej.

EDDARD NOQTERN (Hasseland)

noqternKapitan piechoty, początkujący dyplomata i dumny baron Królestwa Hasselandu. Główny organizator niedawnego szczytu w Angemont. W krótkim czasie stał się jedną z dwóch twarzy Królestwa – tą drugą tradycyjnie pozostaje doświadczony Piotr diuk Kościński.

Na naszej liście to najmłodszy stażem mikronauta. Skromne doświadczenie bywa jednak atutem – tak jest w tym przypadku. Współczesny mikroświat pełen jest cyników i zblazowanych emerytów, którzy hołdują postmodernistycznej zasadzie, że „wszystko już było”. Baron Noqtern wnosi entuzjazm, pogodę ducha i odświeżającą naiwność – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Bez tej ostatniej niepodobna byłoby dziś w ogóle porywać się na organizację jakiejkolwiek imprezy międzynarodowej. W tym sensie Noqtern uosabia wszystko to, co najlepsze w najmłodszej generacji polskich mikronautów – w dużym stopniu symbolizuje rozproszone wysiłki podejmowane przez pokrewne mu dusze w rodzaju generalloeytnanta Johannesa Konigsegga z Nordii i marszałka Krzysztofa Razorblade’a z Bialenii – choć akurat ten metrykalnie należy do pokolenia dużo starszego.

Jeszcze w czerwcu nic nie zapowiadało takiego obrotu rzeczy. Dyplomatycznym debiutem Eddarda Noqterna było pamiętne wystąpienie w hasselandzkim Kongresie, gdy w trakcie żywiołowej dyskusji na temat ewentualnej unii z Księstwem Sarmacji młody wojak przyjął heroikomiczną pozę Rejtana, nawołując do budowy „potężnego Hasselandu” i „największego państwa w wirtualnym świecie”. W kilku płomiennych przemowach przekonywał, że to raczej Sarmacja winna aspirować do statusu prowincji Hasselandu. Argument, po jaki wówczas sięgnął, z miejsca zyskał status mikronacyjnej anegdoty, która chyba zresztą nieźle obrazuje ambicje wszystkich młodych lejtnantów polskiego mikroświata: „W maju liczba obywateli wzrosła o 50% (z 2 na 3) i jeżeli utrzymamy takie tempo, to w grudniu będziemy mieli ich 35”.

Czy był to żart rzucony w debacie z bardziej doświadczonymi partnerami, czy może tylko szczera refleksja poirytowanego patrioty, który czuł, że jego śmiała wizja podboju międzygalaktycznych przestrzeni zależy od tego, czy zdoła tchnąć w swoich chwiejnych rodaków ducha Flesha Gordona? W tej chwili to już bez znaczenia. Cztery miesiące temu wszyscy pukali się w czoło i masowo szturmowali galerię widokową hasselandziego Senatu, by zobaczyć w akcji dzielnego oficera, któremu absolutnie wszystko się pokręciło. Nawet poczciwy król Hasselandu zmuszony był przywołać swego dzielnego paladyna do porządku, gdy ten zwrócił się do księcia Sarmacji z serdeczną radą: „Panie Hugo, z tego co wiem Sarmacja ma około 20 aktywnych mieszkańców – Hasseland będzie miał tyle już wkrótce. A skoro wy proponujecie nam dołączenie do was jako prowincji, to czemu by nie odwrotnie?”.

Było – minęło. Pozostanie legenda Eddarda Noqterna – ostatniej reduty oporu przed sarmackim „imperializmem”. W międzyczasie przyszedł awans i nowy etat w administracji państwa. Kapitan Noqtern okrzepł, umył twarz i trzeźwiejszym już wzrokiem zaczął rozglądać się po okolicy. Październikowy Szczyt w Angemont, o którym będzie jeszcze okazja opowiedzić w innym miejscu, był może niewielkim krokiem dla ludzkości, ale wielkim skokiem dla samego barona Noqterna, który zdołał ściągnąć do stolicy Hasselandu śmietankę mikronacyjnej dyplomacji by wspólnie radzić nad „promocją i rozwojem”.

