Jesteś tutaj: Home // Dreamland, Idee i polemiki // Wolałbym nie. Dyskretna zapaść państwa trzydziestolatków

Wolałbym nie. Dyskretna zapaść państwa trzydziestolatków

kd2015Wyzerowanie stanu prawnego, rezygnacja z konstytucji pisanej i programowa depolityzacja życia publicznego – to główne założenia projektu reformy państwa, jaki Król przedstawił lordom senatorom w trakcie inauguracji obrad – jak zaznaczył – „ostatniego Parlamentu”. W połączeniu z obowiązującą od lipca doktryną polityki zagranicznej, która w kilku prostych słowach proklamuje ducha minimalizmu w stosunkach zewnętrznych (w skrócie: obserwować i czekać na ruchy innych), przemówienie Jego Królewskiej Mości wieńczy długi proces demontażu Dreamlandu jako mikronacji w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Z dala od świateł reflektorów i głównych kanałów komunikacji, przy milczącej aprobacie zobojętniałych obywateli, Dreamland przechodzi cichą rewolucję. Niczym nieprzejrzysty kopista Bartleby, główny bohater znanego opowiadania Hermana Melville’a, który każdą uwagę skierowaną pod własnym adresem kwituje tytułową formułą („wolałbym nie”), dreamlandzki obywatel odmawia udziału w zbiorowych rytuałach. – Trudno jest przymuszać obywateli do zajmowania stanowisk, których nie chcą i zarządzania instytucjami, które ich nie interesują – sugeruje premier Pavel Svoboda. – Potrzebujemy elastycznego państwa – przekonuje. Od maja, czyli od momentu wprowadzenia stanu wyjątkowego, w państwie obowiązuje reżim ustrojowego prowizorium. Po kilkunastu miesiącach permanentnego remontu elastyczność państwa przyjęła postać rozgotowanego warzywa. – Polityka się nie sprawdza – skonstatował Król. Dreamland rozpoczyna kolejną rundę wieloletniej gry na zwłokę z własnym przeznaczeniem.  Jak do tego doszło i co z tego wszystkiego wynika?

Zatonięcie bez świadka

Przeanalizowany stan faktyczny Królestwa wskazuje – referuje monarcha –  że jedynie całkowite odsunięcie na dalszy plan spraw politycznych, a skierowanie naszych działań na rzecz kultury jest jedną z właściwszych dróg dla ożywienia Królestwa Dreamlandu. Na śmietnik historii trafi przyjęta w styczniu konstytucja, która – jak tłumaczy Pałac – zupełnie straciła na znaczeniu, co miałoby wynikać z pojawiających się problemów społecznych. Jakich konkretnie? Nowa konstytucja wyposażyła dreamlandzki system polityczny w mechanizm powszechnych wyborów szefa rządu – w społeczności odciętej od dopływu świeżej krwi, złożonej niemal wyłącznie z byłych monarchów i wielokrotnych eks-premierów, problemem pozostaje brak kandydatów do najwyższych urzędów. A ściślej – do jakichkolwiek urzędów. Los wzgardzonej ustawy zasadniczej podzieli Parlament. – Korona uważa, że w chwili obecnej skupić należy się na podstawowej działalności społeczeństwa tj. kulturze, nauce, inicjatywach, które potrafią działać i przynosić pozytywne rezultaty – czytamy w królwskim orędziu.

Założenie stojące za królewskim projektem jest banalne: naród skapitulował, a obywatele nie przejawiają zainteresowania udziałem w procesie sprawowania władzy. – Polityka była dostępna przez cały okres Królestwa i w ostatnim czasie nikt z młodych mieszkańców nie zechciał brać udziału w wyborach – mamy przez to przecież obecnie stan wyjątkowy – ponownie tłumaczy nam Marcin Mikołaj. Logiczną konsekwencją tego procesu byłby powrót Króla do roli samodzielnego suwerena.

Taki postulat przed tygodniem pojawił się w Parlamencie i – choć jeszcze kilka lat temu z miejsca napotkałby wściekły opór – nie wzbudził większego zainteresowania. Wyjątkiem było dwuznaczne w wymowie chrząknięcie lorda Witta, którzy zwrócił uwagę na niuanse natury proceduralnej, po czym – uchylając się od wskazania alternatywy – wyraził sprzeciw wobec idei referendum w sprawie powierzenia Królowi suwerennej władzy. – Brak mojej zgody dla referendum w sprawie samobójstwa Dreamlandu – szorstko spuentował swoje wystąpienie.

Sprawa wydaje się przesądzona. Dreamland wraca do modelu suwerennego jedynowładztwa, choć, jak zapewnia pogodny Pavel Svoboda, powierzenie Królowi władzy suwerennej nie oznacza, że „musi” On wykonywać ją osobiście.  Nie musi. Równie uzasadniona byłaby jednak wiara w to, że w pracy za biurkiem od jutra zastąpi nas własny pies, którego wcześniej odpowiednio intensywnie wymasujemy. Życzliwi czytelnicy Josepha de Maistre’a i Jeana Raspaila, tak nieliczni w mikroświecie, również nie mają powodów do otwierania szampana. Dreamlandzki zwrot w kierunku rozwiązań przednowoczesnych nie wynika z głębszego namysłu nad naturą władzy – jako taki nie stanowi wyrazu triumfu obozu tradycjonalistycznego konserwatyzmu, który w Dreamlandzie funkcjonuje dziś jedynie na prawach zamkniętej ścieżki rozwoju. Mimowolna mediewalizacja Królestwa to wyraz prymatu ducha technokratycznego pragmatyzmu.

Instytucje flagowe

Projekt reformy, choć wyartykułowany w lapidarnym orędziu Korony, nie jest w warunkach dreamlandzkich nowością. Nie jest również autorskim pomysłem JKM Marcina Mikołaja. W idei częściowego demontażu struktur państwa najpełniej wybrzmiewa echo koncepcji „instytucji flagowych”, jaką w grudniu ubiegłego roku przedstawił król senior Pavel Svoboda. W telegraficznym skrócie: skoncentrować się na tym, co sprawia nam jeszcze jakąkolwiek satysfakcję i co można byłoby uznać za dreamlandzki towar eksportowy.

– W późnych latach 90. Chiny reformowały swoje przedsiębiorstwa państwowe pod hasłem 抓大放小 (zhuā dà fàng xiǎo), czyli „łapać duże, wypuszczać małe”. Skutkiem tej reformy była prywatyzacja małych i nieefektywnych przedsiębiorstw oraz „wyhodowanie”, poprzez silne wsparcie ze strony państwa, kilku „narodowych czempionów”, dużych firm, których zadaniem jest konkurowanie na rynku globalnym.Tym samym sposobem, także my powinniśmy wybrać kilka „flagowych” instytucji, które będziemy aktywnie i czynnie promować i na których możemy budować atrakcyjność Dreamlandu – przekonywał przed kilkoma miesiącami Pavel Svoboda, wymieniając przy okazji kilka przykładów takich instytucji (Królewski Instytut Kartograficzny, Galeria Królewska, Biblioteka Św. Róży, Uniwersytet Królewski, Kurier, Scriptores Dreamlandis).

Inwolucja

Jak będzie wyglądał dreamlandzki system polityczny po wprowadzeniu najnowszej „korekty”? Na pobojowisku ostanie się król, odtąd wyposażony w kompetencje nieomal absolutne, choć formalnie limitowane literą ustawy. Wokół Korony zbierze się kameralne gremium „doradców”, którzy swoją milczącą obecnością legitymizować będą politykę coraz bardziej sfrustrowanego monarchy. Programową „kasację praw” przetrwają przynajmniej niektóre dekrety i ustawy (w liczbie czterech-pięciu), które złożą się na skromny regulamin forumowego klubu dyskusyjnego, z przyzwyczajenia nazywanego „mikronacją”. Brzmi znajomo? Mniej więcej tak właśnie wygląda dziś co drugie polskie państwo internetowe.

