Jesteś tutaj: Home // Idee i polemiki // Surowy naród

Surowy naród

Sarmacja Anno Wandini 2015 to kraj, który – jak zwykle – ciężko opisać, nazwać i wrzucić do odpowiednio oetykietkowanej szuflady. Pewną próbę zdefiniowania rzeczywistości sarmackiej podjął w ostatnim swoim tekście w Kurierze [1] Dalek Caan of Skaro, stawiając pewne tezy w koniunkcji z przytaczaniem opinii teoretyków polityki z nieistniejącego reala. Artykuł ciekawie się czytało, jednak pozwolę sobie podjąć pewną refleksję powiązaną z tematami zawartymi w nim, jednocześnie rozszerzając obraz Księstwa w oczach czytelników międzynarodowych.

Redaktor z Feru w swoim tekście mało wspomina o Księstwie, skupiając się na ogólnej definicji „postmikronacji”, co skomentował na forum Dreamlandu Daniel markiz von Witt – „[…] szkoda, że nie padają przykłady konkretnych postmikronacji, dzięki czemu łatwiej byłoby skonfrontować tezy z rzeczywistością, bo tak na „sucho” nie wydaje mi się by można było uogólniać je i wysuwać jednoznaczny wniosek o rysowanym nam trendzie.” [2] Jednak – jak słusznie zauważyła Paulina Natalia Wileńska, Prezydentka Wandystanu, podczas prywatnej rozmowy, większość z tez i przykładów wykorzystanych w nim pochodzi z Księstwa Sarmacji (ranking, przywileje typu głosy w wyborach za aktywność czy też wynagrodzenie za „lajka” chociażby) – dlatego też pozwolę sobie skupić się na tym kraju podczas kontestowania tez baroneta of Skaro.

Pociąg do Grodziska

Od kiedy sięgam pamięcią, wizerunek Księstwa na arenie międzynarodowej był dla mnie zagadką. Jeszcze wtedy, gdy Dreamland i Scholandia były w sojuszu, zaś kontynent wschodni był dzisiejszą Nordatą, o Sarmacji wypowiadano się różnie. Z jednej strony – duże państwo, pełne ciekawych ludzi i interesujących treści. Z drugiej – imperialiści walczący o każdy piksel na mapie, przekonani o swojej wyższości nad innymi i Wanda tylko wie jeszcze, jak bardzo źle jest w tej Sarmacji.

A mimo tego, przez Sarmację przewinęło się bardzo dużo osób, w tym dzisiejszych działaczy na Vaarlandzie, Nordacie i innych kontynentach mikroświata. Co rusz odnajduję w systemach kolejne zapomniane konta osób, które przyszły najpierw do nas, a potem poszły dalej w mikroświat, szukać szczęścia gdzie indziej. Czasami zostały z nami na dłużej (casus Andrzeja Swarzewskiego), czasami ich aktywność u nas ograniczyła się do paru postów na forum w dziale powitań. Ot, nie zaaklimatyzowali się.

Czasami to pełni nadziei działacze z innych państw przybywali do nas, chcąc nawiązać stosunki, zdobyć obywatelstwo w kolejnym kraju i ogółem zobaczyć, jak to w tej wielkiej Sarmacji jest. Przywitali się, zadali parę pytań i zniknęli. Zastanawiając się nad tym fenomenem, warto zauważyć, że w stosunku do innych państw mikroświata, Księstwo jest zwyczajnie specyficzne. Pal licho strukturę władzy – to da się w miarę łatwo ogarnąć. Chodzi jednak o te drobne detale typu – jak tu opublikować swój artykuł (możesz w Parku Stołecznym, żeby mieć własną gazetę, musisz wydać 75 000 lt), dlaczego nie mogę używać mojego tytułu z innej mikronacji (autentyczny casus Tobiasza von Richtoffena [3]) i jak to, to nie mogę mieć obywatelstwa w Sarmacji tylko dlatego, że mam obywatelstwo w innej mikronacji i jestem jej działaczem na wysokim stanowisku?

Ciekawy jest także inny aspekt tej specyfiki Księstwa. W rozmowie z jednym z doświadczonych mikronautów, Tomaszem Mancinim, niegdysiejszym kardynałem kościoła rotryjskiego, a od niedawna także i obywatelem Księstwa, zaczęłam się zastanawiać nad tym tematem. Jego diagnoza brzmiała następująco – w Skarlandzie, w Rotrii i w innych państwach, które w większości posługują się narracją oraz pewnym, określonym klimacie, ludzie po prostu zakładają i odgrywają pewnego rodzaju postać, zupełnie jak w grach RPG. Jeśli znudzi się nam klimat Imperium Skarlandzkiego, możemy zwyczajnie obwieścić, iż nasza postać umarła tragicznie, pozostawiwszy lub nie jakichś potomków oraz spadek, a następnie założyć nową postać w nowej mikronacji i ożyć na nowo. Z czasami z takich mikronautów rodzą się kosmopolici, którzy wszędzie bywali i państwa Vaarlandu znają od podszewki.

W Sarmacji z kolei, jak ujął mój rozmówca, po prostu odgrywamy „lepszych siebie”. Czasami – taka moja uwaga – nawet „gorszych siebie”, bowiem ileż było ludzi, którzy w Księstwie dużo się kłócili, antagonizowali, a w realnym życiu okazywali się być miłymi i uprzejmymi? Tylko tutaj można spróbować być po prostu nieco inną wersją siebie. Jednak nie jest to odgrywaniem postaci, zwłaszcza, że narracji w Sarmacji praktycznie nie ma, co ostatnio dostało dosyć boleśnie skonkludowane przez Daniela baroneta da Firenzę – rzeczony w odpowiedzi na powitanie nowej mieszkanki, wczuwającej się w narracyjny klimat, odparł szorstko, iż nie jest to u nas wymagane.