Noqtern ma przed sobą przyszłość i wiele wskazuje, że będzie to dobra przyszłość. Skromny, bezpretensjonalny, głodny nowych wrażeń, coraz chętniej wizytujący zagraniczne fora dyskusyjne, monitorujący międzynarodową prasę. Jeśli utrzyma kurs, w ciągu kilku najbliższych miesięcy powinien wywalczyć status jednego z kilku głównych rozgrywających Orientyki. Jedno jest pewne. Hasseland będzie miał z niego duży pożytek.

MARKOS VIKTORJOSIGOS (Surmenia)

m_viktorjosigosNastępca surmeńskiego tronu, król małżonek (rey consorte) Królowej Skarlandu, interrex Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Król w talii kart na Orientyce i as w gronie polityków Vaarlandu. Ma w tej chwili niebagatelny wpływ na losy trzech polskich mikronacji, co jest już sporym osiągnięciem.

Jedni wolą słońce, puebla, oliwki i sznyt śródziemnomorski, inni preferują egzystować w klimatach rodem z obrazów Caspara Davida Friedricha i nie mają nic przeciwko, że im dupa marznie. Markos Viktorjosigos ewidentnie nie lubi. Typ jasny, słoneczny i klarowny jak południowe niebo.

Lider. Na listę trafia jako typ klasyczny. Gładki, elegancki i odpowiedzialny. Buduje okrągłe zdania, przecinki stawia we właściwym miejscu. Nie komplikuje spraw ponad potrzebę. Wzbudza zaufanie. Jego sygnatura nie zawiera wielopiętrowych choinek, od jakich iskrzą się podpisy rotryjskich duchownych, czy pretensjonalnych nonsensów znanych z podpisów sarmackich. „Książę na Kiejdanach”. W zupełności wystarczy.

Służy pomocą i fachową radą, wypełnia luki i dziury, uprząta gruz i usuwa truchła tych, którzy zawiedli. Bez jego obecnej interwencji Rzeczpospolita Obojga Narodów, która właśnie wybiera sobie nowego króla, znalazłaby się w rozpaczliwie trudnym położeniu. Jako interrex nie uchroni państwa przez prawdopodobnym wyniesieniem na tron parweniusza znikąd, ale przynajmniej sprawi, że poczucie regresu i ogólnego rozprężenia zostanie poważnie odroczone. Analogiczną rolę pełni w Surmenii, gdzie pozostaje filarem monarchii i nieocenionym wsparciem dla panującego. Nieco gorzej spisał się w Skarlandzie, gdzie, mimo efektownego debiutu, ostatecznie oklapł, przygasł, dał się zamknąć w szafie. Właśnie rozstał się ze stanowiskiem szefa cesarskiej dyplomacji, choć jego wpłw na kurs skarlandzkiej polityki już od dłuższego czasu pozostawał minimalny. Być może zresztą to sam rey consorte postanowił zamknąć jeden z frontów i skupić się na bardziej perspektywicznych rynkach.

To jednak wyjątek od trendu. Akcje Viktorjosigosa konsekwentnie idą w górę.

DANIEL VON WITT  (Dreamland)

wittPremier Rządu Królewskiego. Dreamlandczyk z pasji i powołania. Autor nowych map polskiego mikroświata i inicjator Mikronacyjnego Forum Kartograficznego. Człowiek konserwatywnego liberalizmu. W tej chwili to prawdopodobnie jeden z zaledwie kilku polskich mikronautów, którzy w swoich bieżących zatrudnieniach w kraju i działaniach na arenie międzynarodowej kierują się przemyślaną wizją. Optymista. Dżentelmen.

Współczesny Dreamland przypomina krajobraz ze Stalkera. Było tu kiedyś imponujące miasto – o czym przypominają wszechobecne ruiny i ślady dawnych instalacji – ale w tej chwili to już tylko piękna pieśń z coraz odleglejszej przeszłości. W zawaliskach i grotach skalnych siedzą jeszcze jacyś ludzie i nerwowo wtykają sobie do ust czerstwe precle. Przypuszcza się, że przez Miasto przeszedł kiedyś Turek lub Hun z wielotysięczną armią. Wybrał wszystkie kobiety, wyciął w pień inżynierów i potłukł garnki. A może spadła wielka bomba? To rzecz drugorzędna. Przy życiu pozostała garstka obdartusów, którzy w świetle lamp naftowych prowadzą spór o kształt nowej konstytucji. Jeden do drugiego zwraca się per „Wasza Ekscelencjo” i wykonuje ten charakterystyczny ruch dłonią, którym jeszcze niedawno wzajemnie pozdrawiano się, ilekroć chciano zamarkować gest zdejmowania nieobecnego okrycia głowy.

