Jesteś tutaj: Home // Dreamland, Idee i polemiki // Wariaci i powagiści. Impresja z boku

Wariaci i powagiści. Impresja z boku

Zboczeńcy. Wulgarni. Komuniści. Szkalujący wszystkie świętości znane mieszkańcom wysp dreamlandzkich.  Fani męskiego przyrodzenia. A z drugiej strony – katolicy. Ideowcy. Monarchorojaliści. Ewangelizujący mikroświat podług swojej wizji. W zwykłym państwie by to wybuchło. A jednak obecny sukces Dreamlandu jest sukcesem głównie obu stron, które nieustępliwie walcząc ze sobą, zbudowały nowe Królestwo.

Lord P. T. Radziecki, lord A. Kaufman, lord G. de Senancour [zdjęcie niewykonane]

Skąd się biorą Wandejczycy

Najpierw jest powaga. Pompatyczny tytuł w sygnaturce na forum. Klawisze na klawiaturze coraz bardziej wytarte od ciągłego wypisywania kolejnych „Waszych Ekscelencji”. Ordnung muss sein, tu jest Wersal, a nie jakieś Abachazje czy inne Ałustrie.

Z czasem jednak zaczyna to być nużące. Poprawność polityczna sięga kolejnych stopni absurdu, dyplomatyczne eufemizmy męczą, tak samo jak zachowania kolejnych sarmackich baronów, surmeńskich demokratów czy nordackich książąt. Balon zadęcia pęcznieje, a zachowania, które niegdyś były podstawą zachowania klimatu państwa szlacheckiego, stają się coraz błahsze.

I wtedy powstaje ktoś, kogo lubimy określać „Wandejczykiem”. Wiecznie w opozycji, przykryty pod płaszczykiem komunizmu, niezłomnie demaskuje kolejne absurdy wirtualnego świata. Działając jak brzytwa Ockhama, nadaje dyskusjom ton prostoty, jednocześnie efektywnie sprowadzając do parteru hrabiów, którzy – nie daj Wando – zaczną się upajać swoimi tytułami. Nie ma owijania w bawełnę – dostaniesz wprost bolesny, ale szczery feedback.

Kluczem tutaj jest jednak zwrot: „bycie w opozycji”.

Multikulti u podstaw Królestwa

Dreamland nie jest pierwszym państwem mikroświata, które przerabia problem podejścia do nietypowej wandejskiej kultury. Każdy kraj, w którym pojawi się reprezentant tej nacji, przechodzi poważny test – między innymi test dystansu do siebie, ale i test konsekwencji w podejmowaniu działań. Księstwo Sarmacji, z którego wywodzili się założyciele Mandragoratu, już dawno oblało egzamin ze wszystkiego, co możliwe i w rezultacie postanowiło uznać wandeizm za niepożądaną grypę, której należy się pozbyć ze zdrowej tkanki narodu sarmackiego. W gratisie permanentny kryzys sarmackiej sceny politycznej aż do powrotu wicehrabiego von Thorn-Czekańskiego z walhalijskich wojaży. I wizerunek kraju powagistycznego bardziej niż Dreamland. A na to, uczciwie przyznajmy, trzeba sobie zapracować.

W Dreamlandzie pierwsze elementy kultury wandejskiej pojawiły się za sprawą księcia Skytji, Torkana Ingaawara; potem był lord Radziecki, który wskutek konfliktów wewnątrzwandejskich postanowił przenieść swoją aktywność z Mandragoratu do Dreamlandu. Ówczesne Królestwo z radością witało wszystkich osadników – chociaż arcyksiążę von Witt, deklarując, że Wandejczyków się nie boi, zapewne jeszcze nie wiedział, co go czeka. Mniej więcej w tym samym czasie na ziemiach dreamlandzkich pojawił się Gaston de Senancour. W stającym na nogi Królestwie zaczęły się tworzyć zręby dwóch różnych kultur, które wyraziły się potem w założeniu dwóch przeciwnych sobie stronnictw – Komunistycznej Partii Dreamlandu i Klub Polityczny św. Augustyna.

Sumując: Sarmaci nie dali sobie rady. Dreamlandczycy? Kwitnąco inkorporowali wszystkich, tworząc jedyny w swoim rodzaju „dom wariatów”.

Młodość kontra starość

Różnice między augustianami a komunistami nie sprowadzają się jednak do banalnego stwierdzenia, że oba stronnictwa popierają inny ustrój polityczny i mają inne wizje państwa. To przede wszystkim spór między ludźmi, którzy przybyli do Królestwa u zarania panowania JKM Edwarda II, a ludźmi, którzy na mikronacjach zużyli już stos klawiatur.