Jakby się przypatrzeć, symptomem braku jednolitej narracji są chociażby wytwory literatury sarmackiej, w których Sarmacja czasami jest państwem XXI wieku z telefonami, komputerami i e-mailami, a czasami państwem średniowiecznym, gdzie dominują karoce i telegramy. Mimo, że obecny system Księstwa stawia raczej na odniesienia do średniowiecznego klimatu (Poczta Konna zamiast wiadomości, telegramy zamiast powiadomień znanych z Facebooka, etc.), nie daje to żadnej konsekwencji w narracji – ergo pozostawia ją w sumie samorządom, które już łatwiej przyporządkować do określonych etykiet. Chociaż tu też nie jest kompletnie łatwo – w jednym z samorządów prowadzą odwierty głębinowe, w drugim zaś niegdyś próbowano uruchomić elektrownię atomową.

A na szczeblu centralnym narracji prawie w ogóle nie ma – jest tylko czysta polityka i administracja.

Wodzu, prowadź na Awarę, bo ranking słaby

W takiej sytuacji baronet of Skaro pisze w Kurierze dramatycznie – „Tu nie ma miejsca na wielkie idee i starcia monarchofaszystów z bazylianami, KONia, przepad, Wielkie Trójki, spory o wyspy, czy emocje związane z polityką Scholandii, Dreamlandu, Sarmacji czy Wandystanu, i tak dalej. To nie jest zwyczajnie potrzebne. Liczy się ranking.”

Poniekąd prawda, ranking aktywności stał się ostatnio jednym z centralnych punktów Księstwa. Jednakże dziwi mnie, że autor nie widzi żadnych emocji związanych z polityką Scholandii czy Dreamlandu. Przecież jeszcze niedawno w kolejnym artykule na łamach Kuriera [4] Arcyksiążę de Brolle z przekąsem zauważał, że Sarmaci egzorcyzmują zbiorowo kolejne wypowiedzi markiza von Witta, a także żywo są zainteresowani sytuacją we Wspólnocie Korony Ebruzów.

Autor powyższego cytatu [baronet Skaro – przyp. red.] ma prawo o tym nie wiedzieć, gdyż wówczas go w mikronacjach nie było, lecz niedługo minie okrągły rok od czasu oficjalnego rozpoczęcia sporu o Awarę, który na długo zapadnie w pamięci mikroświatowej społeczności. Królestwo Baridasu i Księstwo Sarmacji wysunęły roszczenia do wyspy, do których od długiego czasu władze w Grodzisku i Almerze się przygotowywały. Nota dyplomatyczna, skierowana do JKM Filipa Radgara Scholandzkiego, stała się nie tylko pretekstem do wywołania aktywności pośród Sarmatów – właśnie tych samych Sarmatów, którzy według baroneta nie widzą miejsca na „spory o wyspy” – oraz, co ciekawsze, mikronautów.

Podczas gdy w Sarmacji mobilizowano Książęce Siły Zbrojne i narastały kolejne emocje powiązane z „odbiciem naszego”, Kurier wydał w sumie siedem artykułów dotyczących samego sporu, a kolejne państwa nie tylko komentowały go gorąco na swoich forach, ale i wydawały oficjalne oświadczenia. Bilans aktywnościowy? Zdecydowanie na plus, chociaż z lekką goryczką niesmaku powiązanego z niektórymi rzeczami, które się wydarzyły podczas tej akcji.

Dowiodło to jednak pewnej rzeczy – Sarmatom zależy na tych ideach, zależy na sporach. Mamy wszakże opinię mikronacji dosyć kłótliwej. Jak mawiał jeden z Erbokańczyków, „Sarmacja – best flamewars since 2002 AC”. Rzecz w tym, że aby się kłócić, trzeba mieć jakiś przedmiot kłótni. Wystarczy, że baronet of Skaro rzuci niefortunnie sformułowanym stwierdzeniem albo że Sclavinia wspomni na swoim forum o tym, że chciałaby być Krajem Korony – i już mamy spór. A ranking aktywności nabija się „obok” i nieświadomie.

Nie ma osi sporu, nie ma więc kłótni. Nie oznacza to koniecznie braku idei.

Ustrój do kosza, idea do muzeum, niech żyje suweren

W swoim grafie, przedstawiającym „postmikronację”, baronet of Skaro wykreślił zeń „ustrój” oraz „ideę”, zostawiając tylko „suwerena”. W świetle jednego z referendów zarządzonych w roku 2013 [5], gdy to lud Księstwa postanowił o tym, aby jeden z artykułów w Konstytucji – traktujący o narodzie oraz Księciu jako suwerenie Księstwa – ograniczyć do samego narodu, jest to dosyć kuriozalne stwierdzenie. Już dawno przestaliśmy opierać nasze państwo tylko i wyłącznie na Księciu. Wprawdzie zajęło to całe lata bolesnych lub mniej przemian społeczno-politycznych, jednak obecnie Księstwo opiera się głównie na ustroju.

W zasadzie, jakby nie patrzeć, spór o ustrój Księstwa trwa ciągle, jeśli nie na forach publicznych Księstwa, to w umysłach Sarmatów. Diuk Czuguł-Chan nazwał go kiedyś „osią stęknięć [nie zaś sporu]”, w zasadzie dosyć słusznie, ale tylko z tego powodu, że tak naprawdę już wszystkie argumenty w tym sporze padły, wszystko co można było powiedzieć – powiedziano, a większość uczestników tej dyskusji zna poglądy swoich przeciwników na wylot, więc zwyczajnie nie chce się im powtarzać czy wracać ciągle do tej samego sporu.

