Jesteś tutaj: Home // Idee i polemiki // Być jak Słomagrom, zabijać jak Sarmacja, umierać jak Scholandia

Być jak Słomagrom, zabijać jak Sarmacja, umierać jak Scholandia

dobre pałowanie nie jest złeKsięstwo Sarmacji dokonało reorientacji taktyki negocjacyjnej w sporze o Awarę. Salomonowym rozwiązaniem okazało się uznanie drugiej strony za „martwą”. Na mocy przyjętej w niedzielę uchwały sarmacka Rada Ministrów dokonała aktualizacji wykazu państw uznawanych przez Księstwo. Z listy usunięto Scholandię, której terytorium arbitralnie uznano w Grodzisku za „ziemie niczyje”. W ten osobliwy sposób władze Księstwa „legitymizują” własną interwencję na wyspie, dokąd kierują „delegację pod eskortą Książęcych Sił Zbrojnych”. Płynąca stąd nauka jest niebanalna: każde państwo w dowolnej chwili może uznać niewygodnego sąsiada za „ziemię niczyją” na podstawie dowolnie skonstruowanej listy kryteriów, przy okazji delegując tam własnych żołnierzy i kolonistów. Idee mają konsekwencje. Nieoczekiwany zwrot w sporze o Awarę rodzi pytania ogólniejszej natury.

Nie oddam, bo nie oddam

Przyjęta w niedzielę uchwała zapowiada radykalną zmianę dotychczasowej taktyki, której jedynym widocznym owocem jest dziś brutalizacja dyskursu i nowa zimna wojna w najstarszej części polskiego mikroświata. Grodzisk rozpoczął negocjacje w sprawie południowej Awary od kroku, który w tego rodzaju sytuacjach następuje jako ostatni: od groźby użycia siły zbrojnej. W efekcie już na starcie zamknął sobie większość zdroworozsądkowych furtek rozwiązania sporu z apatyczną Scholandią, która z dnia na dzień została postawiona pod ścianą i w konieczności dłubania w zakurzonych archiwach. Postawa cokolwiek zaskakująca, biorąc pod uwagę fakt, że Sarmaci w pełni kontrolowali sytuację: sami zdecydowali, czy, kiedy i w jakich warunkach wyciągnąć trupa z szafy. W tej chwili obserwujemy kłopotliwą dla obu stron grę o sumie zerowej: sukces jednej ze stron oznaczać będzie pełną klapę drugiej. W tym wypadku – upokorzenie i utratę twarzy.

Optymalną strategią obronną jest w tym przypadku wyniosła bierność. „Mam, ale nie oddam” – odpowiadają w Scholopolis. Nowa uchwała sarmackiej Rady Ministrów, sama w sobie będąca aktem desperacji, jedynie pogłębia wrażenie impasu, nie dając Księstwu żadnych nowych narzędzi. Wycofując uznanie państwa, Sarmaci rozkładają dziś ręce w geście bezradności. Mimo jadowitych komentarzy na forum i pozornie triumfalistycznego tonu, problem pozostaje nietknięty.

Więc sami weźmiemy

Zupełnie niepotrzebnie zawracaliśmy sobie głowę budowaniem poprawnych relacji z innymi państwami. Pomijając banalne prawdy o tym, że konflikt nakręca aktywność, to żadne dyplomatyczne działania KS nie spotkały się z takim oddźwiękiem, jak te, kiedy bezpardonowo i z użyciem armii odzyskujemy to, co się należy Baridajczykom. Trzeba się poważnie zastanowić, czy to nie powinna być nasza linia polityczna na najbliższe miesiące – przekonuje na forum Księstwa Młynek Kawowy.