Odpolityczniony, kanapowy Dreamland nie będzie jedynym kapłonem w mikronacyjnej menażerii. Ta osobliwa autokastracja Królestwa wpisuje się w szeroki kontekst procesu mikronacyjnej inwolucji – mniej lub bardziej programowego zwijania struktur państwa, regresu do form skromniejszych, mniej czasochłonnych, coraz częściej postrzeganych jako podstawowa substancja państwa internetowego (za którą uznano tutaj „kulturę”, odtąd wyzutą z coraz mniej uchwytnej polityczności).

Ten proces obserwujemy niemal wszędzie. Wyjąwszy trzy pierwsze państwa z raportu demograficznego, chroniczna niemożność przeprowadzenia wyborów do parlamentu, fiasko misji sformowania nowego rządu, a w najlepszym razie – skrócona kadencja legislatywy, która po kilku tygodniach od ukonstytuowania stacza się w kłopotliwą dla wszystkich uczestników pustkę, już dawno przestały być anomalią. To już standard. Statystyczna norma.

„Głosujcie, skurwysyny!”

Znakiem rozpoznawczym niemal wszystkich starych mikronacji – a do takich należy istniejący od 2007 r. Trizondal – jest wadliwy mechanizm reprodukcji elit. Niespełna dziesięcioosobowa społeczność trizondalska od dłuższej chwili zmaga się z problemem zobojętnienia na wątpliwe uroki władzy. Życie publiczne w poturbowanej republice – podobnie jak w Dreamlandzie – sprowadza się do rotacyjnego wywoływania do tablicy sfatygowanych weteranów, którzy, wnosząc na podstawie publicznych deklaracji, woleliby raczej chłeptać wodę z kałuży niż ponownie stanąć na czele nawy państwowej. Plastycznie, choć z pewną dozą publicystycznej przesady, całą sytuację zwięźle scharakteryzował Adrian Trydencki-Potocki:

– Nie znaczy to, że spisałem Trizondal na starty, ale mam wrażenie, że jest dla Nas wszystkich kulą u nogi, tylko nie wiem, czy złotą. Przykry obowiązek udzielania się na forum, który charakteryzuje większość z Nas, przekłada się na marnej jakości wypowiedzi, które wyzute są z jakiejkolwiek inicjatywy. Zastanawiam się też, czy to, że wszyscy się znamy, nie jest naszym przekleństwem, bo przecież, wiemy czego możemy oczekiwać po współtowarzyszach.

Garść własnych refleksji dorzucił Ciaran van Scharfschuetze, który w rozmowie opublikowanej na łamach  „The Politique” gorzko skonstatował:

– W świecie realnym wszyscy pchają się do władzy nawet jeśli niczego nie umieją. U nas jakoś odwrotnie – mnóstwo utalentowanych i mądrych ludzi, a nie chcą się podzielić talentem. Mogę jednak przypuszczać, że być może mieszkańcy chcą po prostu tylko się dobrze bawić, ale niekoniecznie mieć obowiązki i brać odpowiedzialność za państwo i innych mieszkańców.

Tytanicznym wysiłkiem woli rywalizacja polityczna podtrzymywana jest w Mandragoracie Wandystanu, gdzie sześciu sytych dżentelmenów rotacyjnie wymienia się w fotelu głowy państwa i na kilku mniej eksponowanych urzędach. Najbardziej pikantnym elementem procesu wyborczego pozostaje lokalny folklor, tradycyjnie manifestujący się w lapidarnych bon motach i komentarzach do komentarzy. Apel Prezerwatywa Tradycji Radzieckiego – Głosujcie, skurwysyny! – w dwóch słowach wyraża właściwie wszystko, co próbuję przekazać w tym tekście, a przy okazji streszcza całą mądrość, jaką ze studiów politologicznych winien wynieść młody prekariusz. – Czy Lenin sra w lesie? –  pyta w innym miejscu towarzysz Kałmanawardze, chyba z intencją bąkotwórczą. – Lenin nie sra w lesie, ani nigdzie indziej. Lenin nie żyje – wyjaśnia mu z marszu rzeczowy towarzysz Zwell. W Dreamlandzie, w którym pierwsza lepsza debata publiczna wywołuje niepokojące skojarzenie z naradą Tolkienowskich Entów nad rozlanym szambem, potrzebowalibyśmy całych tygodni dyskusji, by zbliżyć do podobnej kompresji formy i treści.

Są również mikronacje, w których zredukowanie wymiaru politycznego wpisane jest w profil kulturowy lub wynika wprost z obranego modelu ustrojowego. W perspektywicznym, istniejącym od grudnia ubiegłego roku Chanacie Kugarskim, roztropny kanclerz Aryk Goki pyta publiczność o perspektywy rozruszania cokolwiek ospałej sceny politycznej. Może jakieś nowe instytucje? Może zwiększenie uprawnień poddanych wielkiego chana? Odpowiedź, jaką formułuje jeden z jego rodaków, jest więcej niż symptomatyczna. – Dla mnie przeciętny Kugar nie powinien się zajmować polityką. Jak mamy jakiś pomysł udajemy się do Chana i jeśli pomysł się podoba, spisuje odpowiedni akt i tyle.

Z kolei w przesympatycznym Królestwie Agurii, państwie dysponującym grupą kilkunastu dojrzałych obywateli, polityka – rozumiana tutaj nie tyle jako proces decyzyjny, co rywalizacja o miejsce przy wodopoju – właściwie nie istnieje. Karty zostały rozdane w momencie powstania państwa, monarcha panuje, kanclerz administruje, obywatele odgrywają przypisane im role. Życie publiczne sprowadza się do eleganckich pogawędek w wątkach w poświęconych zagranicy. Najpopularniejszym wątkiem forumowym od długich miesięcy pozostaje „Targ rybny”, gdzie agurscy feudałowie chwalą się wynikami połowów organizowanych w ramach przeglądarkowej gry „Reel fishing”.

Tu chodzi jednak o coś innego.

Wspólnota Korony Gruzów

Na pierwszy rzut oka kondycja Królestwa Dreamlandu nie odbiega od mikronacyjnej średniej, którą wyznaczają dziś maksymalnie kilkunastoosobowe społeczności balansujące na granicy biologicznego wymarcia. Pod pewnymi względami jest nawet lepiej: państwo posiada dwa tytuły prasowe, mniej lub bardziej aktywnie zaznacza swoją obecność na trzech kontynentach, regularnie występuje w roli organizatora dużych imprez międzynarodowych, forsuje własne rozwiązania w zakresie prawa międzynarodowego. Piłkarska reprezentacja kraju triumfuje na mundialu, okazjonalnie odzywa się lokalna rozgłośnia radiowa, a mapy rodzimego instytutu kartograficznego od blisko dwóch lat modelują wyobraźnię polskich mikronautów. W wymiarze jednostkowym również nie jest najgorzej: wszechobecny Daniel von Witt znajduje się w ścisłej czołówce listy najbardziej rozpoznawalnych postaci planety. Nad jego wypowiedziami regularnie pochylają się sarmackie tuzy intelektu, by w trakcie zbiorowego egzorcyzmowania wytykać nieścisłości w rozumowaniu i rytualnie wyliczać kolejne przykłady wyższości Księstwa nad resztą świata (w myśl nieformalnej doktryny państwowej: wszyscy wokół to idioci).

