Jesteś tutaj: Home // Dreamland, Wywiad // Gaston de Senancour: „Porcelanę mam już w dupie”

Gaston de Senancour: „Porcelanę mam już w dupie”

[Redakcja] W ramach przygotowań do tej rozmowy przejrzałem historię Pańskich wypowiedzi na forum Królestwa. Dużo tego, nawet bardzo dużo: ponad tysiąc postów, z tego właściwe wszystkie na tematy związane z polityką. To, co mnie jednak najmocniej zaskoczyło w trakcie lektury, to ewolucja Pańskiej postawy. Chociaż może lepszym byłoby słowo: „rewolucja”. Pamięta Pan, od czego się zaczęło? Od postu o porcelanie. Chwalił się tam Pan „ćmielowskim kompletem z imbrykiem wraz kwartetem filiżanek i talerzyków”.

[Gaston de Senancour, lider dreamlandzkiej Frakcji Radykalnej] Przed powstaniem listopadowym, w Kongresówce, działał wybitny krytyk literacki, filozof, muzykolog, człowiek formatu, jakiego nie mieliśmy nigdy wcześniej. Pisał subtelne artykuły o minerałach, o roślinach, o magnetyzmie, o literaturze, o malarstwie i muzyce. W dużej mierze to właśnie on wypromował Mickiewicza i kilku innych pomniejszych poetów (w tym Goszczyńskiego), był autorem absolutnie fundacyjnym dla polskiej literatury tamtego  okresu. W dniu, w którym wybuchło powstanie, akurat kończył pisać swoje największe dzieło. Dopisał krótki akapit wstępu: „Czas nareszcie przestać pisać o sztuce. Życie nasze już jest poezją. Zgiełk oręża i huk dział. Ten będzie odtąd nasz rytm i ta melodia”. Wstąpił do wojska w stopniu szeregowego i gdy tylko wrócili Rosjanie, ruszył na front i oberwał kulkę. Mam już w dupie porcelanę. To było rok temu. Sielankowe czasy błogiej naiwności. Nastał czas brutalnej walki. Odnalazłem się w tym świecie. I pokochałem atmosferę ciągłego Kulturkampfu. Jestem szeregowcem na froncie insurekcji o nowe państwo. Nie jest ważne, czy wygram, czy wyjdzie na moje. Ważne, że kule już świszczą, a ja się nie uchylam. Nie siedzę na IRCu i nie obmawiam młodszych i mniej lotnych obywateli, nie narzekam, że nudo. Sprawiam, że jest ciekawie. I stawiam na młodych.

Na łamach „Kuriera” Karolina von Lichtenstein postawiła tezę, że Pańska metamorfoza to skutek traumy wywołanej działalnością partii komunistycznej. Doświadczona redaktorka stwierdziła, że dał się Pan ponieść „wandejskiemu stylowi debaty i z eleganckiego, oczytanego szlachcica stał się cholerycznym bucem dyskutującym o hermafrodytach”. Tak w wielkim skrócie.

A pamięta pan może, z jaką reakcją zetknąłem się, gdy kilka miesięcy temu lojalnie zapowiadałem, że rozpętam piekło? Nie strasz, nie strasz, bo się zesrasz”. Proszę mi teraz powiedzieć, kto się zesrał? Tak uczciwie: kto się w naszym gronie zesrał?

Prawdę mówiąc – nie wiem, ale pewnie zaraz się dowiem. Chociaż nie wiem, czy chcę. 

Podjąłem rzuconą rękawicę i z satysfakcją widzę, jak strona przeciwna cofa się, i to w galopie, najwyraźniej przerażona oczywistymi konsekwencjami własnej polityki. Wystarczyło jedynie podnieść głos, uderzyć pięścią w stół, a w miejsce dawnego luzactwa i  śmieszkownia pojawiła się histeria i cała ta michnikowszyzna. Zamiast dystansu jest kultura focha i szantażu emocjonalnego. Uciszcie go, bo odejdę”, „jak się odzywasz do starszych?”. Proces wymknął się spod kontroli. KPD, która jako pierwsza chciała obalać stare mury i budować nowy ład, wychowała sobie frankensteina. I to nie jednego, a od razu kilku.

Gratuluję dystansu do samego siebie.