Tradycyjnie merytoryczny Kawowy to jednak gołąb wśród Sarmatów w jakikolwiek sposób zainteresowanych tematem. Nawet jeśli wypowiada uwagi zaskakujące, to wciąż jest to tylko forumowa publicystyka świadoma gatunkowych ograniczeń. Jako przybysz z Eskwilinii, sam jest reprezentantem tego egzotycznego świata, na który Sarmaci spoglądają czasem z pozycji dyrektora ogrodu zoologicznego. W Księstwie dominują dziś jednak jastrzębie, dla których aktualna postawa Rady Ministrów nie wymaga, jako oczywista oczywistość, dodatkowej wykładni. „Brutalne, ale prawdziwe prawo dżungli – silniejszy wygrywa i zgarnia najwięcej. Proste” – puentuje Rattus Norvegicus-Chojnacki. „Trudno układać się z kimś kto nie istnieje” – ogłosił na sarmackim forum Mikołaj Torped, tłumacząc postawę Grodziska wobec Scholandii. A skoro nie istnieje – można brać. „Korzystając z okazji pragnę zwrócić uwagę, że wraz z upadkiem byłego Królestwa Scholandii na kontynencie zrobiło się mnóstwo ziemi niczyjej. Nie można jej taka bez protektoratu zostawić?” – dodaje w innym miejscu. Wciąż jednak daleko tu do furiackich tyrad Ignacego Chojnackiego-Ferskiego, który na dreamlandzkim forum nakazuje premierowi włożenie „mordy do kubła”.

Odrębna planeta

Sarmacja zamyka się dziś w obrębie narracji produkowanej na potrzeby własnych obywateli, którzy stanowią dla Grodziska jedyne i wystarczające audytorium. W tym sensie Księstwo stanowi dziś odrębną i samowystarczalną planetę – sporadyczne przebłyski ze świata zewnętrznego dostarczają Sarmatom niemal wyłącznie taniej rozrywki, z marszu stając się przedmiotem kpiny i forumowej rąbanki. Sygnały z zewnątrz docierają na sarmackie forum po odpowiedniej selekcji, na ogół ukazując resztę świata jako chaotyczne usypisko cegieł i przypadkowych elementów, smutne płaskoziemie zaludniane przez prostolinijnych cymbałów, którzy przewracają się o własne nogi i dyszą z nienawiści do Księstwa i jego niedościgłych standardów. Demografia również zrobiła swoje. W rywalizacji z Sarmacją „reszta świata” oddaje dziś mecz walkowerem. Zatomizowana społeczność międzynarodowa – o ile to pojęcie cokolwiek w tej chwili znaczy – znajduje się dziś w głębokiej defensywie, gdzie najpewniej trwać będzie w pasywnym uporze, tulą do piersi swoje małe piksele i znikające fora.

Sarmacka deklaracja przejęcia i zagospodarowania fragmentu terytorium sąsiedniego państwa – które jako jedyna uznała za ziemię niczyją  – to precedens w historii polskiego mikroświata, który wobec nieobecności obowiązujących norm prawa międzynarodowego i kompletnego zaniku standardów wchodzi w fazę zdziczenia obyczajów. W tych warunkach izolowane punkty biernego oporu nie mają szans na nawiązanie równorzędnej walki: jedynym argumentem staje się liczba forumowych szabel. Wraz z upadkiem wewnętrznie zwichrowanej OPM zakończyła się pewna epoka, w której skonfliktowane strony przynajmniej w teorii miały możliwość odwołania się do wyższej instancji. W nowym roku sporadyczne głosy potępienia coraz częściej przywodzić będą na myśl pojękiwanie starca, który zauważył krew w porannym stolcu.

Wyślijmy zdjęcia czołgów

W sierpniu 2007 r. Republika Słomagromu zdetonowała bombę atomową. Wydarzenie odbiło się głośnym echem w polskim mikroświecie i mimo lawiny złośliwych komentarzy znalazło później naśladowców w postaci Wolnej Republika Komkolzgradu, Sułtanatu Al Rajn i kilku innych państw, których władze poczuły w sobie raptowny przypływ mocy Thora. Na podobnym gruncie opiera dziś swoją narrację Księstwo Sarmacji, które w ubiegłym tygodniu poderwało na nogi własne siły zbrojne, wyrażając gotowość do spontanicznego zalania forum „nieistniejącego” Królestwa Scholandii zdjęciami czołgów, samolotów i okrętów podwodnych „klasy Ohio”, wyposażonych w wyrzutnię „pocisków Trident II D-5 wraz z głowicami termojądrowymi”. Galeria efektownych zdjęć, choćby nawet z bombami wodorowymi wielkości menhirów, to wciąż jednak za mało, by przekonać rozmówców w Scholopolis do dokonania stosownej korekty wspólnych granic. Dla kartografów spoza Sarmacji to również nie będzie argument.