Uczciwe, choć zarazem kapitulanckie przemówienie Jego Królewskiej Mości, sumujące wnioski zakulisowych nasiadówek, nie pozostawia złudzeń co do kondycji pustynniejącego państwa. Wyobraźmy sobie na chwilę współczesny Dreamland bez nerwowej krzątaniny Daniela von Witta, a otrzymamy obraz księżycowej kolonii. Pozbądźmy się Pavla Svobody, a otrzymamy państwo wariatów. Tkwimy w pułapce pokoleniowej zapaści, w samym środku skansenu, na głębokich peryferiach cywilizowanego świata, a jedynym remedium proponowanym przez centralę jest dalsza wycinka drzew w coraz rzadszym gaju, a zatem nic innego, jak uświęcenie dotychczasowego kursu donikąd. Obraz upadku dopełniają: zdewastowany system prawny, kultura wzajemnej pobłażliwości, zanik instytucji opinii publicznej, zupełnie zobojętniałej na kolejne inicjatywy centrali oraz osobliwa fiksacja władz na aspekcie informatycznym – prace nad nową stroną główną Królestwa weszły właśnie w drugi rok, co przy zupełnej rezygnacji z wysiłku bieżącej aktualizacji dotychczasowej witryny jedynie potęguje efekt „opuszczonej twierdzy”. Całość składa się na dysfunkcjonalny model zarządzania państwem, polegający na sukcesywnym wygaszaniu kolejnych elementów systemu politycznego w ramach niekończącego się procesu „modernizacji”, którego punkt docelowy, korygowany co kilka miesięcy, stanowi niewiadomą dla samych sterników.

W czym mylił się klasyk

Edward Krieg podzielił niegdyś historię Królestwa Dreamlandu na mroczną dobę przedekorrską i jasną epokę arturiańską. Cezurą miało być wyjątkowo pomyślne, dwuletnie panowanie Artura Piotra (2004-2005), a symbolicznym wyrazem nowych czasów – przenosiny Dworu i Rządu z Dreamopolis do kompleksu pałacowego w Ekorre (styczeń 2005 r.). Znakiem rozpoznawczym tej epoki miał być  – przywołuję z pamięci – duch legalizmu, intensywny rozwój procedur demokratycznego państwa prawa oraz narodziny charakterystycznej dla współczesnego Dreamandu kultury politycznej, która zatrzymała się gdzieś na progu miękkiego monarchofaszymu. To właśnie wówczas Albon z Cintry uderzył głową o szafkę, a Dreamlandczycy zaczęli gremialnie zwracać się do siebie per „Wasza Ekscelencjo”; nowa moda w szybkim tempie rozlała się po okolicy, infekując umysły młodych muflonów w pikielhaubach. Dzisiaj dla świętego spokoju nawet odźwiernego warto tytułować „ekscelencją”, oczywiście o ile nie jest już „eminencją”, „magnificencją” lub księciem krwi. To również czas, w którym Dreamland utracił swoich informatyków-wizjonerów (Folke, wcześniej eMBe) i rozstał z nadziejami na budowę systemu gospodarczego, tracąc dystans do Sarmacji, Wandystanu i Scholandii, które z takich systemów korzystały.

To właśnie w tamtych dniach rozeszły się drogi dreamlandzkiej centrali i konfederatów z Solardii i Furlandii, którzy nie zmieścili się w ramach nowego idiomu i zwartą grupą opuścili Królestwo: pomijając banalne zgrzyty natury ambicjonalnej, w gruncie rzeczy chodziło tu bowiem o nieuchronną profesjonalizację wspólnej zabawy i uznanie prymatu zasady sprawności  językowej. W wolnym tłumaczeniu: Artur Piotr pogonił chłopaków, którzy nie chcieli zmieniać bielizny i budować okrągłych zdań. W przywołanym artykule Krieg brutalnie scharakteryzował kulturę polityczną secesjonistów jako naszpikowaną błędami ortograficznymi, obecnymi nawet w tekście ustawy zasadniczej. Tamta tendencja miała zresztą charakter globalny, dzisiaj stanowi chleb powszedni. W tej chwili obserwujemy ją nawet w najciemniejszych dziuplach Nordaty: głównymi beneficjentami społeczności mikronacyjnych, czyli wspólnot zorganizowanych wokół tekstowych kanałów komunikacyjnych, z natury rzeczy są jednostki najbieglejsze w rzemiośle słowa. W skrajnym przypadku – gdy do głosu dochodzą językowi puryści i rozmaici grammar nazis – znajduje to odzwierciedlenie w kodeksach karnych, postawie prefektów i zrytualizowanych reakcjach publiczności, która z upodobaniem sekuje mniej elokwentnych rodaków. W przestrzeni państwa internetowego można wybaczyć wiele, ale z pewnością nie spację przed przecinkiem. Nic autorowi po nowym wierszu, a politykowi po najlepszym nawet manifeście programowym, jeśli nie wyjustuje tekstu lub przesadzi z caps lockiem.

Po 2005 r. Dreamland mógł zaoferować już niemal wyłącznie radosne, niepohamowane gadulstwo i inflację słowa, inwestując energię w rynek prasowy, literaturę i instytucje szeroko pojętej kultury. A ta przez kilka kolejnych lat stała na przyzwoitym poziomie. W międzyczasie zdarzały się również epizody politycznej gorączki, co gwarantowało zachowanie względnej równowagi w systemie. Nowak robił gazetę, a Kowalski politykę. To właśnie wówczas Dreamland przytył na tyle, by później mieć z czego chudnąć. Co nie bez znaczenia – wszyscy byliśmy młodsi o całą dekadę. Niektórzy może o dwie.

– System Dreamlandu przedekorrskiego upadł dlatego, że Dreamlandczycy dostrzegli konieczność ewolucji, dostosowania się do modelu państwa prawa, oparcia się na silnym fundamencie paragrafu – pisał Krieg w grudniu 2006 r. – Następuje zmęczenie materiału. (…) Natura niedogodności, których teraz doświadczamy, sprawia, że arturiański ancien regime upadać będzie powoli. Prawdopodobnie nie dokona się jakaś wielka rewolucja, nie zostanie obalona konstytucja, nie zdefenestrujemy Króla, nie będzie szabru w Bazie Prawnej Sądu Królestwa. Jeśli coś ma się zmienić, to będzie to po prostu podejście do sposobu sprawowania władzy – referował na łamach „Głosu Weblandu”.

Po upływie blisko dekady od publikacji tych refleksji wiemy już, że wydarzenia potoczyły się w zgoła przeciwnym kierunku – zmieniło się niemal wszystko to, co miało pozostać niezmienne, zaś to, co miało ulec zmianie („sposób sprawowania władzy”) pozostało niewzruszonym fundamentem. Nadal autyzm. Męski, surowy, milczący, ale jednak autyzm. Nadal całoroczny post i odświętne sypanie dukatów z papamobilu. Nadal, cytując klasyka, siermięga, łapcie i kiszona kapusta – czyli dzień powszedni dreamlandzkiego demosu.