Witt pojawił się w Dreamlandzie późno. Już po apokalipsie. Trudno powiedzieć, co konkretnie sprawiło, że zdecydował się tu pozostać. Być może ogrom syzyfowej pracy i atmosfera ostatniej krzątaniny na Titanicu. W jednym ze swoich niedawnych artykułów wymienił dziesięć synonimów współczesnego Dreamlandu (link). W tej dziesiątce, co znamienne, obok dwóch lub trzech określeń neutralnych (portal, państwo wirtualne i wspólnta), całą resztę stanowiły skojarzenia raczej negatywne. Czym zatem jest dzisiejszy Dreamland według redaktora Witta? Muzeum? Postmocarstwem? Betonem? A może już tylko „gejlandem” i krajem zaludnionym przez wycofanych „idiotów”?

W swoich diagnozach Witt balansuje na granicy odrzucenia i apologii. „Dreamlandu nie można często zwiedzać jak typowego muzeum – powiada redaktor Mercuriusa – „gdyż, wydaje się, zbyt wiele eksponatów wciąż chce żyć”. Nie brzmi to może jak wezwanie do eutanazji, nie jest to jednak również apel na zbiórkę.

W mojej prywatnej typologii polskich mikronautów Daniel von Witt okupuje szufladkę z etykietką: „dyrektor cyrku”. Człowiek niespożytej energii; tytan pracy, któremu nie zdarzyło się dotąd narzekać na nadmiar obowiązków. Społecznik, organizator życia publicznego, wydawca, żołnierz, ekonomista, strateg polityczny, planista i kustosz narodowego panteonu. Witt to setki „roboczogodzin” na wszystkich obszarach aktywności państwowej. Witt to w tej chwili Dreamland.

ANDRZEJ SWARZEWSKI  (Brodria)

swarzewskiIdeolog. Kaznodzieja. Państwowiec. Autor ciekawej pracy o katechoniczności w warunkach mikronacji (link). Aktualnie w rozkroku między Bialenią – którą na chwilę porzucił wskutek zgrzytu towarzyskiego – a słabnącą Brodrią, gdzie od kilku tygodni pełni urząd prezydenta.

Początki miał raczej nieświetne, ale w tej chwili to jeden z najbardziej łebskich mikronautów młodego pokolenia. W Sarmacji, gdzie w 2010 r. stawiał pierwsze, dość jeszcze niezdarne kroki i zdobywał szlify polityczne, do dzisiaj uchodzi za „ideologa skrajnej prawicy”, co jest oczywistym nieporozumieniem. Gdyby w osobie Andrzeja Swarzewskiego szukać – jak to się czasem niemądrze robi – analogii na gruncie publicystyki politycznej świata realnego, wypadałoby wskazać na skrzyżowanie Bronisława Łagowskiego i Adama Wielomskiego. Z tego pierwszego bierze sympatię do Jaruzelskiego i szeroko pojętego realizmu politycznego, z drugiego – uleczalne, mam nadzieję, aberracje wielomszczyzny i wizję polityki jako przestrzeni aktywności katechona (z greki – „tego, który powstrzymuje”; przed Antychrystem, przed Upadkiem, etc., etc.), co wyłożył niedawno w swojej błyskotliwym artykule. Gdyby przyszło mu publikować w obiegu publicystycznym III RP, zaszufladkowany zostałby jako przedstawiciel endokomuny.