Każda akcja rodzi reakcję. W Wandystanie byłoby podobnie, gdyby pojawiała się jakakolwiek ideowa przeciwwaga dla tej kanapowej, hipsterskiej pseudokomuny, gdyby było tam miejsce na jakikolwiek pluralizm. W praktyce, wbrew pięknym deklaracjom, nie ma. Oczywiście towarzysze wykłócają się o jakieś obyczajowe brudy, wywleczone z prywatnych spotkań przy piwie, ale jeśli spojrzeć na sprawę od strony ideologicznej, to okaże się, że wszyscy mówią jednym głosem. Jest grupa zabetonowanych weteranów, która nogami i rękami broni się przed zmianą. Taką zmianą byłoby otwarcie się na młodych kosztem częściowej zmiany tożsamości państwa, zerwanie z ciągłą narracją oświeceni weterani v. młodzi, naiwni prawacy”, gdzie prawak” jest po prostu synonimem debila. Tę postawę przenosi się do Dreamlandu, gdzie formacją najsilniej oponującą przeciwko niepohamowanej ekspresji najmłodszego pokolenia jest stara lewica i paru złachmanionych liberałów, nie tylko wandejskiej proweniencji. Przerażony, pozujący na snoba Krzysztof Jazłowiecki, ze swoją pogardą do wszystkiego, co jest młodsze od niego, jest tu dobrym przykładem. Nie zdziwię się, jeśli lada moment ogłosi swoje odejście w akcie kolejnego szantażu emocjonalnego. „Bo to nie jest już jego Dreamland”, jak swego czasu wyjaśnił nam Simonsen, którego wkład do Dreamlandu sprowadza się do trzech czy czterech postów. Ciekawym rywalem byłby natomiast Iwanowicz, który stawiał na wątek zmiany kulturowej i gdyby nie ta fiksacja na punkcie penisów, byłby idealnym punktem odniesienia. Niestety – zatrzymał się w rozwoju, nie dał sobie szansy, by spotwornieć. Trzeba zostać potworem, by zmieniać świat.

Skoro Pańskim zdaniem lewica skapitulowała i okopała się na pozycjach konserwatywnych, broniąc starego porządku, to jak wyłumaczyć fakt, że wcale nie składa Pan dziś broni. Przeciwnie. Właśnie powołał Pan do życia Frakcję Radykalną.

To proste. Jestem konsekwentny. Nie wrócę do pisania o porcelanie i św. Augustynie. Zostawiam to bardziej wyważonym kolegom z Klubu Politycznego. Przekroczyłem już czerwoną linię, osiągnąłem punkt bez odwrotu. Trzeba stale przeć naprzód. Mam coraz bardziej skonkretyzowany program i wizję. Potrzebuję jednego, góra dwóch współpracowników.

A jaka to wizja?

Państwa, w którym brud nazywa się brudem, a za otwarte artykułowanie prawd „nieprzyjemnych” i „niepopularnych” człowieka nie spotyka ostracyzm w imię fałszywie pojętej poprawności politycznej. To zresztą jedna z przyczyn fiaska projektu sarmackiego. Sarmacja utrzymuje się dziś na powierzchni jedynie dzięki przyjemnej dla oka stronie głównej. Ludzie przychodzą, bo widzą ładnie zaprojektowane strony, myślą, że dzieje się tam Bóg wie co. A dzieje się tyle, ile w trzykrotnie mniej licznej i pozbawionej informatyków Bialenii. Na korzyść Sarmacji działa również błędne skojarzenie z rzeczpospolitą szlachecką, więc część osób od razu ustawia sobie Skrzetuskiego na awatarze i naiwnie wierzy, że chodzi o jakąś historyczną RPG. Na szczęście tylko do czasu, bo nazwa państwa notorycznie wprowadza w błąd. Ideowo i intelektualnie Sarmacja się nie broni. Pozorowane dyskusje przypominają konwenty partii Nowoczesna. Granice są jasno wytyczone.

Jakie to granice?

Bądź miły dla otoczenia i pisz w zgodzie z zasadami ortografii, a prędzej czy później zostaniesz diukiem i kanclerzem. W efekcie powstało miałkie gówno na siłę utrzymywane przy życiu przez von Thorna, który ma urok pana Petru. To, co ciekawe i rokujące, jak na przykład partia Pospołu, odpada w przedbiegach, bo po prostu nie ma komu tego ciągnąć. I nie ma dla kogo. Ma być miło i spokojnie, więc jest miło i spokojnie. W jaki sposób Księstwo stara się przetrwać kolejny kwartał? Ściągając byłych obywateli, którzy mają raz jeszcze odegrać starą melodię. To nieporozumienie.