Małżeństwo z rozpaczy

Czas poszerzyć perspektywę o aspekt międzynarodowy. W lipcu Dreamland i Scholandia połączyły siły pod szyldem Korony Ebruzów. Scholandzka monarchia otrzymała status kraju federacji Królestwa Dreamlandu, zaś jej dotychczasowy gospodarz, ospały Filip Radgar, tytuł wicekrólewski. – Wydarzenie roku – ocenił z marszu doświadczony Viktorjos Paulosigos, król-senior Surmenii. – Dwa państwa, które kiedyś tworzyły Wielką Trójkę, dzisiaj zawierają unię, żeby przetrwać. Prawdziwa sensacja! – dorzucił. – Większego debilizmu w życiu nie widziałem – w swoim stylu żachnął się natomiast Siergiusz Asketil w pierwszym, przeredagowanym później komentarzu na forum Sarmacji. Pozostałe wypowiedzi na forum Księstwa utrzymane są w mniej agresywnym, choć w równie złośliwym tonie, zdradzającym mściwą satysfakcję, że Dreamlandowi „i tak nic to nie da”, bo Scholandia to „pustostan”, „zimny trup”, „puste piksele” i w ogóle „hue hue hue”. Sarmaci żywo interesują się tematem i po trzech miesiącach dokonali za Dreamlandczyków wstępnego bilansu zysków i strat. – Złożenie dwóch zer nie daje nieskończoności – zauważył kanclerz Kakulski.

Akuszerem związku dwóch starych monarchii był – jak na ironię – Grodzisk. Projekt całego przedsięwzięcia narodził się w grudniu ubiegłego roku – krótko po najgorętszej fazie scholandzko-sarmackiego sporu o Awarę. Zdesperowani decydenci w Scholopolis poczuli nóż na gardle i wyszli z propozycją unii. Strona scholandzka stanęła przed widmem formalnego zawieszenia działalności państwa i przenosin na mikronacyjne cmentarzysko. A tam najpewniej stałaby się rezerwuarem pikseli dla najróżniejszych cudaków, nawozem dla kolejnych Brechów, Winkulii i Murzynii, gdzie młodzi imperatorzy zaczynają dzień od aktualizacji własnego hasła na micropedii. Lipcowe porozumienie formalnie zwieńczyło sześć miesięcy obustronnych negocjacji. Pierwotny projekt zakładał integrację sektorową, postępującą krok po kroku, poczynając od integracji uniwersytetów. Treść ratyfikowanej umowy świadczy jednak o radykalnej, wręcz skokowej zmianie tego podejścia. Czynnikiem rozstrzygającym okazała się – wolno przypuszczać – demografia. Tutaj już nie było sensu zwlekać.

Trójka

W sensie geopolitycznym unia nie ma dziś większego znaczenia. Związek dwóch państw o niskiej aktywności obywatelskiej i wygaszonych ambicjach w stosunkach zewnętrznych nie zmienia układu sił w regionie. Nieporozumieniem byłoby również rozwodzić się nad skalą efektu domniemanej synergii. W warunkach ustania aktywności większości Scholandczyków, Dreamland wszedł w rolę opiekuna infrastruktury informatycznej Scholandii i zarazem kustosza wspólnego skansenu. Scholandia wniosła w posagu przede wszystkim całe megabajty danych – w tym system gospodarczy, którego funkcjonalność i możliwość efektywnego wykorzystania stoją jednak pod znakiem zapytania.

W intencji architektów unii utworzenie wspólnego państwa stanowić ma gwarancję symbolicznego przedłużenia istnienia Scholandii z jej kulturowo-historycznym dorobkiem i w obecnym kształcie terytorialnym. To cel minimum. Państwo Filipa Ragnara szuka recepty na nieśmiertelność, ale jest więcej niż wątpliwe, by współczesny Dreamland sprawdził się w roli aptekarza-cudotwórcy; co najwyżej zaoferuje usługi w roli doświadczonego mumifikatora i życzliwego strażnika pamięci. Czy impuls do odnowy mógłby wyjść od któregoś z czterech obywateli, którzy tworzą dziś społeczność scholandzką w zjednoczonym królestwie? – Wydaje mi się, że nie ma w tej chwili w Scholandii nikogo, kto chciałby nią rzeczywiście rządzić. Jako rządzenie w tym wypadku rozumiem wyższą aktywność – przekonuje Mat Max, jeden z najdłuższych stażem Scholandczyków.

Co dalej? Dreamland sprosta zadaniu najlepiej, jak potrafi, czyli zapewne nie najlepiej, potykając się o kolejne rekwizyty z monumentalnej rupieciarni, na którą składają się obecnie Elderland i Scholandia, nie mówiąc już o własnym strychu, do którego zagląda coraz mniej chętnie. Trudno pozbyć się wrażenia, że unia dokonała się o kilka lat za późno, w dodatku – jako symboliczna kapitulacja jednej ze stron, która schodzi z areny dziejów jako własny cień. Podobny los czeka, być może, również sam Dreamland, choć tutaj agonia może trwać jeszcze całymi latami. Zjednoczone Królestwo wydaje się raczej ogniwem pośrednim w dłuższym procesie regionalnych przetasowań, którego finałem może być Księstwo Sarmacji, docelowo grupujące pod swoim sztandarem – i być może już pod nową nazwą –  najstarsze państwa polskiego mikroświata. A te łączy dziś przede wszystkim wzajemna pogarda. To jednak solidny fundament, ożywczy i konfliktogenny, o czym przekonuje bogata historia wzajemnych relacji sarmacko-wandejskich.

Nieubłagany proces demograficzny skutecznie prostuje meandry pamięci i relatywizuje optykę; być może cała dawna „wielka trójka” trafi pod jeden dach i pod opiekę gospodarza, który na przestrzeni minionej dekady dowiódł swej zoologicznej żywotności, choć przykry regres widoczny jest również tam. Nawet jeśli na gruncie towarzyskim taki scenariusz wydaje się dziś mało apetyczny, na dłuższą metę korzyści z takiego aliansu przeważają nad wyniosłą strategią podtrzymywania status quo – iluzji świata wielobiegunowego i po partnersku równorzędnego – i zarazem ciągłego podsycania wiary w kolejną wersję Wunderwaffe, cudowną broń, która pozwoliłaby nam odbić się od dna i odzyskać dawno utracone pozycje. Wunderwaffe nie istnieje. Dawnych pozycji nie odzyskamy, tak jak niemożliwy jest powrót do realiów demograficznych z połowy ubiegłej dekady. Upadek jest całkowity i całkowicie zasłużony.

Wieje sandałem z masłem? Spróbujmy zatem z innej strony.

Efekt Łazarza

Czy możliwy jest jakiś program pozytywny, który nie wiązałby się z rezygnacją z państwowej suwerenności?

Dla retorycznej klarowności przyjmijmy, że nie ma takiego dna, od którego nie można byłoby się odbić, zapominając na chwilę o tych dnach, od których jednak odbić się nie można. Żelazna reguła komparatystki stanowi, że porównywać należy rzeczy porównywalne, pozostańmy zatem w gronie państw maksymalnie dziesięcioosobowych. To liga, w jakiej dziś gramy i to bez wielkich widoków na szybki awans.

Z jednej zatem strony dysponujemy krzepiącymi przykładami pomyślnej odbudowy Skarlandu, Surmenii i Rzeczpospolitej Obojga Narodów, z drugiej zaś – deprymującymi kontrprzykładami Nordii, republikańskiej Francji, Wielkiej Polondii, Austro-Węgier i paru innych sympatycznych społeczności, które powędrowały do mikronacyjnego lamusa lub osunęły się w bylejakość po rezygnacji założyciela i zarazem lidera całej społeczności. Jeśli można pokusić się tu o jakiś wniosek, brzmiałby on następująco: impuls do pozytywnej zmiany wychodzi od przedstawicieli nowego pokolenia obywateli, zaś czynnikiem rozstrzygającym niezmiennie okazuje się zaangażowany lider ze świeżym zapasem energii i pomysłem przynajmniej na trzy najbliższe miesiące. Efekt doładowania ma jednak charakter krótkotrwały: życie mikronacyjnego Łazarza już nigdy nie będzie takie samo.