Nieco odmienne, chociaż zbieżne z konkluzją RCA, stanowisko zajął w jednym z wywiadów JKW Daniel Łukasz 

A gdzie podziała się idea likwidacji monarchii i wprowadzenia republiki? Dlaczego ci, którzy nazywają się monarchistami, nie podejmują aktywnych działań do wzmocnienia uprawnień Korony? Naród nie był kiedyś wyłącznym suwerenem, a książę miał prawo do wydawania dekretów z mocą ustawy. Osiągnęliśmy ten punkt ewolucji ustroju, w którym monarchia parlamentarna i znikome uprawnienia księcia została uznana za linię, której nie wolno przekraczać. Nawet monarchistom. [6]

Jestem jednak przekonana, że w kraju, w którym od czasu jego powstania złożono co najmniej parę razy w różnych okolicznościach i etapach jego istnienia petycję o zmianę nazwy na „Wielkie Księstwo”, już niedługo wrócimy do kłótni o kwestie ustrojowe.

Nie jesteście idiotami

W „Wolałbym nie” arcyksiążę de Brolle z przekąsem skomentował, że obecną doktryną sarmackiej polityki zagranicznej wydaje się „wszyscy wokół są idiotami”, jednocześnie w tę frazę wpisując odnośnik do wypowiedzi JKW Daniela Łukasza na forum sarmackim, w której stwierdził, że zwyczajnie nie ma żadnych podmiotów godnych współpracy międzynarodowej. Teza ta generalnie wydaje się popierana – chociażby w ostatniej debacie na IRCu [7] Kristian Arped, w odpowiedzi na pytanie o realizację polityki zagranicznej, odparł krótko, acz lapidarnie: „Najpierw trzeba mieć z kim.”

Na pierwszy rzut oka cytowana wypowiedź wpisuje się w tezę arcyksięcia, jednak po rozmowie z jej autorem okazało się, że chodzi o coś wręcz przeciwnego – aby ktoś chciał z nami uprawiać politykę zagraniczną.

W tej samej debacie hrabia von Hohenzollern, cytowany niejednokrotnie na łamach Kuriera, stwierdził, iż powinno zależeć nam na utrzymywaniu dobrych relacji z innymi państwami. W tej sytuacji stwierdzenie arcyksięcia wydaje się trochę hiperbolizacją – ot, paru Sarmatów jest za prowadzeniem polityki zagranicznej, paru nie widzi w tym sensu. Dodajmy do tego, że zwyczajnie nie wszyscy są zainteresowani tą dziedziną mikronacyjnego życia. Tradycyjnie, jak to w Sarmacji, opinie zwyczajnie się różnią i mają różnorakie uzasadnienia.

Jeśli miałabym wskazać, co w takim razie jest doktryną polityki zagranicznej Księstwa – zdecydowanie odesłałabym do artykułu Młynka markiza Kawowego [8], w którym jasno i trafnie wykłada, dlaczego w Sarmacji ta dziedzina polityki wygląda tak, a nie inaczej. Można z nim polemizować, ale przy większości stwierdzeń zostanie tylko przytaknięcie głową.

Nie posądzam arcyksięcia de Brolle’a – wytrawnego wszakże obserwatora sceny międzynarodowej oraz sarmackiego życia – o rzucanie stwierdzeń bez argumentów. Zauważalny jest jednak czasami trend w niektórych państwach – gdy jeden z Sarmatów coś skrytykuje, automatycznie uznaje się jego opinię za opinię całej Sarmacji, nie biorąc poprawki na to, że przecież w Księstwie są różni ludzie o różnych poglądach… Ale działa to też w drugą stronę – gdy na forum Księstwa przytoczona zostanie jakaś opinia osoby prywatnej, często rzutuje to na postrzeganie przez Sarmatów kraju pochodzenia danej osoby jako całości.

Forum nie jest całością państwa

Sarmaci mają generalnie wysokie standardy, i z tych standardów między innymi płyną pewne wymagania odnośnie do innych mikronacji.

W 2007 roku Sclavinia czy Trizondal były dla większości Sarmatów „yoyonacjami”. Trochę czasu zajęło im przekonanie się do obu krajów (w przypadku drugiego chyba nigdy nie nastąpiło to całkowicie; a szkoda) oraz próby umiejętnego wykorzystywania ich aktywności na rzecz całej korony sarmackiej (jak pamiętamy, nie do końca to wyszło – Rzeczpospolita Sclavinii i Trizondalu opuściła progi Sarmacji w poszukiwaniu własnego szczęścia).

Jest to pewna wada, która do dziś w pewnej formie przetrwała. Wprawdzie dzisiaj legendarny hosting yoyo.pl już nie istnieje, jednak wciąż mamy problem ze zbyt surowym postrzeganiem innych mikronacji. „Musielibyśmy mieć stronę, php bank i system, abyście chociażby pomyśleli o rozmawianiu z nami” – żalił mi się całkiem niedawno minister spraw zagranicznych jednego z młodszych państw. Cóż, tak, mamy dosyć specyficzne podejście do stron – gdzie w większości mikronacji jest to element statyczny, nie zawsze aktualizowany i służący przede wszystkim do informowania o tym, kto zasiada w władzach, aby dostojnicy z państw ościennych nie byli skonfundowani, u nas jest to integralny element naszego życia.

