Jesteś tutaj: Home // Dreamland, Idee i polemiki, Wywiad // [Rozmowa] JKM Alfred: „Daję gniew i ogień”

[Rozmowa] JKM Alfred: „Daję gniew i ogień”

W mikroświecie obieramy sobie awatary na podobnej zasadzie, jak dawne ludy czyniły to z totemami. Chcielibyśmy, by coś o nas mówiły, a czasem – za nas. W przypadku Waszej Królewskiej Mości przez długi czas było to czarno-białe zdjęcie Ulyssesa Granta w sfatygowanym mundurze oficera wojsk Unii. Generał Grant, który spogląda dziś na nas z banknotu pięćdziesięciodolarowego, uwielbiał dobrą bitkę i miał zgubny pociąg do alkoholu, co niemal złamało mu karierę wojskową. W czasie wojny secesyjnej otrzymał przydomek „Bezwarunkowa Kapitulacja”. Przyjmijmy zatem, że totem. Odnoszę wrażenie, że król Alfred również nie wie, co to kompromis, raz po raz komplikuje sobie życie mało popularnymi ruchami, stale ustawia się pod prąd i do perfekcji opanował sztukę doprowadzania swoich rodaków do furii. Oxlade-Chamberlain nazwał WKM „jedynym niepopulistycznym monarchą mikroświata”. To nie musi być komplement. Z kolei Prezes Sądu Królestwa, na ogół raczej zrelaksowany, nazwał WKM „zaplutym karłem reakcji i przykładem najgorszego sortu monarchofaszystów”. To akurat może być komplement. Jest w tym jakaś strategia czy to po prostu trudny charakter utalentowanego geeka? 

[JKM Alfred, Król Dreamlandu] A Douglas MacArthur, drugi z generałów na moich awatarach? Też pasuje, prawda? Okazał się zbyt krwiożerczy dla prezydenta Trumana i całego politycznego establishmentu, więc wykopano go z dowództwa w Korei. Po powrocie do kraju wystąpił przed Kongresem i podzielił się słowami mądrości: na wojnie nic nie zastąpi zwycięstwa. W następstwie restauracji edwardiańskiej stworzyliśmy w kraju kulturę polityczną opartą właśnie na logice wojny. Nie ufamy rządzącym, nie szanujemy ich, podejrzewamy o złą wolę i nieczyste zagrania. W ostatnich miesiącach doświadczyli tego po kolei: Karolina Aleksandra ze strony hrabiego Chamberlaina, ja ze strony Towarzystwa Egenberg, znowu hrabia Chamberlain — ze strony dochodzącej dziś do władzy, ale organizacyjnie jeszcze nieskrystalizowanej opozycji. Działam w otoczeniu politycznym, w którym kompomisowość może być poczytana tylko za znak słabości i zachęcić do wzmożenia ataków. To jakby strzelić sobie samemu w kolano przed wyścigiem. Nie szukam bitki. Nie mam w Dreamlandzie wrogów, w znaczeniu osób, które chciałbym wytępić; jestem otwarty na konstruktywną współpracę z każdym. Uważam, że przebudowa naszej kultury politycznej, zastąpienie wojny domowej współzawodnictwem w ramach spoistej wspólnoty, jest niezbędne dla naprawy państwa. Póki co jednak: adaptuję się do warunków. Jeśli ktoś staje przeciwko mnie, otrzymuje w zamian gniew i ogień, aż do bezwarunkowej kapitulacji.

Gniew, ogień i bezwarunkowa kapitulacja. Wyczuwam tu duży potencjał memotwórczy. 