Przez ostatnie cztery lata rozbijał się w Sarmacji i Bialenii, stopień po stopniu schodząc po cywilizacyjnej drabinie mikroświata, by ostatecznie porzucić nieźle rokującą Bialenię i zasilić grono politruków Federacji Brodryjskiej – państwa widmowego i magmowego, boleśnie zdewastowanego przez klony i outsiderów z Nordaty. Po kolejnej awarii Brodria właśnie przeniosła się na nowe– chyba już trzecie w tym roku – forum. To właśnie tutaj, jak czytamy na łamach micropedii, przez kilka miesięcy poczciwy Pius Maria Facibeni, świeżo wyniesiony na ołtarze kościoła ekumenicznego, „krzewił kulturę łacińską”. Na gruncie ustroju, symbolu, języka i toponimiki nowa ojczyzna Swarzewskiego uparcie naśladuje Rosję – mamy więc Grutina, Chruszczenkę, Tyroszenko, a nawet Dostojewskiego, jest stołeczny Greml, Plac Pomarańczowy, dwugłowy orzeł carski, jakaś namiastka Cerkwi, patriarcha Filaret i terytorium z grubsza odpowiadające granicom dawnego Imperium Rosyjskiego. W roli awatarów – zdjęcia polityków, którym przeciętny człowiek często ma ochotę dać z twarz. A wszystko wykoślawione, ledwie maźnięte, przefiltrowane przez globalną popkulturę i język angielski (Julia Tiroshenko?). Cała siermiężność i pokraczność Rosji, utrwalona w jej zachodnim obrazie medialnym – została tu w osobliwy sposób zwielokrotniona. Końcowy efekt stanowi z konieczności ponury żart z kultury rosyjskiej.  Co w tym wszystkim robi Andrzej Swarzewski? Choruje. Choruje i czeka na lepsze dni.

Brodria jest potrzebna na Nordacie, choćby jako przeciwwaga i alternatywa dla Bialenii, ale brakuje tu głębszej refleksji nad narracją kulturową. Zadanie dla człowieka z głową na karku.

KAROLINA VON LICHTENSTEIN  (Sarmacja)

karolajnKanclerz Księstwa Sarmacji.

Ktoś kiedyś pokusił się o porównanie Diuczessy do Margaret Thatcher. To kiepski trop. Jeśli definicja „przywódcy” wykuwana jest w walce o miejsce w wąskim gronie decyzyjnym i mierzona skutecznością na tym gruncie, Karolina von Lichtenstein w tej walce nie brała i nie bierze udziału. Jej nazwisko w przestrzeni międzynarodowej nie skruszy dziś żadnych murów i nie otworzy żadnych bram. Nie spotkamy jej na żadnym „szczycie” czy „kongresie”. Nie zobaczymy, jak interweniuje na zagranicznych forach dyskusyjnych i z całą pewnością nie ma ryzyka, że spadnie w środku dyskusji jak grom z jasnego nieba, by ciosem z aren muay thai wgnieść rozmówcom czaszki i rozstrzygnąć spór na swoją korzyść.

Niepodobna jednak wyobrazić sobie bez niej współczesnej Sarmacji- tej matki polskich mikronacji, z której cycka od lat korzystają różni Napoleonowie mikronacyjnego planktonu. Ślady wpływu Karoliny von Lichtenstein widoczne są w Księstwie niemal na każdym kroku. W tym sensie postawa Diuczessy stanowi ogólną ilustrację kondycji polskiego mikroświata – w jednakowym stopniu świadczy o dokuczliwej absencji kobiet w przestrzeni publicznej, jak i o ich dyskretnej i pożądanej obecności. Rzecz nie w tym, że bez kobiet życie w mikroświecie byłoby frustrujące czy zgoła nieznośne. Ono jest frustrujące również z kobietami. Bez nich jednak byłoby mało inteligentne i nieskomplikowane jak wybieg dla lemura. A to już najniższy krąg piekła. Jeśli inteligencja może być seksowna, to taką właśnie jest Karolina von Lichtenstein.