Augustianie to w większości ludzie młodzi, dla których Dreamland jest pierwszą wirtualną ojczyzną, a król, książęta i inni szlachcice są tak przyjemną odskocznią od realnego życia, że nie wyobrażają sobie innego obrotu spraw i nie wierzą, że ktoś może nie chcieć się bawić w tak klimatycznym szlacheckim państwie; ba, że może nie chcieć posiadać tytułu.

Komuniści to z kolei zbiór silnych osobowości z różnych części mikroświata. Obieżyświaty. Niejedno państwo zwiedzili; ba, niejedno sami założyli. Widzieli w praktyce działanie różnych aspektów państwa w różnych ustrojach, różnorodnych klimatach i z różnymi charakterami przy władzy. Sumując: wiedzą, że bywa bardzo różnie.

Każdy z osobna – znużony, zaintrygowany – przybył do odradzającego się Dreamlandu, czując powiew świeżości. A przede wszystkim: augustiańskiej młodości i lekkości. Zaczęły się rodzić pierwsze spory, odsłaniając silny kontrast między dwiema głównymi grupami w Królestwie. Ale czy jest to kontrast nieprzyjemny?

Rok później, mimo że zarówno większość augustian, jak i komunistów potrafi z łatwością zwizualizować sobie Dreamland bez przeciwnego stronnictwa, żaden z nich nie zastanawia się tak naprawdę, co oznaczałoby Królestwo z jednym tylko stronnictwem – i czy nie byłoby to zrujnowaniem tego, co było tak pieczołowicie budowane przez ostatnich dwanaście miesięcy. Przez ten czas młodość zdążyła okrzepnąć, a starsi rozeznali się w dreamlandzkich limesach i zadomowili się na nowych ziemiach. Co za tym idzie, coraz więcej jest wzajemnych docinków. Niedługo przed Dreamlandem stanie konieczność powtórzenia etapu znanego już doskonale z Sarmacji – to moment, w którym obie strony muszą zastanowić się, czego właściwie chcą od siebie i od innych.

Problemy przedwyborczego Dreamlandu

Kłopot z narracją KPA, która traktuje ludzi z kręgu wandejskiego jako gości w Dreamlandzie, jest jeden: politycy tego klubu są jednak zbyt inteligentni, aby nie zauważyć, że książę Ingaawar, Radziecki (czy dawniej chociażby Iwanowicz von Lichtenstein) jednak byli częścią sukcesu odrodzenia Królestwa. Augustianie, którzy nakazują im powrót do „swoich domów”, popełniają błąd wielu Sarmatów przed nimi: nie próbują sobie wyobrazić Dreamlandu bez skytyjskich dorszy czy monumentalnej pracy w Heroldii. A przede wszystkim, nie zastanawiają się, jakby wyglądało Królestwo bez solidnej debaty politycznej.

Oczywiście, komuniści też nie są dłużni: sami mają potężny kłopot z opanowaniem swojej narracji. Wulgarnie puentując wypowiedzi dyskutantów i bezlitośnie sprowadzając interlokutorów do parteru, wyznaczyli nową jakość publicznej debaty. Teza barona Oxlade-Chamberlaina o braku pewnej samokontroli wydaje się tutaj słuszna. Ekscelencja de Senancour pisał:

Nie uważam wandejskiego stylu bycia za poniżający, żałosny i wulgarny”. Wcześniej miałem z tym problem, przyznaję, teraz dostrzegam w tym pewien sens. Po prostu dziwi mnie, że z tylu możliwych wariantów agitacji ideologicznej postawiliście akurat na promocję wizerunku genitaliów, wmawiając nam, że akurat w ten sposób dokonacie tu jakiejś rewolucji.

Od lorda do buca

Ten sam de Senancour, wychowany na wandejskiej myśli dyskusyjnej i zahartowany nią, pół roku później znajduje się na ostrzu komunistów, którzy otwarcie domagają się usunięcia go z Królestwa. Trudno uniknąć wrażenia, że temperamentny dżentelmen podpadł przede wszystkim za to, że dał się ponieść wandejskiemu stylowi debaty i z eleganckiego, oczytanego szlachcica stał się cholerycznym bucem dyskutującym o „hermafrodytach”. Trochę mimo woli, bo widzi, że pod tym wszystkim kryje się pewien sens. A przynajmniej się krył, do pewnego momentu.

Jakiż to sens, gdy komuniści broniący niegdyś multikulturowego Dreamlandu i prawa do wyrażania swoich opinii, chociażby były najbardziej kontrowersyjne; gdy osoby, które rozumieją sens i cel prowokacji; gdy oni, którzy kiedyś burzyli się, że premier von Witt chce zdelegalizować partie komunistyczne; gdy ci, którzy najbardziej powinni rozumieć sens wolności słowa – gdy oni żądają bezpardonowego wydalenia krewkiego szlachcica, a przy okazji przebąkują o tym, jak to by było miło bez arcyksięcia von Witta?