Gdy gazeta Chanatu Kugarskiego opublikowała po raz pierwszy ranking aktywności forów mikronacyjnych, na naszym forum pojawiły się refleksje nad tym, że nie liczy on aktywności na stronie i innych miejscach publicznych Księstwa. Szybko zostały one ochrzczone w Republice Bialeńskiej mianem „gównoburzy” (autora tego stwierdzenia zachęcam do przestudiowania chociażby legendarnej debaty w Sejmie Księstwa Sarmacji o małżeństwach homoseksualnych w systemie lub innych kłótni, a potem porównania ich z zaistniałą sytuacją). Jednak, jako iż forum to jedyna aktywność w wielu państwach, ranking został ogólnie przyjęty pozytywnie.

Ciekawostką była debata nad nim w Al Rajnie, gdzie jeden z dyskutantów stwierdził, że pisanie 1000 postów na forum w tydzień to „spamerka” i na pewno nie są one dobre jakościowo. Został jednak szybko zgaszony przez Hatima Al-Salaha, który stwierdził, że na forum Federacji sytuacja nie jest wcale dobra – jedno- lub dwuzdaniowe posty, niewiele wnoszące do tematu.

Passus z Al Rajnem dotyka dosyć istotnej dla Sarmatów sprawy, łączącej się z „yoyonacjami”. Otóż Federacja znana jest jako państwo, w którym cała aktywność skupia się na forum w wielostronicowych wątkach. Inicjatywy, jeśli się pojawiają, są realizowane tylko i wyłącznie na forum. Zdarzają się pośród nich wprawdzie perełki („Jeden dzień z życia w mieście” autorstwa Malika al-Mulka [9]), lecz ogólnie Al Rajn jest odbierany jako mikronacja forumowa.

Forum to nie jest zły środek komunikacji. Ale znacznie bardziej doceniamy państwa, które próbują wyjść poza jego ramy. Przykładem jest chociażby Republika Palmowa – mała, kameralna mikronacja z bardzo ciekawymi inicjatywami, do których zapraszany jest cały mikroświat, od Sarmacji po Abachazję, od Dreamlandu po Uhrainę. Regaty, łowienie ryb czy kongres rzeczy niepotrzebnych – to wszystko pozytywnie buduje wizerunek La Palmy.

Wielu ludzi narzeka, że Sarmaci mają zbyt wysokie wymagania wobec innych i bardzo łatwo przychodzi im nazwanie jakiegoś kraju „yoyonacją”. Narzekającym jednak umyka informacja, że Sarmaci mają wysokie wymagania przede wszystkim wobec siebie. A skoro wobec siebie, to i wobec reszty mikroświata.

Chcę być diukiem w Sarmacji

Przypomniała mi się dosyć kuriozalna sytuacja, w której po raz pierwszy pomyślałam, że ten sam, „do bólu” technokratyzm, na który narzeka Kawowy w swojej definicji sarmackiej polityki zagranicznej, jest – mimo swoich wad – całkiem niezły i gwarantuje pewne standardy. Otóż, pewnego dnia przyszedł do mnie wysoki rangą dostojnik, sprawujący ważną funkcję w pewnym państwie na Kontynencie Wschodnim. Zapaliwszy cygaro, wypalił wprost.

– Czy mogłabyś mi załatwić tytuł diuka w Sarmacji? Albo chociaż hrabiego?

Na początku, przyznam, osłupiałam. Potem obudziło się we mnie zaciekawienie i spytałam, po co mu właściwie rzeczony tytuł.

– A bo muszę córkę wydać za mąż za jakiegoś dobrego księcia, a jeśli będę miał tytuł w tak poważnym państwie jak Sarmacja, to moja córka będzie lepszą partią.

Cóż. Wyjaśniając, że w Sarmacji nadawanie tytułów nie jest uznaniowe, a na zasadzie drabinki wsi lennych, w duchu zaczęłam się zastanawiać, czy to normalna praktyka w państwach wschodu.

Jednakże, wsie lenne to ta sama rzecz, za którą wielu Sarmatów nie przepada, gdyż w opinii niektórych zepsuła ona magię nadań. Kulminacją zniszczenia tej magii był post jednego z młodszych stażem mieszkańców pod obwieszczeniem Księcia o nadaniu wsi lennych, w którym rzeczony mieszkaniec zapytywał, dlaczego nie dostał więcej, bo brakowało mu tylko jednej wsi do następnego tytułu.

Pan kosmopolita trochę jak kosmita

Kwestia zarabiania wsi za realne zasługi, nie zaś koligacje towarzyskie, prowadzi nas do kolejnego aspektu obecnej Sarmacji. Otóż, mimo że cierpimy na wieczny niedobór ludzi, jednocześnie ciężko u nas objąć wysokie stanowiska państwowe bez choćby minimum, powiedzmy, trzech miesięcy zaangażowania w Księstwie. Wprawdzie mieliśmy Kanclerzy ze stażem czteromiesięcznym, może półrocznym, ale z tych odnoszących sukcesy kojarzę tylko Rattusa markiza Norvegicusa-Chojnackiego. Reszta miała albo doświadczenie z innych mikronacji, albo problemy z rządzeniem.

Wspominałam o ludziach, którzy przychodzą do nas i liczą na łatwe uzyskanie obywatelstwa. To są z reguły ci sami ludzie, którzy polują na stanowiska. Najpierw obywatelstwo, potem może jakiś konsul, albo minister w rządzie centralnym, hm? No niestety, nie jest tak łatwo. Trzeba się trochę postarać – a przykłady tych, którzy po czterech miesiącach zostawali ministrami, dowodzą, że nie jest z tym tak trudno.

Niewiele mogę jednak poradzić na to, że Sarmaci niezbyt ufają kosmopolitom, którzy pojawiają się w Księstwie co parę dni, może tygodni, ledwo balansują na skraju rankingu aktywności, a uaktywniają się w momencie ogłoszenia wyborów do Sejmu lub gdy mają szansę na uzyskanie jakiegoś stanowiska. Z reguły przegrywają w wyborach (niekoniecznie do parlamentu, ale też na przykład do samorządowych organów władzy), zrażają się, a parę dni później zostają ministrami gdzieś na Nordacie czy Vaarlandzie i są dumni ze swoich osiągnięć.