Nieprzypadkowo. To już nie te czasy, żebym miał wypowiadać się w pluralis maiestatis i zawsze na urzędowym papierze z herbem. Dzisiejszy wzór dla dreamlandzkiego monarchy to raczej król barbarzyńców, taki, który walczy na pierwszej linii, umiejętnie waląc mieczem czy toporem. Poetyka gniewu i przemocy trafia do ludzi, przekonuje, że gra się na poważnie. Okuwanie się w zimny, wyniosły majestat nic by tu nie zdziałało; najwyżej zasygnalizowało słabość tronu. Trzeba bić pięścią po twarzy, wybijać zęby, wyrywać języki. Jestem niepopularny, ale niepopularna była także moja schyłkowa Poprzedniczka, którą z pewnością nie da się nazwać twardogłową. Oprócz tego jestem także skuteczny, co wynagradza mi pewne towarzyskie przykrości. Odparłem oskarżenia o wpływanie na proces wyborczy na korzyść republikan, złamałem czołowego proponenta tej teorii spiskowej, Ruyscha, który na swojej podróży zapewne drugi raz strzelił sobie w łeb, tym razem celnie, bo nigdzie o nim odtąd nie słyszano. Skłoniłem księcia Witta do urzeczywistnienia zapowiadanej od roku abdykacji i obnażyłem jego słabość jako organizatora. Od ponad dwóch tygodni nie udało mu się przywrócić działania Elderlandu, choć otrzymał pełną kopię wszelkich plików i baz danych, zmobilizowało się kilku obywateli elderlandzkich, spośród których przynajmniej niektórzy dysponują umiejętnościami informatycznymi, pomoc zaproponowali mu także niektórzy obywatele dreamlandzcy i czynniki zagraniczne. Czy teraz ktoś może jeszcze brać na poważnie jego sugestie o secesji Unii Saudadzkiej? Mogłaby mu wyjść najwyżej likwidacja.

Słowem — dużo przelanej krwi. 

Dużo, ale inaczej się nie dało. W zaistniałych sytuacjach miałem znikome pole manewru, a chociaż tych spięć może dałoby się uniknąć, to konfrontacji w ogóle — już nie. To nie kwestia konkretnych okoliczności, tylko zadawnionych antypatii i niezgodnych charakterów. Zostaje cieszyć się pognębieniem oponentów. Pewien rzymski cesarz rzekł kiedyś, po zwycięskiej bitwie w wojnie domowej: zabity wróg wonieje pięknie, ale zabity obywatel — jeszcze piękniej. Nie zaciągam się jednak z czystą radością; żałuję, że musiałem stoczyć te bitwy. To, co jest siłą króla, czyli niekadencyjność i nieusuwalność, jest zarazem jego słabością. Korona może działać nawet wbrew jednomyślnym obywatelom, kierując się czystym, samodzielnie pojmowanym interesem publicznym, ale skupia przy tym na sobie znacznie więcej nienawiści, niż premier. Wspomniane wyżej przymioty monarchy oznaczają bowiem, że możliwość wywarcia na nim politycznego odwetu jest dalece ograniczona. Tymczasem odwet uspokaja ciśnienie, pozwala załagodzić rany. Inaczej jest z szefem rządu: można go odwołać w specjalnym referendum, wyrazić wotum nieufności jego ministrom, a w wariancie minimalnym przynajmniej nie wybrać go następnym razem. Dlatego też, w zasadniczej większości przypadków, to on powinien podejmować niepopularne, ale konieczne decyzje. Kiedy zasiadałem w Pałacu Rady, to ja internowałem Zanika, chociaż administracja forum znajdowała się pod zwierzchnictwem Jej Królewskiej Mości Karoliny Aleksandry. Również teraz lepiej byłoby, gdyby premier Chamberlain mógł podjąć decyzję o wydaleniu sam. Królewska kontrola nad władzą publiczną, sprawowana także wbrew życzeniom społeczeństwa, jest potencjalnie zbawienna i powinna być możliwa, ale nie na poziomie zatwierdzania pojedynczych decyzji rządu. Korona powinna interweniować tylko w skrajnych przypadkach, narzędziami o dużej sile rażenia, bez brania codziennej odpowiedzialności za całokształt działalności gabinetu.

Ostatecznie jednak, sprawując jakikolwiek urząd, gdy staje się przed koniecznością podjęcia trudnej decyzji, należy dokonać wyboru słusznego, bez oglądania się na swoją popularność czy wizerunek. Uchylenie się od tego oznacza zaprzeczenie sensowi pełnionej służby.

Wasza Królewska Mość debiutował w Dreamlandzie przeszło pięć lat temu – w kwietniu 2013 roku – by w międzyczasie przenieść się do Księstwa Sarmacji, gdzie dochrapał się najwyższych urzędów państwowych. Co skłoniło Martina Schlesingera-Asketila do powrotu na stare śmieci?