Jakimi kartami dysponuje dziś Dreamland? Rdzeń kilkunastoosobowej społeczności Królestwa wciąż stanowią przedstawiciele „pokolenia 2001” – mikronauci, którzy przybyli do Dreamlandu w pierwszym roku nowego stulecia, w tym niżej podpisany, podobnie jak urzędujący szef rządu (Pavel Svoboda), prezes Sądu Królestwa (Artur Piotr) oraz dwa niepokorne, uchylające się przed jakimkolwiek zaszeregowaniem wilki – Sted Asketil i Albon z Cintry. Stawkę uzupełniają doświadczeni Scholandczycy, obecni w mikroświecie mniej więcej od dekady. Najmłodsi wśród aktywnych? Wszyscy zdążyli już solidnie zrzeszotnieć. Monarcha, który dla części Dreamlandczyków wciąż pozostaje „juniorem”, za pół roku będzie obchodził swoje dziesięciolecie. Jeśli pominąć zaglądającego tu sporadycznie Ottona van der Berga i kosmopolitycznego Sukcesa Dupostrzała Zwella, najmłodszym i zarazem najbardziej aktywnym obywatelem pozostaje Daniel von Witt (obecny od 2012 r.). Średnia wieku obywateli? Według moich szacunków – solidnie ponad trzydzieści lat. Średnia stażu obywatelskiego? Dziewięć lat.

Zasoby kadrowe zjednoczonego Królestwa uległy wyczerpaniu, przekroczyliśmy psychologiczny punkt bez odwrotu. Problem nie tkwi jednak w metryce, bo i wśród Sarmatów znajdziemy przedstawicieli dokładnie tej samej generacji (Helwetyk Romański, Dalek Caan of Skaro, by wymienić najbardziej rozpoznawalną dwójkę), wciąż aktywnych, wciąż zdolnych do kreowania kluczowych zmian. Problem leży w zbiorowej mentalności: przywykliśmy do funkcjonowania w warunkach postapokaliptycznej pustki, ziewamy na dźwięk słowa „kryzys” i niemal zupełnie zobojętnieliśmy na kolejne patologie systemu. Nie brakuje również opinii, że stopień towarzyskiego zblatowania, dodatkowo ugruntowanego w trakcie mniej lub bardziej oficjalnych zlotów, już dawno osiągnął niepokojące rozmiary, przyjmując postać, którą jeden z byłych obywateli Dreamlandu określił mianem „mentalności zjazdowej” (czytaj: wzajemnej pobłażliwości wobec coraz liczniejszych zaniedbań i przejawów dezynwoltury ze strony administracji). Widzę to inaczej, ale bez względu na patogenezę tego trądu, efekt jest ten sam: rozprężenie, apatia, opieszałość, minimalizm celów i ambicji.

Polityka się nie sprawdza – mówi nam król Marcin Mikołaj i stawia na kulturę. Nie trzeba podzielać niewyrafinowanych założeń dialektyki historycznej, by postawić banalne pytanie o jakość nadbudowy w warunkach braku bazy. Jak miałoby wyglądać życie kulturalne państwa pozbawionego sceny politycznej? O czym miałoby dyskutować nowe pokolenie Dreamlandczyków – odtąd trwale pozbawione nie tylko możliwości rywalizacji o urzędy, ale działające w ramach systemu, który takich urzędów w ogóle nie przewiduje? Królestwo Dreamlandu doskonale poradzi sobie bez systemu gospodarczego, ale bez polityki, ze wszystkim, co ta ze sobą niesie (rywalizacja, rotacja, ferment), czeka nas już tylko smutna wegetacja i rola obserwatorów cudzego życia.

Trizondalizacja

Reset systemu, jaki w tych szarych dniach funduje sobie Dreamland, ma sens jedynie w warunkach konsekwentnego współdziałania obywateli i zaangażowanego lidera.

Jak trudny jest to proces w przypadku mikronacyjnych społeczności, z reguły zorganizowanych wobec osoby wodza i jego mniej lub bardziej lojalnych i niemal zawsze mniej zaangażowanych akolitów, dowodzą przykłady Austro-Węgier i Trizondalu. W pierwszym przypadku mowa o państwie pozbawionym przywódcy, w tej chwili najwyraźniej dryfującym donikąd. W drugim – o społeczności, w której nieformalny lider przyjął na siebie rolę konia pociągowego, zupełnie zatracając się w sztucznym pompowaniu forumowych statystyk, których podsumowania publikuje, ku pokrzepieniu serc, na zakończenie każdego kolejnego dnia. To również droga donikąd, o czym przekonali się sami Trizondalczycy, gdy w ubiegłym roku wspomniany koń dostał kilkumiesięcznej zadyszki, a państwo w ogóle zniknęło z radarów, po drodze tracąc nawet własne forum.

Na prywatny użytek od dłuższej chwili posługuję się terminem trizondalizacji, przez którą rozumiem fatalną w swych psychologicznych skutkach symbiozę głowy państwa i obywateli – organiczne splątanie lidera i jego plemienia, które z czasem zastyga w akcie wyuczonej bezradności. Śmierć wodza, nawet jeśli częściowo amortyzowana w drodze namaszczenia następcy, niejednokrotnie oznacza wyrok dla całej społeczności, w której najbardziej popularną postawą jest rola petenta. Osierocona publiczność nieruchomieje – niczym w telewizyjnej stop-klatce – w biernym oczekiwaniu kolejnych rozrywek, inicjatyw, wizji i „konfitur” (również przyznawanych przez lidera i tylko dzięki liderowi posiadających jakąkolwiek wartość). Państwo traci strategiczną busolę i dryfuje bez celu w atmosferze kapitulacji. Staje się cyrkiem bez tresera. Takimi treserami bywali i bywają Marcel Hans, Daniel von Witt, Franciszek Józef II, Andrzej Swarzewski i kilku innych.

Natura nie znosi próżni. Absencja przywódcy przerywa gnuśny sen i – o ile nie jest za późno – mobilizuje obywateli do działania. Z czasem na placu pojawiają się kandydaci na nowych liderów, a społeczność staje przed szansą wyjścia z pułapki autorytetu Konia Pociągowego. Tym samym – przed szansą przezwyciężenia tego grupowego infantylizmu, w który została mimowolnie wepchnięta. Staje na progu dojrzałości, z nadzieją na nową jakość i nowe rozdanie. Po drodze czeka ją jednak regres i bastardyzacja doby przejściowej – całe tygodnie i miesiące marazmu i poruty. Tę fazę trzeba odchorować – niczym ospę. Najgorsze, co może się wówczas wydarzyć, to litościwy powrót Konia Pociągowego i reaktywacja dawnych ról społecznych w poprzednim kształcie, a więc powrót do wczorajszego zdziecinnienia i dalsza wegetacja na kolanach lidera.

Koń Pociągowy szkodzi przede wszystkim samemu sobie: raz – buduje na tym smutnym układzie poczucie własnej wartości, jego samopoczucie i samoocena uzależnione są od stopnia reaktywności pozostałych forumowiczów; dwa – na dłuższą metę torpeduje własne życie prywatne i zawodowe. W efekcie – stoi w miejscu, przestaje się rozwijać, przegrywa życie, które zamienia się w koszmarek nerda i nołlajfa. Styczeń płynnie przechodzi w maj, dzień zlewa się z nocą, a człowiek przestaje zauważać, że regularne publikowanie 30, 40 lub 50 postów dziennie jest raczej niepokojącym dowodem osobistej klęski niż powodem do dumy. Zmiana, choć obustronnie bolesna, jest niezbędna. Dlatego raczej Ciaran van Scharfschuetze niż Marcel Hans, raczej Maciej Kamiński niż Andrzej Swarzewski, raczej Eddard Noqtern niż Piotr Paweł de Zaym.