Tak im łatwiej. Po co się starać, pracować na reputację w Sarmacji? Łatwiej zdobyć stanowisko w innym kraju i być dumnym z kolejnego przypisu w sygnaturce na forum. Nie będę udawała, że ich nie rozumiem – bo rozumiem, że w Księstwie niejednokrotnie budowanie reputacji wymaga wielu lat realnej i konsekwentnej pracy, ale z drugiej strony, jest to satysfakcjonujące.

Absolutnie nie twierdzę, że wszyscy powinni się przeprowadzić do Sarmacji, a nie czyniąc tak, idą łatwiejszą drogą. Każdy buduje w jakiś sposób swoje państwo. Nie da się jednak bez słowa przejść obok tabunu ludzi przybyłych z innych mikronacji, aby rozczarować się Sarmacją i uciec z powrotem do siebie, gdzie będą mogli bezpiecznie głosić tezy, jakie to Księstwo złe i jak to w nim nie da rady się wybić.

Ja tu sobie polajkuję, a Wy budujcie państwo

To, o czym RCA – skądinąd, zaskakująco – nie wspomina w swoim artykule o postmikronacyjnej Sarmacji, to roszczeniowa postawa nowego pokolenia mikronautów. „Jest nudno” – stwierdzają, nie robiąc nic, aby to poprawić. Jeszcze niedawno w swoim artykule Daniel baronet da Firenza, walcząc z jesienną depresją, pytał, gdzie jest prasa, gdzie jest aktywność, gdzie jest oś sporu?

W odpowiedzi zreplikowałam, że jednym z haseł reklamowych mikronacji jest „możesz tutaj robić to, co chcesz”. Moim zaś mottem „życia przez v” stało się jakiś czas temu rozszerzenie tej sentencji – „jeśli czegoś Ci brakuje, zrób to”. Zatem – zamiast narzekać na brak analiz politycznych w prasie, gdy dopadnie mnie wena, sama je sporządzam. Zamiast zastanawiać się, czemu dziennikarze nie publikują, sama coś piszę. Brzmi prosto. Ale w rzeczywistości jest niesamowicie męczące, zwłaszcza gdy chodzi o społeczeństwo, w którym większość osób konsumuje, a w zamian zostawi może bardzo treściwy komentarz w stylu „bardzo fajny artykuł”.

Naprawdę łatwo narzekać na sytuację aktywnościową, trudniej pomagać w jej poprawie, prawda?

Dosyć ciekawym, dla mnie personalnie zwłaszcza, zjawiskiem było zorganizowanie w Księstwie debaty między trzema Sarmatami na IRCu. Mniej więcej po pół godziny zaczęły się sypać Ćwirki i opinie, że jest nudno, i w tym tonie większość obserwatorów kontynuowała narzekanie aż do końca debaty. „#PiszęĆwirkiBoChcęDaćZarobićRadzieMinistrów Lepsze takie zajęcie niż marnotrawienie czasu na słuchanie tej dennej tzw. debaty” – stwierdził wprost Wincenty wicehrabia Wałachowski. Jego zdanie poparło pośrednio paru innych obserwatorów, którzy również wtrącili swoje trzy grosze o tym, jak bardzo nudna jest ta debata.

Te reakcje prowadzą mnie do ogólniejszej, smutnej konkluzji na temat Sarmacji. Sama debata, naturalnie, nie obyła się bez usterek. Abstrahując od oczywistego demotywacyjnego wymiaru wypowiedzi takich jak ta przytaczana wyżej, można się zastanowić nad tym, jaki ona daje obraz młodszego pokolenia Sarmatów. Pokolenia, które z radością korzysta z tego, co się da kliknąć, narzeka na to, że rody nie są zaprogramowane w systemie, tylko trzeba je ręcznie tworzyć, a jednocześnie pokolenia, które zatraciło sens prowadzenia narracji i korzystania z inicjatyw innych niż informatyczne. Nie żeby tworzyli te informatyczne…

Profesjonalizm mile widziany

Można się także zastanawiać, czy to nasze, sarmackie, dążenie do perfekcyjnych standardów nie jest w pewnym sensie autodestrukcyjne. Gdyby ktoś wrzucił logo będące grafiką z Painta, zostałby odesłany do profesjonalnych grafików, a odesłanie to zapewne podsycone byłoby ironicznymi komentarzami w sarmackim stylu podśmiechujek. Życie. Trzeba z tym handlować, jak mówi popularna maksyma z przedmieść Ciuad de Bravo.

Nie satysfakcjonują nas także artykuły na parę linijek, lub teksty niewyjustowane, źle sformatowane lub po prostu marne pod względem merytorycznym. Jesteśmy narodem surowym dla siebie, ale jednocześnie pomaga to nam w samodoskonaleniu się. Znakomicie zresztą ujęła to Calisto diuczessa Norvegicus-Chojnacka – „Bezmyślne gadanie, że coś jest super szkodzi i twórcy i odbiorcy. Odbiorcy dlatego, że czyta coś, co jest hmmm… nie do końca fajne, twórcy zaś dlatego, że utwierdza się go w przekonaniu że robi dobrze, a skoro coś się robi dobrze, to nie trzeba się poprawiać.”

Z drugiej strony, krytyka to sztuka, która – jak każda – wymaga pewnej finezji i subtelności. Najlepiej jest, gdy wytyka ona czyjeś błędy, ale zarazem pomaga je zrozumieć i poprawić, a do tego w ogóle cudownie by było, gdyby nie zniechęcała autora. A akurat u nas z tym bywa różnie.