Nie lubi Pan Sarmacji. I nie wiem, czy mogę zaufać Pańskiej wiedzy.

Nikogo nie lubię, ale to tutaj bez znaczenia. Jestem wolnym strzelcem, działam na własne konto. A przy okazji mówię to, co myśli pewnie całkiem spora liczba osób. Chodzi mi o modelową mikronację, a Przedruś czy Trizondal nie spełniają warunków brzegowych, więc nawet ich tu nie wspominam. Gdy więc mówię o Sarmacji, mówię o mikronacji jako takiej. Takich mikronacji jest obecnie maksymalnie pięć. Problem polega na tym, że typowa mikronacja nie inwestuje w samą siebie. Nie walczy o realną przemianę. Jedynie pozoruje ruchy, umiera z nudów, a jak się towarzystwo w końcu pokłóci o jakieś przecinki w zdaniu, to naród zbiega się popatrzeć, bo wreszcie „coś się dzieje”. Gówno się dzieje. A Sarmacja? Księstwo marnuje swój potencjał, nie stara się być tym, czym mikronacja być powinna.

A czym powinna być?

Brawurowym projektem kontrkulturowym, a jest – to przypadek sarmacki – młodzieżowym klubem dyskusyjnym najbardziej miałkiej opcji politycznej kseromodernizatorów znad Wisły. Mikronacja musi boleć, musi skłaniać do myślenia, musi zmuszać do przekraczania samego siebie. Dreamland zmusił mnie do takiej przemiany. Jestem już kimś zupełnie innym, niż jeszcze rok temu. W realu to również procentuje, bo pewne zmiany obserwuję na co dzień. Czuję się silniejszy, bardziej asertywny, zdecydowany.

Trochę to jednak przerażające.

Po prostu rozwijam się, nie stoję w miejscu. Zbieram dane, wyciągam logiczne wnioski. Dreamland i Sarmacja, pomijając statystyki, są obecnie bardzo do siebie podobne. W obu znajdziemy ludzi, który stawiają czoła mainstreamowej nijakości, starając się nadać mu jakiś kształt. Gdyby Robert Janusz von Thorn nie musiał co dwa dni publicznie przepraszać jakiegoś urażonego „pedała” – już tłumaczyłem, czym „pedał” różni się od geja, wobec którego nie żywię niechęci – gdyby mógł ewoluować w zgodzie ze swoim naturalnym rytmem, mówiłby dziś dokładnie to samo. Nie pozwala mu to to poprawnościowy knebel, na który sam się godzi, bo nic lepszego tam dotąd nie wymyślono. Będzie więc dalej marnował czas na lepienie rzadkiego gówna, które rozpadnie się dzień po tym, jak odejdzie z urzędu. Bo po nim przyjdzie jakiś wystraszony Orjon, 14-letni Duposław z partii zrównoważonego rozwoju, czy jeszcze gorzej: weteran, który przez całą kadencję będzie pielęgnował „normalność”. Normalność to zło. Gdy więc czytam, że do Księstwa wrócił jeden z seniorów, który najbliższe pół roku życia poświęci na budowę „systemu gospodarczego” dla trzydziestu absolutnie niekreatywnych osób, mogę jedynie złożyć wyrazy współczucia. Ci kreatywni stoją już z boku i czekają, aż schorowany pies zdechnie. Tyle że on szybko nie zdechnie, bo, jak mówiłem, ładne strony, ćwirki, forum, grafiki, ludzie przychodzą, kołowrotek się kręci. Po prostu po odejściu pokolenia von Thorna nastąpi ostre równanie w dół: to trochę tak, jakby za konsolą statku kosmicznego usiadły nagle szympansy. Niby kiedyś wyrosną z nich ludzie, ale raczej nie w tej rundzie.

Co jest zatem alternatywą? Co musiałby zrobić sarmacki kanclerz, by sprawić Panu satysfakcję?