Poza tym, powiedzmy sobie otwarcie, dobra bomba wodorowa nie jest zła. Zrzucić zawsze można. Pomóc – nie pomoże, ale również nie zaszkodzi. „Co nam zrobią myśliwce i KSZ, gdy zaatakowali nas twórcy wielometrowych mechów bojowych, świetnej broni biologicznej i mutantów-kurdupli” – pyta ktoś na forum Bialenii, przypominając wakacyjny konflikt ze Zjednoczonym Socjalistycznym Królestwem Hirshbergii i Weerlandu. „Wysłać czołgi! Pierdolnąć im z atoma” – zauważył ktoś w Al Rajn. Co prawda w zupełnie innym kontekście, ale poezja zawsze pozostanie poezją. Atom – to brzmi dumnie, choć „mutant-kurdupel” też działa na wyobraźnię. Oba zdecydowanie warto posiadać w narodowym arsenale. Słomagrom i Komkolzgrad pokazały, że należy mierzyć wysoko.

Mikronacje w dobie kwejka

Spór międzypaństwowy w warunkach mikronacyjnych w swej najbardziej spolaryzowanej formie przyjmuje postać forumowej pyskówki, w której czynnikiem rozstrzygającym jest liczba lojalnych krzykaczy. Gdy bezsilni dyplomaci wychodzą na papierosa, sprawa rozstrzygana jest na klatce schodowej. Sarmaci są dziś w stanie zarzucić czapkami każdego przeciwnika, który pochopnie podniesie rzuconą rękawicę. Mimo dyscyplinujących gestów ze strony centrali, która stara się zachować przynajmniej pozory uprzejmości, sarmackie forum dyskusyjne, podobnie jak przestrzeń komentarzy pod artykułami prasowymi, w razie potrzeby przepoczwarza się w całodobową lożę szyderców. To właśnie tam odbija się nerki maluczkim tego świata, którzy nie mają szans w starciu z blisko dwudziestoosobową masą polemistów przekonanych o własnej nieśmiertelności.

W tych warunkach niemal każdy wątek dyskusyjny poświęcony zagranicy może niepostrzeżenie przeistoczyć się we własne przeciwieństwo i po prostu spotwornieć, przeskakując do układu domyślnego, którym w warunkach Księstwa Sarmacji jest niechlujne kpiarstwo: generowane z automatu, od niechcenia, przy stygnącej herbacie i kanapce z paprykarzem. Ten język mówi się sam. Nie jest to jedynie przypadłość samego Księstwa – poza pewną tradycją, decyduje tu efekt skali. Mikronacyjne maluchy zachowywałyby się podobnie, gdyby na jedną noc pozwolono im wcielić się w rolę olbrzymów.

Gdy tradycja staje się systemem

Na własnym terenie Sarmaci są bezkonkurencyjni. O ile w innych warunkach naturalną reakcją dwudziestopięciolatka na zbutowanie trzynastolatka byłby poranny moralniak, system wzajemnego sercowania wypowiedzi leczy ze skrupułów i sprawnie podgrzewa atmosferę. Oczywiście – serduszko serduszku równe nie jest. Również sama ironia może być życzliwa, neutralna lub dusząca. Czym innym jest buziak od Krzysztofa Hansa, czym zupełnie innym zaś oko puszczone przez Gauleitera Kakulskiego, Avrila von Levengothona lub Krzysztofa Czuguł-Chana, a czymś jeszcze innym – podniesiony kciuk księcia-seniora lub niezmordowanej pani kanclerz. A jeśli z czegoś dworuje sobie sam Helwetyk Romański,  bez względu na to, czy chodzi o proste złożenie podmiotu z orzeczeniem czy o ikonę Matki Boskiej Włodzimierskiej, Nowakowi i Kowalskiemu powinno ze śmiechu rozerwać przeponę, a przynajmniej dać do zastanowienia.