Nieobecność kobiet jest dostatecznym sygnałem, że dana mikronacja osiągneła już pułap, poniżej którego oczekiwać już można tylko śmierci mózgowej. Są sejsmografem społecznej tektoniki. Znikają wraz z postępującą inwolucją państwa – obserwujemy, jak padają poszczególne podzespoły systemu, od gospodarki po kulturę. Kobiety tradycyjnie ogniskują swoją aktywność na tym ostatnim polu. Galerie, muzea, prasa, literatura, konkursy i konwersacje celebrowane na kanałach dyskusyjnych – to ich środowisko naturalne. Jeśli spotkamy je w innym miejscu, miewamy nieraz wrażenie, że widzimy stepującego tetrapoda.

Oczywiście na „kulturze”, jakkolwiek rozumianej, mikroświat się nie kończy. W świecie zadzierzystego męskiego chamstwa – którego urok doceniam – z powodzeniem można wegetować przez całe miesiące i lata. Na dobrą sprawę Paweł Zanik również był „człowiekiem kultury”, ale tej pojmowanej na męski, zero-jedynkowy, samczo-agonalny sposób. Tutaj właściwą przestrzenią była walka – i takie jest zresztą etymologiczne pochodzenie słowa agon. U Zanika z każdą kolejną spacją i enterem ktoś musiał umrzeć, a przynajmniej uznać swoją podrzędność, pogodzić się ze statusem „geja” lub „gada” (jedna z jego ulubionych inwektyw). Wynurzenia Zanika to, rzecz jasna, tylko jeden z biegunów skali, na której mieści się cały szereg postaw pośrednich i stonowanych, ostatecznie tonących w zupełnej niemal pluszowości.

Na łamach Encyklopedii Wandejskiej znajdziemy osobliwe zdjęcie Karoliny von Lichtenstein: diuczessa przyssała się do czegoś, co może być butelką białego wina (link). Krótki komentarz informuje czytelnika, że na zdjęciu widzimy „monarchofaszystkę i kapitalistkę”. Właśnie o taki monarchofaszyzm walczyliśmy w Dreamlandzie. Nie udało się.

Co dalej? Wspominałem już o śmierci mózgowej?

(Jacques de Brolle)

6 komentarzy do " Osobowość i osobliwość: przywództwo w epoce przejściowej "

  1. Bardzo dziękuję autorowi za wspaniałe zdjęcia Mickeya Rourka, które dołączą do grona niezapomnianych, mojego fapfolderu i – prawodpodobnie – na pulpit komputera osobistego. Biorąc pod uwagę, że w artykule tym zostałem porównany do zepsutego morświna, tylko te zdjęcia bronią autora przed trafieniem na długie wakacje i reedukację w Engels III. [A mógł zabić]

  2. alojzy napisał(a):

    To ja nie jestem jak z Moravii?!
    :(((((((((((((((((((((((

  3. K. J. M. napisał(a):

    W ramach wyjaśnienia, nie ja napisałem tenże artykuł na micropedii, ani nie jestem zamieszany w te wojenki o homoseksualizm pewnych biskupów Rotryjskich, z którymi dotrzymuje o dziwo dosyć przyjazne kontakty (poza pewnym osobnikiem).

  4. Trizondalczyk napisał(a):

    Ciekawy artykuł. Przyznam się szczerze po raz pierwszy trochę wstyd mi jako Trizondalczykowi, że mój v-kraj upadł tak nisko i nie ma przywódcy, który tak jak kiedyś odgrywa chociaż niewielką rolę w polityce międzynarodowej. Wierzę jednak w przebudzenie swoich rodaków. Pozdrawiam.

  5. Swarzewski napisał(a):

    Ciekawy artykuł. Nie ze wszystkimi stwierdzeniami się zgadzam, jednakże niewątpliwie interesujący. Przeczytałem z chęcią. ;)

  6. Dojechałem dopiero do tekstu o Siergiuszu, a już mam niemożliwą ochotę zarzucenia szowinizmem:
    Niech sobie Państwo z Al-Rajn pilnuje kóz, anie języka polskiego. http://www.rjp.pan.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=87:zapis-nazw-arabskich-typu-qal-kaidaq-qal-daziraq&catid=43:uchway-ortog

Dodaj komentarz

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.



Copyright © 2012-2014 KURIER – Mikronacyjny Serwis Prasowy. All rights reserved.
Designed by Theme Junkie. Powered by WordPress.