Wytykamy bezlitośnie kolejne błędy, obnażamy kolejną niekompetencję i nierzadko odprawiamy nawet młodych mieszkańców z poczuciem, że niewiele wiedzą. A jednocześnie ich uczymy. Taki nasz urok.

Nie odpuszczamy także Dreamlandowi czy Scholandii. Żywo komentując to, co się dzieje za granicą, czasami bezlitośnie wręcz wyśmiewamy ludzi z państw ościennych. Komisja do sprawy wyjaśnienia kryzysu hasselandzkiego, na czele której stanął JKW Daniel Łukasz, wprawdzie nie została nigdy wpuszczona do Hasselandu, ale zapadła w pamięci wielu Sarmatów jako jeden z przykładów sarmackiego humoru. W głębi serca jednak lubimy osoby z innych państw i nie życzymy im źle.

Zabawa to zabawa, nawet jeśli szybko przemija z wiatrem

„[A] inne mikronacje są tak pełne życia, nawet jeśli czasem budzi ono ambiwalentne odczucia.” – pisze w swoim artykule Kawowy, wspominając, dlaczego czasami Sarmaci zazdroszczą reszcie mikroświata. Fascynujące przewroty w Rotrii czy Kongres Orientyki w Surmenii, który niejednego obserwatora doprowadził do łez ze śmiechu to rzeczy, których nam brakuje. Jesteśmy bardzo, bowiem, technokratyczni.

Jednocześnie spotkałam się parokrotnie z intrygującym podejściem. Niektórzy Sarmaci, zdziwieni, pytali, czemu taki Kurier opisuje wydarzenia z mikronacji, które mają pięć, może sześć mieszkańców. Podśmiewano się z markiza von Witta, który na mapie rozszerzył kontynent, na którym leży Elderland, aby wrzucić tam nowopowstałe królestwo (które dosyć szybko upadło). Czy warto stukać tyle w klawiaturę dla kraju, który za parę miesięcy najpewniej zostanie pochłonięty przez wir historii?

Odpowiedź uświadomiłam sobie, czytając jedną z polemik Kuriera – autorstwa Rhaegara Targaryena-Deithvena, w której rzeczony budował całkiem ciekawą filozofię polityczną, zawierającą między innymi wspomnienia o nacjonalizmie aryuńskim. Aryun z perspektywy Sarmacji może wydawać się państwem krótkotrwałym, nie na poziomie i ogółem niewartym zainteresowania. Jednakże zdołał on wyprodukować minimum jednego filozofa polityki, który na podstawie obserwacji życia w swoim kraju sformułował swoje stwierdzenia i jest je w stanie obronić.

Te same kraiki, które często przez Sarmatów są odrzucane jako niezbyt godne uwagi, to kraje, w których ludzie się samodoskonalą, uczą się pewnych mechanizmów polityki oraz społeczeństwa, mogą testować kolejne ustroje, robić dosłownie wszystko, co można robić – i świetnie się przy tym bawić.

Doskonale pamiętam swoje lata mikronacyjnej młodości. Będąc w wieku „podstawówkowym”, nie byłam zbyt oświeconym egzemplarzem społeczności mikroświatowej. Moi koledzy z Trizondalu (wówczas Kraju Korony Księstwa Sarmacji – i wcale nie chodzi mi o kraj jednej z prowincji sarmackich), którzy wówczas byli w gimnazjum – Marcel Hans czy Marcin Sokołowicz-Iwanowicz, a nawet Paulina Ivette, i wielu innych – byli dla mnie starszakami. Nasza zabawa być może nie przystawała do standardów wyznawanych przez Księstwo, ale najistotniejsze było to, że bawiliśmy się dobrze w swoim gronie, jednocześnie dodając swoją cegiełkę do budowy całego mikroświata.

Jeśli nie w tym tkwi istota mikronacji, to w czym?

Budowanie gigantów nie jest dla każdego. Są ludzie, którzy po prostu wolą zabawę w swoim – mniejszym – gronie. Wolą bawić się na swoich zasadach. Czasami, być może, jest to zabawa mało dojrzała dla nas. Czasami mierzi nas poziom postów na forum chociażby.

Jeśli im to pasuje, to co nam do tego? Oni też budują mikroświat.

Dawno temu, za górami i za morzami był sobie system gospodarczy

System gospodarczy w Sarmacji to w ogóle dosyć zabawna historia. RCA w swoim traktacie o postmikronacjach wykreślił „symulację systemów gospodarczych”, a zamiast tego dopisał obok „brak systemów gospodarczych”. Patrząc na całość i kontekst artykułu, wydaje się, że autor sugeruje, jakoby Sarmaci uważali, że mogą się bez systemu obejść.

Trochę niezbyt trafne twierdzenie, zwłaszcza, że system wciąż jest w fazie pisania przez czołowych informatyków Księstwa. Natomiast, jak stwierdziłam na początku, historia gospodarki w Sarmacji jest zwyczajnie zabawna. W latach przed moim przybyciem do mikronacji (które nastąpiło w 2007) funkcjonowały Syriusze, jednak z masą błędów. Ostatecznie zaniechano ich rozwoju i nastąpiły czasy, w których ciągle ktoś obiecywał przywrócenie systemu gospodarczego, ale jednocześnie nikt tego nie robił.