Powinien podejść do sprawy jak młody papież w serialu Sorrentino: postawić na najsilniejsze, najbardziej odporne na wstrząsy 10% i na tym budować nową katedrę. Reszta niech wraca do gier przeglądarkowych i zlotów dla elfów. Trzeba być sobą do końca, nawet jeśli miałoby się przejść do historii jako cham i buc, to byłby to przynajmniej buc, który zostawił coś po sobie. Gdyby jednak von Thorn postawił dziś na swoim, spotkałoby go jedno z dwojga: zostałby skazany przez sąd na milczenie (więzienie / banicja) lub wywołałby lawinę odejść. Bo mentalne „pedały” lubią odchodzić lub grozić odejściem, a potem zapuszczać żurawia i sprawdzać, czy są dostatecznie żarliwie opłakiwane. Tak, pedały uwielbiają być opłakiwane. „Spowodował pan odejście Vladimira i Simonsena”. „Spowodował pan odejście Shillary”. Po tym wywiadzie pewnie odejdzie dwóch kolejnych urażonych pedałów, bo jak to możliwe, że władze Królestwa tolerują takiego faszystę, jak ja? Jak to możliwe, że liberalne władze Dreamlandu nie uciszyły mnie już pół roku temu? Przecież mówię to samo co Zanik, tylko z zachowaniem zasad gramatyki. Jakie to typowe.

To Pana bawi?

Raczej smuci swoją przewidywalnością. Ale idźmy dalej. W Dreamlandzie kimś takim, jak von Thorn, jest niemal powszechnie wyśmiewany Daniel von Witt, ale przecież sporo mają do powiedzenia również Ingawaar czy taki PTR, który na siłę próbuje być przyjacielem ludzkości. W Królestwie powinni pozostać ci, którzy mają jaja. Nie wiem, co można powiedzieć o Dreamlandzie sprzed roku czy dwóch poza tym, że istniał? Pan to wie? Ja nie. Pobieżnie obserwowałem go z dystansu innej mikronacji, już nieistniejącej, i współczułem jego obywatelom, którzy wegetowali pod butem jakiegoś gościa z depresją. Wiem natomiast, że o Dreamlandzie z lat 2016-2017 będzie się dyskutowało jeszcze jakiś czas po wygaszeniu ostatnich świateł. Bo dobra zabawa to zabawa na całego, bez nakładania sobie kagańca.

Co ma Pan do zaproponowania współczesnemu Dreamlandowi?

Pluralistyczną, ale też brutalną, doprowadzoną do logicznych konsekwencji narrację, w której absolutnie pełna wolność wypowiedzi ma pierwszeństwo przed bezpieczeństwem, gustem estetycznym  oraz samopoczuciem pozornie najsłabszych (w istocie: uprzywilejowanych weteranów, ceniących sobie ład i porządek). Żadnego terroru monomyśli. Chcesz być pedałem i doktoryzować się z penisologii, bądź pedałem i specem od penisów, ale nie zmuszaj do tego innych, nie zniechęcaj ich do działania wyśmiewając prawicowe poglądy tylko dlatego, że są prawicowe, nie eliminuj z gry tych, którzy krzyczą trochę głośniej od reszty. Pamięta pan reakcje, jakie spotkały mnie po ogłoszeniu programu Klubu Politycznego św. Augustyna? Luzytańczyk, prawaczek, senankurwa. Piękny pokaz tolerancji ze strony wyrozumiałej lewicy.

Nie każdy odnajdzie się w takim państwie. Ludzie szukają w mikroświecie odskoczni od świata realnego. Nie chcą ringu i zapasów w błocie, nie chcą się dodatkowo stresować.

A czego chcą? Jeśli ludzie nie znajdą tu intensywności, prawdziwego żaru, to co ich tu zatrzyma? Nadzieja na herb i tytuł szlachecki? Posada burmistrza? Rekonstrukcja historyczna? Bazowym, elementarnym poziomem, na którym można zbudować cokolwiek trwałego, to poziom nagich, prostych emocji. Trzeba poczuć krew. Trzeba mieć po co zalogować się następnego dnia. A nic tak nie motywuje do działania, jak siarczysty strzał w mordę na kolację.

To jakiś nonsens. Brednie godne Seby z blokowiska, któremu znudziła sie już internetowa strzelanka.