Z czasem każdy urodzony bokser bezbłędnie zaczyna odgadywać, w co i jak uderzyć, by rozwiązała się sakwa ze złotymi denarami. Czynnikiem ułatwiającym odnalezienie w sobie bezlitosnego zabójcy jest również strona główna z jej kanałami błyskawicznej autoekspresji. Naturalnie – atmosfera radosnej rąbanki nie dotyczy każdego i nie w jednakowym stopniu; w Księstwie nie brakuje osób, który starają się przynajmniej nie śmiać zbyt głośno.

Dygresja: dwa języki

Spór o Awarę, jeśli umieścić go w szerszej perspektywie, ilustruje napięcie pomiędzy dwoma językami. Sarmatyzm i scholandyzm, jako biegunowo sobie przeciwstawne, od samego początku funkcjonują na prawach odrębnych kodów kulturowych. Jeden jest pulsujący i elastyczny, bliższy życia i atrakcyjniejszy dla szerokich grup użytkowników. Otwarty na nowości, rozwija się z duchem całego internetu. Drugi – dziś należy o nim mówić raczej w czasie przeszłym – zamknięty w formie, zrytualizowany, formalny, hermetyczny, ugrzeczniony. Mimo całej swej elegancji i chłodnego dostojeństwa – które czasem przyjmuje groteskową formę –  nie stanowi dziś alternatywy dla pokolenia internetowych nerdów, geeków i nołlajfów. Owszem, w dreamlandzkim Agendart lub scholandzkim Elfidias można spędzić urlop i odpocząć po okresie wyczerpujących flejmów, jak to w przeszłości wielokrotnie czynili goście z Sarmacji i Mandragoratu. Ale żyć się tu nie da. Mimo towarzyskich zgrzytów i kolejnych rozwodów można mówić, mówi się i być może będzie się mówiło o sarmacko-wandejskim kręgu kulturowym, ale mam poważne wątpliwości, czy uniwersum dreamlandzko-scholandzkie ma przed sobą jakąkolwiek przyszłość. Za starymi królestwami nie stoi dziś ani wysokociśnieniowy intelektualizm, ani jakieś rzadkie a cenne przymioty charakteru. Przeciwnie – po kilkunastu latach efektownej historii Scholandia i Dreamland osiadły na mieliźnie przeciętności, doświadczając przy tym upokarzającego regresu technologicznego. Najbliższy rok okaże się rozstrzygający, udzielając odpowiedzi na pytanie, czy dawni sojusznicy osiągnęli wspólnie temperaturę zera absolutnego.

Drobne zastrzeżenie – ilekroć mowa tu o Scholandii i scholandyzmie, mam na myśli państwo w jego postaci okrzepłej w latach 2002-2005. Królestwo zadebiutowało w sieci po kilkutygodniowych przygotowaniach w gronie kilkudziesięciu uczniów i studentów, w tym byłych podopiecznych króla-założyciela Armina Frederika. W dniu prezentacji gotowej witryny liczyło 31 obywateli. Był to trzon państwa, na które patrzono z szacunkiem. Gdy w 2012 r. Scholandczycy, jako jedni z ostatnich, przenosili się z listy dyskusyjnej na obecne forum, ich ojczyzna znajdowała się już w stanie agonalnym.

Czyli wszyscy mamy syfa?