System gospodarczy był zwyczajnie bajką na dobranoc, opowiadaną grzecznym dzieciom lub melodią przeszłości – zależnie od tego, w jakim kontekście go wspominano. A jednocześnie, mam wrażenie, Sarmaci nie wyobrażali sobie funkcjonowania jakiejkolwiek mikronacji bez systemu. Dlatego, gdy przyszedł Piotr II Grzegorz ze swoją Złotą Wolnością, wywołał masową ekstazę w narodzie – nie żeby nie była zasłużona. Jednak obecnie ponownie jesteśmy bez systemu gospodarczego – mamy tylko system zarządzania treścią i sprzedawanie zupek. Rzec można by, że zostaliśmy osieroceni przez brak Złotej Wolności – ciągle wspominamy czasy z systemami, funkcje systemu i trwamy w oczekiwaniu na nowy system. A jednocześnie wciąż klasyfikujemy inne mikronacje na podstawie tego, czy mają system, czy nie. Jak inaczej bowiem nazwać opinie niektórych Sarmatów o tym, że gospodarka narracyjnie prowadzona jest dziwna; upatrujących sensu w prowadzeniu pojedynków tekstowych, nie w jakimś programie informatycznym; etc?

Na naszą korzyść świadczy to, że w swoim traktacie z 2005 roku o tym, czym jest państwo wirtualne, Łukasz Pietraczuk – uszeregowawszy państwa według stopnia ich rozwoju – przy najwyższym stopniu jako jedno z kryteriów wymienił „automatyczny system bankowy, automatyczny system obsługi gospodarki”. [10] Słusznie więc pożądamy tego systemu, chociaż nasza pewność siebie może nieco pikować po zobaczeniu kolejnego kryterium („populacja powyżej 300 osób”).

Jak stwierdza dreamlandzki król senior Edward Artur w „Życiu przez V” [11] w odpowiedzi na odpowiedź (sic!) na traktat Pietraczuka, system gospodarczy to pierwotnie był „dodatek do funkcjonowania państw wirtualnych, metoda na zapewnienie jakiejkolwiek siły nabywczej wirtualnych walut, i rozszerzenie spektrum możliwych aktywności dla obywateli”. Dopiero potem stał się czymś więcej. Czy wzmocnił państwo? Tu odsyłam ponownie do wzmiankowanej pracy, bo w sumie to dosyć ciekawa sprawa i nie do końca jednoznaczna.

Halo, tu mówi centrala

Dalej czytamy w traktacie o postmikronacjach – „Obecna postmikronacja, z jej zdecentralizowanym „samorządem”, z władzami szeroko autonomicznych prowincji, nie prowadząca polityki zagranicznej, nie kreuje potrzeby sprawowania władzy na szczeblu centralnym.”

To, dosyć mocne stwierdzenie w połączeniu z wypowiedziami autora na forach publicznych Księstwa o tym, jak potrzebna jest centralizacja, gdyż ludzie za dużo czasu poświęcają w samorządach – wydaje mi się po prostu przekręceniem problemu.

Posada Kanclerza Księstwa Sarmacji jest wciąż dalece bardziej atrakcyjna niż Konsula Sclavinii. Sęk tkwi w tym, że po pierwsze, nie każdy jest zainteresowany działalnością centralną (i vice versa, nie każdy interesuje się działalnością w samorządzie), a po drugie, problem z krótką ławką chętnych na stanowisko Kanclerza i brakiem jego atrakcyjności nie tkwi w żadnej decentralizacji, a w tym, że jest to stanowisko trudne. Trzeba poświęcić na nie dużo czasu oraz chęci, między innymi dlatego, że jego kompetencje są tak szerokie, że z nieaktywnym Kanclerzem Księstwo zwyczajnie słabo funkcjonuje. Ostatnio dochodzi do tego niemal całkowity brak oddolnych inicjatyw Sarmatów.

Czy decentralizacja to taki problem? Kontestowałabym, czy w ogóle mamy z nią do czynienia. Raczej jesteśmy gdzieś pośrodku – centrala jest wciąż ważna, chociażby w sytuacji, gdy namiestnicy tracą aktywność systemową, ale z drugiej strony, mając obowiązek zamieszkania w mieście, aby poprawnie funkcjonować systemowo (sprzedaż zupek), nie da się w samorządzie nie mieszkać. Co nie jest równoznaczne z aktywnym działaniem na jego rzecz.

Decentralizacja była w roku 2007, gdy każdy samorząd miał swoje osobne i tętniące życie forum. Dzisiaj można tylko westchnąć, patrząc na próby każdej prowincji i Kraju Korony w ustaleniu oraz konsekwentnym prowadzeniu swojej narracji przy chronicznym niedoborze ludzi. Gdyby było tak jak mówi autor, że decentralizacja jest tak daleko posunięta, nie byłoby na przykład problemów z aktywnością w Koronie Księstwa Sarmacji – wszakże przyjmujemy, że działalność w samorządach jest atrakcyjniejsza, niż w centrali, prawda?

Myślę, że o decentralizację nie ma co się bać, przynajmniej do momentu, w którym Baridas jako Kraj Korony nie zamieści na swoim forum informacji rodem z elderlandzkiego miejsca dyskusji o tym, że jest to „forum udostępniane Baridasowi gościnnie przez Księstwo Sarmacji”. Potem możemy zacząć się martwić.

Chociaż przyznam, że pewnym symptomem była organizacja uroczystości z okazji II rocznicy koronacji Jego Książęcej Mości Tomasza Ivona Hugona, a zarazem i jego urodzin, podczas której samorządy zwyczajnie… mało zrobiły. Jeden z samorządowców nawet wyznał drogą prywatną, że samorządy mają tyle własnych problemów i spraw, że po prostu w tym kontekście pomoc w organizacji ogólnopaństwowej uroczystości nie jest aż tak ważna.

Ale to już chyba temat na inną rozmowę.