Myśli się pan. Ja w tym miejscu jedynie wulgaryzuję program Edwarda II, który przypuszczalnie zgadza się ze mną przynajmniej w kwestii znaczenia temperatury sporu i jego autentyzmu. Sięgnę po tekst jego proklamacji programowej, bo to jednak pouczająca lektura. No więc mówi tam mniej więcej coś takiego, że „siłą dawnego Dreamlandu była pewna doza okrucieństwa i surowe barbarzyństwo”.

Jest jednak pewna różnica między retoryczną, czysto publicystyczną tęsknotą za „surowym barbarzyństwem” minionej epoki, a Pańską kampanią wymierzoną w „pedałów”, „słabiaków”, „madgragorów pederastów, wykolejonych królów seniorów”. Na Pańskim celowniku znalazły się również: „ciąża u mężczyzny, faceci z damskimi nickami, wysyp ćwoków z depresją i obniżoną samooceną”.

Fachowo nazywa się to operacjonalizacją wyjściowej tezy generalnej. Sprowadziłem rzecz do konkretu. Dałem mu życie. Czy pana nie drażnią te wszystkie rozdygotane ćwoki, które mogą bezkarnie atakować wszystkich pozornie „głupszych” od siebie, wyśmiewać poglądy, odsyłać do gimbazy, chować się za memami, nazywać kucem, senankurwą, a jednocześnie natychmiast zwijają namiot i pryskają z podkulonym ogonem, gdy poświęci im pan jeden celny komentarz na forum? Taki, w którym się jednak rozpoznają, jak w lustrze? Simonsen odszedł, bo został trafiony-zatopiony moją uwagą. Był bazyliszkiem, przed którym ustawiłem lustro. Bazyliszkiem, którego strzeliłem w mordę i do dzisiaj nie dostałem za to medalu.

A Iwanowicz? Również odszedł, choć z innych powodów.

Odszedł, bo chciał zostać Karoliną Żółtozębą. Ten typ nie wie, co to gra drużynowa. Nie wie, co to projekt długofalowy. Współczuję. Potwierdza to jedynie moją tezę. Z rozbawieniem będę śledził rozwój jego „kariery”. Najlepiej byłoby, gdyby tu po prostu wrócił, zebrał do kupy wszystkie żetony, wysilił mózgownicę i podrasował ubiegłoroczną narrację, w której były zalążki intelektualnej brawury, a które ostatecznie trafiły do sedesu na życzenie samego autora. Zrobiłbym tu z niego prawdziwego zapaśnika. Dałbym mu charakter. Szansę na to, by być Kimś. By stać się kimś, trzeba mieć sparingpartnera, który nie uchyla się przed ciosem i który sam potrafi mocno przyłożyć. Iwanowicz woli siedzieć na kolanach mamki. A Simonsen… Kto to w ogóle jest? Jakiś pokurcz z Sarmacji, który przyszedł tu z gotową tezą. Wygłosiłby ją nawet bez mojego udziału.

Właściwym wrogiem nie jest zatem lewica jako taka, lecz niespersonalizowana Słabość?

Można tak to ująć. Słabość to gówno, które nie ma etykietki politycznej. Wychodzi ze środka. Współczesna kultura masowa afirmuje słabość na każdym możliwym polu, hoduje Słabego Człowieka, przekonanego o swojej wyjątkowości i niezastępowalności. Takiego, który dojrzewa do pięćdziesiątki i ze wszystkiego się śmieje, bo przecież wszystko jest takie „zabawne”. Człowieka, który poddaje się po pierwszym ciosie. Tymczasem życie wcale nie jest „zabawne”.

A jakie jest życie? I czy to na pewno jest uwaga kierowana do grupy nastolatków, którzy stanowią istotny procent każdej mikronacji?

Życie to przede wszystkim ból i rozczarowanie, rozcieńczone sielanką pierwszych dwudziestu lat życia. Potem gówno leje się już strumieniami. Trzeba się do tego przygotować. Przed wojną w Niemczech działały świetne szkoły Napola – Nationalpolitische Erziehungsanstalten – które hartowały młodzież w duchu siły, męstwa, przyjaźni, odwagi wobec całego tego gówna, które niesie życie. Były zajęcia z boksu, szermierki, ale też coś w rodzaju kursów kreatywnego pisania, dyskutowano o klasycznej poezji, czytano filozofów. Absolwent takiej szkoły potrafił nie tylko mocno przywalić, ale i zacytować Goethego czy Schillera. A jak trzeba było – poświęcić się dla ogółu. Młody obywatel musi się hartować. Musi oberwać po twarzy.