Dzicy z Luizjany

Gdy dzicy w Luizjanie chcą mieć owoc – powiada Monteskiusz w najkrótszym rozdziale traktatu „O duchu praw” –  ścinają drzewo przy samej ziemi i zrywają owoc. To właśnie esencja dreamlandzkiej filozofii władzy ostatnich lat.

Krok po kroku pozbyliśmy się niemal wszystkiego, co stanowiło o jakości systemu politycznego Królestwa. Prowincje, w których dostrzega się przede wszystkim balast, zamieniliśmy w pojęcia pozbawione realnej treści; bez żalu zrezygnowaliśmy z utrzymywania urzędów, które w społeczności emerytów nie przedstawiały większej wartości, zapominając jednak o ambicjach ewentualnych następców, dla których w Dreamlandzie nie ma już dziś miejsca (racja – mogą pisać wiersze i artykuły prasowe). Stare, rozbudowane witryny, będące świadectwem dawnego życia i potencjalnym punktem odniesienia dla nowych uczestników wspólnej zabawy, zastąpiliśmy wizytówkami w formie półgotowych szablonów, nie wypełniając ich jednak nową treścią, bo na to zabrakło już czasu po godzinach pracy w urzędzie. W symboliczny sposób odseparowaliśmy się od większej części własnego dziedzictwa – ze strony głównej Królestwa usunięto wszystkie linki odsyłające do witryn związanych z polityką, co wobec likwidacji instytucji Szkoły Głównej (jako instytucji nauczania elementarnego) czyni ze starszyzny jedyne źródło wiedzy o historii państwa. W wymiarze infrastrukturalnym w szybkim tempie cofamy się do poziomu sprzed piętnastu lat – czyli do czasów sprzed rewolucji technologicznej eMBe. Dzisiejszy Dreamland jest uboższy – pod każdym możliwym względem – od tego, do którego przybyłem w lipcu 2001 roku.

Rzecz nie w tym, by przypominać za poczciwym Gomułką, że naród powinien pracować, a nie leżeć na piasku. Życie publiczne w „państwie trzydziestolatków” z natury rzeczy toczy się innym korytem, niż w przypadku społeczności złożonej z dziatwy szkolnej, odklejającej się od tabletów i ekranów komputera jedynie w przypadku awarii sprzętu lub zapalenia pęcherza. Możliwa jest jednak diametralnie inna polityka, ale przy założeniu, że na tę politykę w ogóle będzie w Królestwie jeszcze miejsce. Polityka, która nie zostanie zredukowana do zarządzania masą upadłościową, a postawa kolejnych lokatorów Pałacu Ekhorn zerwie z mentalnością syndyka.

Stać nas na więcej. Znacznie więcej.

Poświęcenie hetmana

Na forum Królestwa wciąż regularnie zagląda dwudziestu jego byłych lub aktualnych obywateli. Wciąż wpadamy tu na ludzi, którzy swoją przygodę z Dreamlandem zawiesili pięć, trzy lub dwa lata temu. Wciąż rejestrują się tu nowi mieszkańcy zwabieni mglistą obietnicą zabawy w „najstarszym państwie polskiego mikroświata”. Mamy, wreszcie, błąkających się bez nowego zatrudnienia Scholandczyków, którzy stracili dach nad głową, a w zamian otrzymali plandekę przeciwdeszczową. Wszyscy, zgaduję, zaglądają tu w oczekiwaniu na sensowny ruch ze strony centrali, z nadzieją na nowy ferment i nowy impuls do działania. Taki impuls jednak nie nadchodzi. Ustały inicjatywy oddolne, bo też w mikronacji, która oficjalnie skapitulowała, a każde działanie centrali przenika duch rezygnacji, inicjatywa oddolna to naiwna filantropia. Koło się zamyka.

Gra wchodzi w decydującą fazę. Efektem bieżącego przetasowania będzie jedno z dwojga: przedłużenie agonii lub kolejne spotwornienie. Możliwe jest też połączenie obu tych wariantów. Bieżąca debata w Parlamencie, przy milczącej obecności wicekróla Scholandii, dowodzi, że najwyższy czas zaciągnąć hamulec, sięgnąć po mapę i rozważyć obranie innej drogi.

Szachistom znany jest manewr polegający na dokonaniu pozornie niekorzystnej materialnie wymiany figury w celu uzyskania lepszej pozycji. Poświęcenie hetmana należy do najbardziej efektownych ruchów otwierających nowe możliwości na szachownicy. W przypadku Królestwa takim rozwiązaniem wydaje się dziś abdykacja wypalonego Monarchy. Doceniam merytoryczny wkład i dziewięcioletnie zaangażowanie JKM Marcina Mikołaja, który byłby zapewne przyzwoitym gospodarzem w czasach demograficznej prosperity, choćby tej z czasów panowania Pawła I (2005-2007) i Edwarda Artura (2007-2010), gdy siłą Dreamlandu był ferment z udziałem jego 60, 50 lub choćby 40 obywateli. W dobie postapokaliptycznego rozprężenia Korona nie zdała egzaminu, poddając się nastrojom ulicy. Być może w obecnych warunkach nawet mesjasz by się poddał – tym gorzej dla mesjasza. Po blisko trzech latach panowania król Marcin Mikołaj zasłużył na spokojną emeryturę; być może w nowych okolicznościach możliwy byłby powrót do dawnej aktywności w charakterze szefa rządu lub zaangażowanego publicysty  z czasów pracy w „Le Quotidien”?

Zmiana na Tronie to ledwie początek. Kolejnym krokiem powinno być wyhamowanie ostatniej reformy, a jeśli okaże się to niemożliwe wskutek biernego oporu członków legislatywy – zneutralizowanie psychologicznie miażdżącego efektu ostatnich zmian i rozpisanie nowych wyborów parlamentarnych (w razie niepowodzenia – powtarzać do skutku). Docelowo – radykalna przebudowa kultury politycznej w duchu konsekwentnego zaangażowania u podstaw, z jasną intencją pozyskania młodszych zmienników. Łatwo powiedzieć? Owszem – łatwo. Problem w tym, że współczesny Dreamland nie robi nic, by ten ostatni postulat urzeczywistnić. Obywatele zastygli w bezruchu. Państwo stanęło w miejscu w oczekiwaniu na coup de grâce.

Wszystko, absolutnie wszystko będzie lepsze od systemowej autokastracji.

Reaktywacja

Dreamland nie stoi w przededniu katastrofy. Katastrofa już dawno nastąpiła. W tej chwili odpracowujemy kolejne nadgodziny. To daje nam pewien emocjonalny luz, zbawienny dystans, z którego można przyglądać się dogasającym ogniskom i bez pośpiechu zastanowić nad nową formą wspólnej narracji.