To dosyć złożona historia. Wyniosłem się stąd w sposób po części przymusowy, a przynajmniej gdy nie widziałem sensownej alternatywy dla takiego ruchu. Na emigracji zachowałem jednak dreamlandzką tożsamość i sentyment do opuszczonego Królestwa, więc gdy z kolei przestałem widzieć dla siebie miejsce w Księstwie Sarmacji, zachowując przy tym ochotę do zabawy w mikronacje, powrót do ojczyzny był naturalnym rozwiązaniem, zwłaszcza że za sprawą Waszej Królewskiej Wysokości przeżywała wtedy ona raptowny rozwój — zwyczajnie warto było tu być.

Jakoś w połowie 2014 roku po Partii Burżuazyjnej władzę przejęło Radykalne Centrum, ugrupowanie starej daty dreamlandzkich liberałów, tworzone m.in. przez JKW Edwarda Artura, JKW Pavla Svobodę i Krzysztofa Jazłowieckiego. Gdyby był wtedy z nami Gaston de Senancour, nazwałby to partią pedałów. Tak więc się złożyło, że sformowany przez nią rząd w dosyć krótkim czasie wyraźnie opadł z sił. Wobec słabości samej Partii Burżuazyjnej, której najaktywniejszy członek — Daniel von Witt — przebywał akurat na długim urlopie, konieczne okazało się zawarcie koalicji i budowa rządu jedności narodowej. Na fotel premiera nie było śpieszno ani szefowi partii, Conradowi Samanti, ani wypalonemu Siergiuszowi Asketilowi, zmęczonemu po swojej poprzedniej kadencji. Wytypowano więc mnie. Wówczas niezmiernie cieszyłem się z zaliczenia tego kolejnego szczebla politycznej kariery. Z perspektywy czasu widzę, że partyjni koledzy wsadzili mnie na minę, i to zakopaną pośrodku pola guana. Byłem młodym, niezbyt samodzielnym ideowo obywatelem, szefostwa rządu nie zdobyłem sobie własną charyzmą, lecz otrzymałem je z politycznego nadziału, a moi ministrowie wszyscy bez wyjątku mieli wielokrotnie dłuższy staż i większy autorytet ode mnie, zaś na swoich urzędach pozostawali raczej z poczucia obowiązku niż ochoty. Tymczasem ja pracowałem jeszcze na drugi i trzeci etat jako namiestnik koronny Surmali i szef służb informatycznych. Spędzałem po sześć godzin dziennie na nieprzerwanym programowaniu nowej strony głównej, siedziałem na forum cały dzień, ale cóż, istnieją granice możliwości pojedynczego człowieka, zwłaszcza gdy się nie wie, co właściwie chce się osiągnąć. Nietrudno przewidzieć, jak to wszystko się skończyło. W następnych wyborach do Izby Poselskiej nie uzyskałem mandatu, choć wystarczyłyby dwa głosy. Dostałem jeden. Moja dzisiejsza niepopularność to przy tym małe piwo. Byłem chodzącą porażką.

Mimo to dokooptowano mnie do rządu technicznego, który stworzył reanimowany diuk von Panevnick. Prawdopodobnie dlatego, że z czegoś trzeba było go zmontować. Zostałem ministrem spraw wewnętrznych. Teraz jest to resort represji, wówczas zajmował się finansami. Miałem zająć się reformą tej dziedziny aktywności państwa, jednak kiedy przedstawiłem swoje propozycje, okazało się, że sam premier ma już własną wizję, biegunowo odmienną, i oczekuje ode mnie jej realizacji. Problemów było więcej. Diuk Panevnick i jego przyboczny minister, Dino von Djokić-Krieg, nie powalali pracowitością. Podsumowaniem tej kadencji w pigułce były obchody Święta Królestwa tamtego roku. Nie zaproszono nikogo, na IRC pojawiły się cztery osoby: dokładnie cały rząd i nikt więcej.

To już właściwie tradycja. Właściwie nie pamiętam, by Dreamland kiedykolwiek świętował swoją rocznicę hucznie lub choćby w sposób porównywalny z oprawą, jaka towarzyszy podobnym okazjom w Księstwie Sarmacji i jej samorządach. To niemal zawsze były przejmówienia godne pruskiego oberlejtnanta na placu apelowym. „Żyjemy, a to już coś, a teraz zapraszam na pokaz możliwości nowej haubicy”. A potem okazuje się, że haubica jednak nie działa, a poza tym była kradziona. Ale tam chyba wydarzyło się coś więcej?