W warunkach technologicznej asymetrii konflikt między mikronacyjnymi plemionami schodzi do podziemia. W wymiarze demograficznym Sarmacja i Al Rajn znajdują się w tej samej kategorii wagowej, ale wobec słabości infrastruktury informatycznej tej drugiej, podminowani Rajńczycy w geście bezsilności mogą co najwyżej zabić się własną pięścią i wpisać „Sarmację” na listę słów cenzurowanych na własnym forum. Obok „chuja” i synonimów kuciapki. Dlatego, wbrew wyobrażeniom samych Sarmatów, na rajńskim forum dyskusyjnym Księstwo funkcjonuje jedynie na prawach irytującego tabu. „Syfu nie należy promować”, jak zauważył Ḩasan Akbar Rowḩāni – Prezes Faruńskiego Instytutu Sondażowego.

Ofiarą forumowej bomby koszącej może być wszystko, co ponad centymetr wystaje ponad ocean mikronacyjnej trawy. Al Rajn, Trizondal, Dreamland, Hasseland, Bialenia, Scholandia – to właściwie jeden pies. Kozojebcy, kebaby i arbuzy. „Trizondal upadł, inkorporujemy? Znaczy tyle samo co Zenek syfa złapał, bierzemy go od niego?” – tłumaczy ostatnio pewien Sarmata swemu trizondalskiemu gościowi. Jest właściwie kwestią czasu, kiedy „syfem” stanie się również Dreamland, który w efekcie nieostrożnych wypowiedzi premiera Daniela von Witta skoncentrował na sobie złowrogie oko Saurona. Czasem ktoś tam coś odpysknie z drugiej strony – jakiś niefrasobliwy Dżalal, Hatim lub Diuk z Hasselandu – ale w świecie pustoszejących forumnacji to jak przepychanie piłki lekarskiej przez lufcik. Człowiek się tylko zakwasi i namęczy, ale w ogólnym bilansie końcowy efekt zawsze będzie niewspółmierny do strat własnych.

Czy warto umierać za Awarę?

Zagraniczne reakcje na ostatnie wydarzenia, już na starcie ograniczone do zaledwie trzech państw, ostatecznie zupełnie ucichły. Na placu boju pozostał dreamlandzki premier Daniel vov Witt, który najpełniej odnajduje się dziś w roli protestanckiego pastora: oddziela światłość od ciemności, gromi i poucza. Na ogół jednak, niestety, drażni. Po efektownym początku sarkastyczni Wandejczycy powrócili do własnych problemów. Bialeńczycy, niepewni własnych pikseli i w osobliwy sposób zafascynowani Księstwem, do którego wciąż pielgrzymują, zupełnie zgubili pierwotny animusz. Mają świadomość, że „są czytani” w Wieży Saurona. Owszem, miło jest czasem trafić do zbioru „Golden Quotes”, ale najlepiej najkrótszą drogą, bez rytualnego „kręcenia wora” na sarmackim IRCu czy maglowania na forum Księstwa. Dla świętego spokoju lepiej zatem skoncentrować się na polityce krajowej i taką filozofię wyznaje dziś coraz więcej obywateli Republiki.

Mikroświat, co stale podkreślają pięknoduchy, powinien dostarczać nam przyjemnych doznań. Tutaj podobno chronimy się przed Tuskiem, Macierewiczem i nauczycielem matematyki. W tym celu przybieramy obco brzmiące nazwiska,  fikuśne herby, wznosząc emocjonalny mur oddzielający oba światy. Sens tej zabawy ulega jednak rozmyciu, gdy poranna prasówka kończy się biegunką, a wirtualne emocje stają się najzupełniej realne. Rozumie to dzisiaj każdy, kto spędził w mikroświecie dłużej niż miesiąc. „Mieszanie się w sprawy Sarmacji w najbliższej przyszłości nie byłoby wskazane” – zauważył kilka dni temu szach Aryunu. Wtóruje mu regent Monarchii Austro-Węgierskiej: „Posiadam co prawda prywatną opinię na temat konfliktu, ale wolałbym jej nie upubliczniać, a przynajmniej nie tu, by nie wywołać niepotrzebnego skonfundowania wśród zagranicznych obserwatorów” – wyszeptał na wiedeńskim forum.