Sanacyjny program minimum winien zawierać postulat odbudowy sceny partyjnej – co zresztą ułatwiała utrącona konstytucja – oraz powrót do regularnych wyborów powszechnych. Potrzebujemy aktywizacji polityki dynastycznej i samego Monarchy (optymalny byłby model sarmacki – głowa państwa aktywnie zaangażowana w życie ulicy), decentralizacji (z akcentem na liczne lenna i dynamiczny system nadań ziemskich), restauracji silnych rodów oraz odbudowy instytucji szkoły elementarnej z sensownym programem edukacji obywatelskiej. Współczesny kosmopolityzm, tak powszechny wśród mikronacyjnych papierowych tygrysów, sprowadził instytucję obywatelstwa do statusu sezonowych najemników i obwoźnych sprzedawców dywanów, bezrękich półgłówków kolekcjonujących miecze samurajskie.

Być może warto będzie rozważyć ideę wolnej elekcji, w której prawo ubiegania się o dreamlandzką koronę przysługiwać powinno każdemu polskiemu mikronaucie. W świetle wcześniejszych uwag naturalnym będzie wniosek, że kandydata na nowego Króla powinniśmy szukać również poza granicami Dramlandu. Monarcha pochodzący z powszechnego wyboru? – zapytają nasi monarchiści. Korony nie podnosi się z błota – przekonywał kiedyś pewien Hohenzollern – ale wszystkie mikronacyjne korony ulepione są dziś z błota i nie znajdują tu przełożenia szklarniowe konstrukcje europejskiej teologii politycznej. Pikantne scholia pęczniejącego z samozadowolenia Nicolása Gómeza Dávili powinny pozostać tam, gdzie ich miejsce – na półce metapolitycznej, jako wewnętrzny schron przed zalewem duchowej tandety, choć same, przy bliższym kontakcie, często również okazują się tandetą. Intelektualną. Wymieszanie tych dwóch porządków w rzeczywistości mikronacyjnej niezmiennie daje – póki co – upiorne efekty.

Potrzebujemy mentalnego zwrotu w kierunku Republiki, nawet jeśli fasada miałaby pozostać monarchistyczna. Nowy, aktywny monarcha będzie musiał zerwać z długą tradycją chłodnego paternalizmu – z tym pruskim sznytem Domu Ebruzów –  i na poważnie liczyć się z koniecznością ubrudzenia sobie rąk. Po łokcie. Przede wszystkim jednak potrzebujemy spójnej strategii państwowej na najbliższe lata oraz nowej polityki tożsamościowej – w tym celu warto wrócić do przerwanej debaty na temat narracji kulturowej. Jasno zdefiniowany profil, manifestujący się w symbolice państwa, jego nowej mitologii, a być może nawet, choć to już detal, na poziomie preferowanych imion i nazwisk obywateli (jak w Surmenii i Skarlandzie), może nam ułatwić budowę nowej, atrakcyjniejszej wspólnoty, skoro stara właśnie wywiesiła białą flagę. A w międzyczasie – zwrócić się do społeczności międzynarodowej z propozycją współpracy przy budowie nowego projektu.

(J. de Brolle)

7 komentarzy do " Wolałbym nie. Dyskretna zapaść państwa trzydziestolatków "

  1. Tekst szanownego autora przeczytałem od deski do deski z ogromnym zainteresowaniem. W Świecie Wirtualnym byłem nieobecny kilka lat i od sierpniowego dnia, w którym wróciłem do aktywności, z ogromnym zainteresowaniem chłonę nie tylko historię minionych lat, ale i jej analizy – wiadomo przecież, że najlepszym sędzią zawsze jest właśnie historia.

    Nie ukrywam – to co zastałem w wirtualnym świecie w 2015 roku jest dla mnie jak nowa, całkiem obca, planeta. Nie dziwię się temu – wszak między 2008 a 2015 rokiem wydarzyć się mogło i musiało tak wiele, że nadzieja na zastanie status quo zachowanego w odmętach realem przytłoczonej pamięci skazana jest na pozostanie płonną. Kiedy po swoim powrocie do v-życia rozpocząłem tworzenie Ruchu Sarmackie Odrodzenie i zrębów pierwszego programu oparłem się na tych elementach, które żywo tkwią do dziś w mojej pamięci – na aktywności i szkoleniu młodych mieszkańców, na aktywnej polityce zagranicznej, na systemie gospodarczym, współdziałaniu z Wandystanem – tych elementach, które zawsze powodowały dużą aktywność w sarmackim społeczeństwie. Dostałem trochę po głowie. I co znamienne – zauważyłem, że nie mogę opierać się tylko na tym co było, że dzisiejsza Sarmacja (już raczej Rzeczpospolita) jest krajem zupełnie innym niż ten, który opuściłem w 2008 i na krótko odwiedziłem w 2013. W pamięci mam także żywe wydarzenia z lat 2005-2007 i utworzenie w odpowiedzi na niej Cesarstwa Valhalli – nie przetrwało próby czasu. Dzisiejsza Sarmacja, ale i cały świat wirtualny, wymagają zgoła innego podejścia. Ale jedno się nie zmieni nigdy – cała wirtualna rzeczywistość potrzebuje świeżej krwi.

    I właśnie w tym miejscu przychodzą do mnie największa zaduma i zdziwienie w jednym – jak, w dobie wszechobecnych social media, gamifikacji niemalże każdego aspektu życia (od wolnego czasu, przez edukację na życiu zawodowym kończąc) i banalnie prostego dostępu do stawów z ogromną rzeszą ryb-mikronautów nie umiemy w v-świecie stworzyć wędek ryby tych łowiązaych. Dlaczego tak bardzo obawiamy się wyjścia z naszą zabawą i grą poza utarte schematy, wygodne koterie i zamknięte kliki? Co stoi na przeszkodzie, by wśród osób najbardziej zaangażowanych zorganizować takie działanie, które pozwoli sinansować – dobrowolnie! – otwarcie na nowych adeptów mikronacyjnego świata? Jestem przekonany, że nawet jeśli nie każdy będzie zainteresowany, to znajdzie się kilka osób, które bezinteresowanie pozwolą sobie na wejście na inny poziom wspierania wirtualnego świata. Jak w każdej grze. Bo właśnie grywalizacja zawsze napędzała aktywność. Pierwsze polskie mikronacje powstały kiedy pojęcie grywalizacji raczkowało, publikacji nie było, a o studiach z jej udziałem nikt nawet nie marzył. Dziś wdarła się z całą mocą wszędzie i poczyna sobie coraz lepiej. Nie można obok niej przejść obojętnie, nie można jej zignorować, przeoczyć. Ale w mikronacjach, zaślepieni dbałością o zachowanie spuścizny, tradycji i minionych lat świetności, obawiamy się jej. Tak bardzo, że kiedy otoczenie przyspiesza i wydaje się nam uciekać, my w strachu przed zmianą robimy kroki do tyłu. I to jest swoisty paradoks.

    Paradoks polegający na tym, że kiedy mówimy o upływie czasu demokratycznych władz to 3 miesięczna kadencja jest odpowiednikiem 4-letnich rządów w realu, kiedy myślimy o początkach virtuala to 15 minionych lat wydaje nam się eonem, ale gdy chcemy coś zmieniać i iść do przodu to mówimy, że „minęło dopiero tak mało czasu”. Ostatnio wyraźnie widoczne to było w rozmowach na temat referendum o skróceniu kadencji sarmackiego Sejmu – od kilku osób usłyszałem pytanie: „a dużo jeszcze zostało kadencji? kiedy wybory normalnie?” – bo dla nich istotniejsze było, że do wyborów jest „tylko” sześć tygodni, niż to, że minęła de facto połowa kadencji (czyli jakby 2 realne lata). Ten paradoks postrzegania czasu w świecie wirtualnym jest znamiennym wyznacznikiem tego, jak bardzo boimy się zmiany. Czasem zmiany na gorsze, czasem zmiany na lepsze. Dziś w Sarmacji panuje fobia przed Wandystanem, przez Trizondalem. Fobia, którą maskujemy niewybrednymi żartami, umniejszaniem w/w, wskazujemy na „złe zachowania”. Maskujemy tym strach, że współpraca może spowodować ożywienie (którego przecież, przynajmniej w formie werbalizacji pragnień, oczekujemy) a co za tym idzie zmienić utarte schematy, status quo, koterie i układy.