Przepis na pustynię

Dziwi to tym bardziej w kontekście doświadczeń sarmackich, gdzie nierzadko obficie i bezlitośnie wydalano ludzi z kraju. Lord Radziecki, otarłszy się o próbę wyrzucenia przez Księcia z Sarmacji, argumentował wówczas, że takie sprawy rozwiązuje się za pośrednictwem Trybunału Koronnego. Dzisiaj Sąd, mimo że sprawnie już działający, staje się dla niego niewystarczającym środkiem do ukarania de Senancoura za jego wypowiedzi oceniające realną tożsamość płciową jednej z obywatelek. A na boku panowie chcą wpuścić Zanika z powrotem do Dreamlandu. Bo pocieszny.

A gdyby wszystkich krewkich ludzi wydalać z Dreamlandu, zamiast temperować, upominać, douczać? Kraj pewnie zamieniłby się wtedy w krainę płynącą misiami i słodkimi cukierkami. Chwila… Chyba takie samo założenie miały władze sarmackie, gdy pozbywały się Wandystanu z Księstwa. Pozostaje tylko przecierać oczy ze zdumienia.

Tym samym narracja Wandejczyków, skonstruowana jako opozycyjna wobec opresyjnego systemu i gloryfikująca przede wszystkim wolność słowa za wszelką cenę, wymyka się spod kontroli. Trwają wybory na Premiera Dreamlandu, w których startuje lord Radziecki. Czy będzie głosił hasła wolności słowa – tego jeszcze nie wiadomo. Ale istnieje bardzo duża szansa na to, że gdy wygra, sam stanie się częścią opresyjnego systemu.

O Autorce

Karolina von Lichtenstein – apatryda, żywa legenda, dobry duch mikroświata. Przez blisko dekadę obywatelka Księstwa Sarmacji (2007-2016), której oddała serce. Parała się polityką, publicystyką, a okazjonalnie również literaturą. W przeszłości kilkakrotnie piastowała urząd Kanclerza Rady Ministrów. Niemal dokładnie przed rokiem opublikowała na łamach „Kuriera” Surowy naród – obszerny, szeroko komentowany szkic poświęcony kulturze politycznej Księstwa Sarmacji.

5 komentarzy do " Wariaci i powagiści. Impresja z boku "

  1. Towarzyszko! Widzę co najmniej jedno poważne przeoczenie w całym tekście, niestety – teza się na nim oparła. Towarzysz Radziecki, jak już to wyjaśniał na forum, nie proponuje wydalenia Senancoura z kraju, a jedynie kibicował mu (i nadal kibicuje) w opuszczeniu go dobrowolnie. To, że uważam, że Dreamland będzie lepszy bez Witta i bez Senancoura nie znaczy, że szykuje się egzekucja. Tym bardziej, że tu nie Sarmacja, tu łatwej opcji wykopania nie ma.

    • Karolina von Lichtenstein napisał(a):

      Towarzyszu, niebywale mnie cieszy to, że „egzekucji” nie będzie; intencja jednak pozostaje ta sama, co – jak sądzę – zasadniczo nie zmienia wymowy mojego tekstu.

  2. Przeczytałem z przyjemnością. Oby więcej takich „impresji”. Na kilka spraw patrzę inaczej, ale z generalnym wnioskiem zgadzam się całkowicie.

  3. Christian von Kluck napisał(a):

    Ja należę do grona KPA, które nie widzi Dreamlandu bez KPD i przyznam szczerze, że fakt naszej odrębności buduje nasz charakterystyczny klimat. Jestem zadowolony z obecnego kształtu Dreamlandu.

  4. Daniel von Witt napisał(a):

    Kłopot z narracją KPA, która traktuje ludzi z kręgu wandejskiego jako gości w Dreamlandzie, jest jeden: politycy tego klubu są jednak zbyt inteligentni, aby nie zauważyć, że książę Ingaawar, Radziecki (czy dawniej chociażby Iwanowicz von Lichtenstein) jednak byli częścią sukcesu odrodzenia Królestwa. Augustianie, którzy nakazują im powrót do „swoich domów”, popełniają błąd wielu Sarmatów przed nimi: nie próbują sobie wyobrazić Dreamlandu bez skytyjskich dorszy czy monumentalnej pracy w Heroldii. A przede wszystkim, nie zastanawiają się, jakby wyglądało Królestwo bez solidnej debaty politycznej.

    Mogłaby Pani przytoczyć wypowiedzi, na podstawie których pisze Pani o „gościach” i „prośbach o powrót do swoich domów”? Będę wdzięczny.

Dodaj komentarz

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.



Copyright © 2012-2014 KURIER – Mikronacyjny Serwis Prasowy. All rights reserved.
Designed by Theme Junkie. Powered by WordPress.