Mikronacja lite już niedługo (albo nigdy)

Czarne przewidywania baroneta of Skaro odnośnie do przyszłości mikroświata raczej się nie spełnią. Nawet jeśli faktycznie zejdziemy w pewnym momencie do poziomu „mikronacji lite”, jak to zręcznie określił autor, wciąż pozostaje pewien aspekt.

„Uważam, że funkcjonować w kilka osób można latami, pod warunkiem, że się dość dobrze ze sobą bawimy” – napisał na forum Królestwa Scholandii Andy Sky, powtarzając myśl wielokrotnie wyrażaną na forach mikroświata.

No właśnie, istota mikronacji nie zaczyna się, ani nawet nie kończy się w Książęcym Mieście Grodzisku, Królewskim Mieście Ekorre czy Ammacie Al Many. Ona tkwi w każdym z nas.

[[[Bibliografia]]]

[1] Robert Janusz von Thorn-Czekański, „Postmikronacje. Jak zmiany w ekosystemie Internetu przyczyniły się do obecnego stanu mikroświata”, Kurier
[2] Daniel von Witt, forum Królestwa Dreamlandu
[3] Wątek powitalny Tobiasza von Richtoffena na forum Księstwa Sarmacji
[4] Jacques de Brolle, „Wolałbym nie”, Kurier
[5] Dziennik Praw Księstwa Sarmacji
[6] Daniel Łukasz, „Niedziela z…”, Głos Sclavinii
[7] „Rozmowy o Sarmacji #1”, Głos Sclavinii
[8] Młynek Kawowy, „Tłumacząc potwora”, Kurier
[9] Malik al-Mulk, forum Federacji Al Rajn
[10] Łukasz Pietraczuk, „Co to znaczy „państwo wirtualne”?”
[11] Edward Krieg, „Życie przez V. Wiwisekcja”

KvLKarolina von Lichtenstein – obywatelka Księstwa Sarmacji; polityk, autorka tekstów literackich, publicystka Głosu Sclavinii. Marszałek Dworu Książęcego. W przeszłości kilkakrotnie piastowała urząd Kanclerza Rady Ministrów.

2 komentarze do " Surowy naród "

  1. Mat Max von Salvepol napisał(a):

    W artykule pojawia się opinia, że spór (jak sprawa Gnomii) pobudza aktywność. Podzielam ją w zupełności, choć zależy ona też od charakterystyki kraju. Ciężko wyobrazić mi skostniałych Scholandczyków czy statecznych Dreamlandczyków, którzy w sytuacji konfliktu wkładają dużo czasu i chęci w budowanie narracji ciemiężonego państwa separatystycznego. Jest jednak przy tym bardzo dużo świetnej zabawy, jak obserwowałem z perspektywy drugiej strony konfliktu. Dotąd zdarza mi się czasem obejrzeć film pokazujący kota do scholandzkiego serwera. Mniej sztywne podejście do tematu ma swoje zalety.

    Czy w Sarmacji nie da się wybić? Na pewno wymaga to więcej pracy niż w przypadku założenia własnej jednoosobowej mikronacji. Wiele osób, wliczając w to piszącego te słowa, w którymś momencie chce jednak zbudować coś własnego, na własnych zasadach. Dla części z tych osób oznacza to powołanie nowego kraju, który ma swój udział w całym mikroświecie. Z Sarmacji, Dreamlandu, Scholandii wykiełkowało w ten sposób sporo państw, których część istnieje lub istniała od wielu lat, dając coś do całego mikroświata. Wiele z nich jest też efemerydami, tylko małym błyskiem w historii. Ich założyciele często odchodzili z mikroświata, by wrócić do niego za jakiś czas.

    To, co jest siłą Sarmacji, to jej aspekt społecznościowy. Chyba to silne poczucie bycia częścią większej społeczności sprawia, że w momencie pisania tych słów na IRC Sarmacji jest ponad 20 osób, a na IRC Dreamlandu 3 osoby, z czego jedna osoba jest z Sarmacji, a druga ma włączony IRC całą dobę, ale nawet tam nie zagląda.

    Nawiązywanie do kryteriów szeregowania mikronacji z 2005 roku nie jest do końca skuteczne obecnie. Internet był wówczas zupełnie inny i skala państw również. Mogłoby się wydawać, że wraz ze zwiększeniem dostępności Sieci liczba zainteresowanych wirtualnymi państwami powinna rosnąć – jest jednak odwrotnie. Częściowo przez to, że mikronacje siłą rzeczy są oparte na tekście, który był dużo atrakcyjniejszy, gdy połączenia internetowe były wolniejsze. Nadal jednak – choć mówimy o regresie państw już od lat, a profil się zmienia, to patrząc na jakość powstających treści, nie jest gorzej.

    Ciekawi mnie nawiązanie do sytuacji Elderlandu w powiązaniu z forum Dreamlandu. Może w następnym artykule mógłbym przeczytać coś więcej o tym, jak obecną sytuację w Dreamlandzie widzi Autorka?

    Ale jedno muszę przyznać – jako Scholandczyk mam czasem wątpliwości, czy dworowanie sobie z nas na pewno jest wyłącznie pozytywne. Wtedy jednak przypominam sobie, skąd powinienem wyjąć kij.

  2. Jacques de Brolle napisał(a):

    Kilkakrotnie wyjaśniałem zasady publikacji komentarzy. Nie bluzgamy, nie odbijamy nerek innym dyskutantom, odnosimy się merytorycznie do treści artykułu.

    Mniej wyrafinowane wpisy zostały przesunięte do redakcyjnej piwnicy (link).

Dodaj komentarz

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.



Copyright © 2012-2014 KURIER – Mikronacyjny Serwis Prasowy. All rights reserved.
Designed by Theme Junkie. Powered by WordPress.