Liczba potencjalnych rozmówców zainteresowanych polemiką z Grodziskiem topnieje w szybkim tempie. Za Awarę nie chce dziś umierać nikt. Może poza Dreamlandczykami, którzy w akcie solidarności mogliby wysłać na wyspę galerię własnych portretów trumiennych. Po jednym na sarmacki batalion. Bo głowic jądrowych nigdy, na nieszczęście, nie mieliśmy.

Na skróty

Księstwo weszło w rolę drobnego złodzieja jabłek, który wykorzystał zniedołężnienie właściciela sadu. Z wdziękiem pasera  tłumaczy nam, że szlak był już przetarty. Wbrew stawianym tu i ówdzie zarzutom, Sarmacja nie realizuje jednak polityki imperialnej. Nie szuka pikseli. Nie ma tu doktryny, strategii lub spójnego systemu celów i wartości. Nie istnieje również realna możliwość rozszerzenia sarmackiej strefy wpływów, o ile nie rozumiemy przez to praktykę inkorporacji państw na granicy biologicznego wymarcia. Jest syndrom oblężonej twierdzy, chaotyczna akcyjność i doraźne łatanie dziur – podobnie jak w przypadku absolutnej większości współczesnych mikronacji. Ostatnim szefem sarmackiej dyplomacji, który starał się realizować pewną strategię globalną, agresywnie promując interesy Księstwa  na arenie międzynarodowej, był Michael diuk Lichtenstein. Przed zadaniem odbudowy tej strategii stanął Siergiusz Asketil, który, mimo kilku istotnych przewag nad Lichtensteinem, poważnie ograniczył sobie pole manewru. W tej chwili jest to już tylko narracyjny neosłomagromizm. Bardziej profesjonalny, lepiej pomyślany, luzacko-ironiczny, więc atrakcyjny dla uczestników, ale to wciąż neosłomagromizm.

„Z uwagi na to, że wszystko kojarzy mi się z wojną powiem tylko Co nas obchodzą inni?” – słusznie pyta na sarmackim forum Hetman Wielki Jack von Horn.

8 komentarzy do " Być jak Słomagrom, zabijać jak Sarmacja, umierać jak Scholandia "

  1. Jaskoviakus napisał(a):

    Muszę się przyznać, ze pisałem tamtego posta z nadzieją, że zacytuje mnie „Kurier”. Łezka szczęścia w oku.

  2. Krzysztof Bojar napisał(a):

    Doskonały artykuł. Przy okazji jest on pełen tego, czego w niektorych miesjach obecnie kompletnie brakuje, to jest wyobraźni i zdolności do autorefleksji. :)

    Też bardzo mnie ciekawi, czy ta „kultura Scholandzko-Dreamlandzką”, to rzeczywiście przeżytek, formuła, która się wyczerpała. Na pewno w czasach kryzysu jest ona na wiele sposobów karykaturalna, wystarczy spojrzeć na nasze forum, w którym każdy kto się odezwie jeśli nie jest byłym królem lub premierem, to porzynajmniej kortradmiralem. Nie ma jednej osoby, której chociaż z powodu dawnych funkcji nie wypadaloby tytułować „ekscelencją”. To mowi pokazuje trochę, jak bardzo jesteśmy uwięzieni w przeszłości i jak malo mamy świeżej krwi, która gwarantowalaby jakąkolwiek przyszłość.

    Jednak nawet jeśli to prawda, to chyba wolałbym dokonać swojego v-żywota razem z Dreamlandem, niż iść w kierunku tej barwności która reprezentuje teraz Księstwo. Nie chodzi mi przy tym o uprzejmość i formalizm KD. Raczej o to, ze jest to jakaś konwencja i jakiś pomysł na v-państwo. Długo byłem obywatelem Wandystanu i bardzo mi się tam podobało, nie tylko ze względu na prowokacyjną formułę, ale też przez to, ze za samą fasadą kryła się pewna idea – maksymalnej wolności i swobody twórczej. Sarmacja natomiast zawsze była raczej mieszaniną najróżniejszych nurtów i stawiała na „atrakcyjność”. Jednak dawniej miała też swój stabilizujący „rdzeń”, w formie albo aktywnego księcia, albo chociażby konserwatywnego establishmentu, dającego całemu projektowi pewien pozór powagi. Dziś mam wrażenie została z tego tylko różnorodność, zawierające w sobie zresztą raczej te bardziej wątpliwe nurty. Może taka jest cena za przetrwanie. Pytanie tylko, czy warto…