    Gdyby spojrzeć dziś na politykę zagraniczną krajów niegdysiejszej Wielkiej Trójki to mamy do czynienia z przeniesieniem do wirtualnego świata klasycznego modelu Doktryny Monroe’a – „Sarmacja dla Sarmatów”, „Baridas dla Baridajczyków”, „Dreamland dla Dreamlandczyków”. Izolacjonizm jako narzędzie chroniące przed ingerencją nieporządanych czynników, które mogłyby zmienić nasze wygodne i wygrzane przyjemnie kanapy w gorące i przechodzące z rąk do rąk krzesła. Jako jednostki, funkcjonując i budując polityki wewnętrzne naszych krajów, zachowujemy się jak jeden z bohaterów „Teorii Wielkiego Wybuchu” doktor Sheldon Cooper – niezwykle inteligentny człowiek pełen fobii, wybujałego ego i przekonania, że wszystko co go otacza jest z natury rzeczy złe i głupie. Zamknięci na swój własny świat nie zauważamy tego, że świat wokół nas pędzi dalej. Izolując się pozwalamy by zmiany, które dotykają nas realnie – zmiany w sieci, zmiany w technologiach, zmiany w komunikacji – odbywały się bez naszego udziału. Postępując tak dalej, bezrefleksyjnie, kierując się fobiami, skończymy jak Amisze. Zamknięci, wyśmiewani, apodyktyczni.

    Być może nie wszystko co chciałem poruszyć, w tym komentarzu się znalazło. W wolnej chwili postaram się rozszerzyć nieco swoją wypowiedź i być może opublikuję ją w której z wirtualnych gazet. Na koniec chę Szanownemu Autorowi pogratulować tekstu i przemyśleń w nim zawartych. Doskonały zaczyn do rozmowy o wirtualnym świecie!

  2. Gauleiter napisał(a):

    > Dziś w Sarmacji panuje fobia przed Wandystanem, przez Trizondalem

    Drogi Panie eks-Pośle,

    Może warto by było zapoznać się z tematem ostatniej unii Sarmacji z Wandystanem, zanim się zacznie publikować takie sformułowania? Był już Pan wielokrotnie ganiony, że wypowiada się Pan na tematy, o których nie ma Pan pojęcia, również w kwestii Wandystanu.

    Nie ma wandofobii w Księstwie, nie ma trizofobii w Sarmacji. Unia była ciągiem tarć, konfliktów i agresywnych prób narzucania sobie swojej wizji mikronacji, których druga strona nie chciała zaakceptować. Sarmaci nie chcieli pornosocjalizmu, potoków wulgaryzmów przelewających się przez forum i nagminnego łamania sarmackiego prawa przez Wandejczyków, Wandejczycy nie chcieli sarmackiej ingerencji w funkcjonowanie Mandragoratu, uznawali sarmacki system prawny za zbyt represyjny, a model polityczny za zbyt monarchistyczny i wymagający radykalnego zrepublikanizowania.

    Rozejście się było naturalną i najlepszą możliwą decyzją. To nie wandofobia o tym zdecydowała i nie wandofobia decyduje, że nie mamy oficjalnych kontaktów z Wandystanem, tylko zwykły brak woli po obu stronach.

    > Ostatnio wyraźnie widoczne to było w rozmowach na temat referendum o skróceniu kadencji sarmackiego Sejmu – od kilku osób usłyszałem pytanie: „a dużo jeszcze zostało kadencji? kiedy wybory normalnie?”

    Trudno po prostu przyjąć do wiadomości, że Sarmaci nie chcieli tańczyć tak, jak im sejmowy pieniacz i przestępca zaśpiewa? Sarmaci chcieli nieskracania kadencji Sejmu i dokończenia realizowania naszego programu, a nie nieokreślonej zmiany dla zmiany, zwłaszcza w standardzie reprezentowanym przez Pańską partię.

    • RCA napisał(a):

      „Może warto by było zapoznać się z tematem ostatniej unii Sarmacji z Wandystanem, zanim się zacznie publikować takie sformułowania?”

      Drogi Panie Eks-Kanclerzu in spe,

      oczywiście, że jest Wandofobia i Trizofobia. To, że stan w jakim znajdują się pańskie (i nie tylko) nerwy nazywa inaczej nie oznacza, że jednostka chorobowa, która Pana dotknęła nazywa się inaczej.

      Jednocześnie zachęcam do czytania ze zrozumieniem. Napisałem o fobiach nie mówiąc nic o zmienianiu stanu obecnego. Przenoszenie na mnie swoich fobii i projektowanie sytuacji, które nie mają znaczenia także ma odzwierciedlenie w literaturze dotyczącej chorób psychicznych.

      I z tą diagnozą zostawiam Pana sam na sam w wannie pełnej własnego jadu. Dla mnie ten komentarz, w połączeniu z Pańską całościową postawą, postawił Pana w jednym rzędzie z pieskiem baridajskim, którym dotąd szczuł Pan przeciwników. Piesek scholandzki i piesek baridajski. Cóż za osobliwy związek. To moje ostatnie słowa skierowane do Pana. Proszę się zatem radować.

    • Towarzyszu Mężu, nie wchodząc w dyskusję: polecam lekturę wywiadu Kuriera ze mną, z lutego 2013 r., z okresu ostrej walki przed rozwodem. Ani Wandejczycy nie byli jedynymi demokratami w Sarmacji, ani też nie było owego słynnego potoku wulgaryzmów. (http://kurier.ty-i.net/2014/02/13/dyskretny-urok-pornosocjalizmu-rozmowa-z-prezydentem-wandystanu/)

      Komentarzowi „Sarmaci nie chcieli” polecam analizę faktu, że podczas tamtej unii miały miejsce aż dwa referenda dot. jej zerwania (po stronie sarmackiej) i oba dały odpowiedź negatywną. Rozpad unii dokonał się ostatecznie po wykorzystaniu przez czynniki wandofobiczne wśród władz sarmackich skutków ubocznych dżentelmeńskiej umowy o wyciszaniu konfliktu.

      Rozejście nie było ani tak naturalną, ani tak oczywistą decyzją, jak próbujesz ją przedstawić z perspektywy czasu. Sam fakt, że przekonaliście nawet tak prosarmackiego wandejczyka jak Michaelus, który zawsze deklarował, że w razie rozejścia się zostanie w KS, do tego aby poszedł z nami, jest znaczący.

      P.S. Cierpię z powodu naszej separacji!

      • Korab napisał(a):

        Ja tam potoku wulgaryzmów nie widziałem. Były sporadyczne. Dalej uważam, że to był błąd.

  3. RCA napisał(a):

    Czytelników przepraszam. To nie miejsce na prywatne konflikty. Nie powinienem wysyłać w/w komentarza – może administrator może go usunąć?

    • Kwazi napisał(a):

      A może chodźmy się pokłócić na forum Dreamlandu? Zobaczymy, czy to przyniesie jakieś ożywienie :P



Copyright © 2012-2014 KURIER – Mikronacyjny Serwis Prasowy. All rights reserved.
Designed by Theme Junkie. Powered by WordPress.