Pod pewnymi względami zaczyna Pan przypominać innego dreamlandzkiego ekscentryka – Angusa Kaufmana. Tamten chciałby rozrywać wszystkim odbyty, Pan biłby rozmówców po głowie i rozstawiał po kątach. Wspólnym mianownikiem tej narracji byłaby, jak sądzę, społeczność zahartowanych wariatów?

Kaufman nie jest komunistą, jest utrapieniem dla własnej partii, to oczywista sprawa. Ceni sobie swobodę ekspresji, nie dba o polityczną poprawność, jest na bakier z porządkiem publicznym. To nas faktycznie zbliża. Jednocześnie jednak Kaufman ma tę swoją obsesję na punkcie seksualności, którą czyni go nieprzydatnym dla mojego projektu, bo w tej układance istotny jest więcej niż jeden wymiar. Poza tym mówimy o człowieku, który chyba niczego nie traktuje poważnie.

Zapowiedział Pan powstanie nowej partii politycznej o nazwie Frakcja Radykalna. Jej program ujęty został w sekwencję haseł: Siła— męskość — młodość — ból — determinacja — dyscyplina — krew na śniegu. Kiedy poznamy konkrety?

Jeszcze w tym miesiącu. Na razie zapuściłem wędkę. Łowię. Wyciągnąłem wnioski z rocznego pobytu w Dreamlandzie. Jednocześnie będzie to pierwsza partia kontekstu mikronacyjnego, w tym sensie, że jej program i metody działania będą organicznie związane z tym, czym mikronacja jest ze swej natury.

A czym jest?

                Jest potworem. Trzeba dać mu głos.

Potwory mówią?

                Biją w gębę i sprawiają, że chcesz więcej.

(rozmawiał William Oxlade-Chamberlain)

3 komentarze do " Gaston de Senancour: „Porcelanę mam już w dupie” "

  1. Kaizer napisał(a):

    Ciekawy wywiad z dość kontrowersyjną osobą, patrząc przez pryzmat jego poglądów. Nie zgodzę się jednak z stawianą tezą przez pana Gastona, odnośnie Księstwa Sarmacji. Rzeczpospolita Sarmacka to nie tylko ładna strona, to przedewszystkim ludzie którzy ją tworzą. I dzięki temu strona wygląda ta jak wygląda. Widocznie pan Gaston nie zagląda często do Sarmacji, przez to też nie wie co mówi. Ponieważ w Sarmacji ciągle się coś dzieje, w każdym jego samorządzie. Na co dzień są prowadzone różnorakie dyskusje. Każda z prowincji, każdy z krajów korony na co dzień zmaga się z swymi problemami, i poszukuje środka który urozmaici zabawę w wspólnocie, zaangażuje ludzi w większą aktywność. Natomiast w centrali, ciągle trwa bój o utrzymanie władzy, o zdobycie władzy. Próbuje się wypracować najefektywniejsze koncepcje zarządzania państwem. Więc szczerze powiedziawszy pan Gaston jest w wielkim błędzie przedstawiając obraz Sarmacji jaki zamieścił w tym wywiadzie.

  2. Pavel Svoboda napisał(a):

    Przenika z tej rozmowy konkluzja, że pan Senancour ma z gruntu postmodernistyczny pogląd na świat. Nie da się w mikronacjach rozmawiać o niczym poważnym, każda debata polityczna siłą rzeczy jest rozmową o pietruszce. W takiej sytuacji liczy się wyłącznie forma, bo treści brak. To dosyć defetystyczne podejście do projektu mikronacji. Zarzuca Pan innym depresję. Ze szczerą troską radziłbym samemu się zbadać pod tym kątem.

  3. Edward II napisał(a):

    Minęła doba, w trakcie której p. Arkadiusz mógł merytorycznie ustosunkować się do treści artykułu. Zdecydował się, zgodnie z przewidywaniami, na posty o tamponach. Wszystkie wrzaski rozsierdzonego makaka trafiły do redakcyjnego kompostownika.

Dodaj komentarz

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.



Copyright © 2012-2014 KURIER – Mikronacyjny Serwis Prasowy. All rights reserved.
Designed by Theme Junkie. Powered by WordPress.