  3. Andy Sky napisał(a):

    Sarmacja od długiego czasu nie mogła doczekać się upadku Scholandii. Tak długo przebierała nóżkami, że w końcu nie mogąc się doczekać, poszła drogą na skróty. ;)

  4. MVG napisał(a):

    Sarmacja to kolos na glinianych nogach, „żywi” swoją aktywność państwami, które nie mają potencjału w ludziach, kiedyś można było brać przykład z KS, obecnie prezentuje żenująco niski poziom tak jeśli idzie o dyplomację, która po Michaelu von Lichtensteinie zeszła na psy, jak i wstrzemięźliwości militarnej, która po Magnusie von Graudenz stała się nazbyt wyrywna. W chwili obecnej, w sytuacji i kursie jakie przybrało KS nie jest już państwem wiodącym pod żadnym względem (mam tu na myśli międzynarodową działalność), jest wręcz państwem z którego w żaden sposób nie trzeba brać przykładu. Standardy dyplomacji i poszanowania innych państw spadły do zera, co gorsza są jeszcze państwa, które wierzą w dawny blask Sarmacji.
    Póki żyje choć jedna osoba z danej mikronacji, państwo nie jest martwe, o tym czy dana mikronacja umarła czy nie decyduje oświadczenie ostatnich jej mieszkańców, a wszelkie „podszczypywanie” jej jak to robi teraz Sarmacja jest aktem bezprawia i agresji.

  5. Daniel Łukasz napisał(a):

    Ostatni komentarz absolutnie wygrywa.

    „Póki żyje choć jedna osoba z danej mikronacji, państwo nie jest martwe.” – proszę to powiedzieć Piotrowi de Zaym, znanemu również jako diuk Hasselandzki. Wszyscy sobie stwórzmy jednoosobowe mikronacje i prowadźmy politykę zagraniczną, to dopiero będzie zabawa! :-)

  6. MVG napisał(a):

    WKM myślę, że się nie zrozumieliśmy, nie chodziło o tworzenie jednoosobowych mikronacji, tylko o insynuacje innych państw, że dana mikronacja jest wymarła, bądź nie, chyba potrzebne do tego jest jakieś oświadczenie, a póki choć jedna osoba jest w takim państwie i nie wydała stosownego oświadczenia lub publicznie nie ogłosiła iż państwo przestało istnieć, nikt nie ma prawa „uśmiercać” jej i decydować o jej ziemiach, dorobku czy przynależności.

  7. Daniel Łukasz napisał(a):

    Aż ciśnie się na klawiaturę argumentum ad leblandum…

  8. inz_zwell napisał(a):

    Ciekawe jak ten punkt widzenia jednak zalezy od punktu siedzenia. Sarmacja, w której problemem jest okazjonalna „kurwa” na forum jest dla niektórych tak liberalna obyczajowo i językowo, że aż się kojarzy z Wandystanem. Dawno już nie ma kręgu sarmacko-wandejskiego. Kultury się rozeszły, może z wierzchu i z daleka są podobne. My dla nich zdehumanizowaną „grypą” (badełej – z jakim ustrojem kojarzy się wam, drodzy czytelnicy, porównywanie całych grup narodowościowych/zamieszkujących jakieś terytorium z chorobą zakaźną?), oni dla nas banda nadętych cebulaków, Polską chytrobaboworadomską w pigułce. W sumie zabawne, ale ostatnim sarmatą w Wandystanie jestem ja, który się zniżyłem do realowo-personalnych epitetów na pożegnanie w Księstwie.



Copyright © 2012-2014 KURIER – Mikronacyjny Serwis Prasowy. All rights reserved.
Designed by Theme Junkie. Powered by WordPress.