Jakieś piętnaście minut po planowanym rozpoczęciu uroczystości zalogował się Marszałek Dworu, żeby poinformować, że król nie dotrze z powodów technicznych, a święto zostaje przełożone na inny dzień. Czysta tragikomedia. Premierowi wydawało się jednak, że wszystko jest w porządku, a nikt nie zawinił. Pracował dalej nad projektem nowej konstytucji, w której upatrywał rozwiązania wszystkich problemów państwa. Zorganizował nawet referendum nad ogólnymi tezami konstytucyjnymi, chociaż jego ostateczny projekt okazał się stać w kontrze do jego wyników. Kiedy w końcu wszedł w życie, zaraz trzeba było zarządzić stan wyjątkowy, bo aparat państwowy w zaprojektowanym kształcie po prostu nie działał. Wszystko to było wysoce frustrujące. Wraz z ojcem Siergiuszem, ministrem spraw zagranicznych, podaliśmy się do dymisji. Pisaliśmy do dawnych mieszkańców, mobilizowaliśmy młodych, próbowaliśmy sformować nowy rząd. Premier wydał oświadczenie, w którym określił nasze rezygnacje próbą destabilizacji systemu politycznego. Powołał się w tej sprawie na „pełne wsparcie” Korony, zapowiedział Siergiuszowi postępowanie prokuratorskie pod jakimś pretekstem. Zdecydowaliśmy się na emigrację do Księstwa Sarmacji. Dla mnie to było trudniejsze, ale nie miałem już ochoty na siłę zbawiać Dreamlandu. Ta i poprzednia kadencja kosztowały mnie dość energii.

W tamtych dniach na łamach „Kuriera” pisaliśmy o „odrętwiającej nudzie sceny politycznej” i hibernacji całego Królestwa.

Nuda to nic. Chodziło przede wszystkim o poczucie bezsensu. Zdawało się, że kierownikom państwa jest zupełnie obojętne, co będzie dalej. Rozstawili sobie biurko wśród gruzów i pisali na nim niepraktyczną, nikomu niepotrzebną konstytucję, na jakiejkolwiek próby zbudzenia ruchu reagując agresją. To przecież nie był początek takich postaw. Wcześniej mieliśmy np. posła Albona, który bez żenady przyznawał, że głosuje na oślep i kontratakował, twierdząc, że czepiać się tego może tylko „gimbus”. Skądinąd za podobne zachowania Wasza Królewska Wysokość chyba rok później odebrał mu tytuł markiza. Tak więc: wyjechałem. Nie sposób tu streścić całej mojej sarmackiej biografii, przejdźmy od razu do finału. Byłem wówczas Marszałkiem Trybunału Koronnego, ministrem sprawiedliwości i podkanclerzym w rządzie Partii Baridajskiej pod kanclerzem Siergiuszem Asketilem. Sprawowałem urząd ministerialny, ale działałem w pewnej izolacji od całości rządu, nie miałem dostępu do głównego kanału komunikacyjnego — chodziło o przeprowadzenie reformy wymiaru sprawiedliwości, którą zaprojektowałem jako wspomniany Marszałek, w szczególności o uchwalenie słynnego Kodeksu postępowania sądowego. W pewnym momencie, zmęczony użeraniem się z przeciwnikami mojej legislacji, udałem się na dwutygodniowy urlop. Mniej więcej w tym samym czasie ówczesny książę sarmacki, Tomasz Ivo Hugo, stanął przed sądem oskarżony o znieważenie Akrypy von Primisz. Sejm prawie jednogłośnie uchwalił uchylenie mu immunitetu. Najpierw sam zasiadłem w składzie orzekającym, jednak udając się na urlop, zamieniłem się z asesorem Młynkiem Kawowym. Jakiś czas później doszedł do mnie niepokojący sygnał. Książę także zdecydował się na kilka dni odpoczynku od mikronacji; wspomniany asesor życzył mu na Ćwirku dobrego urlopu, linkując do akt trwającego postępowania karnego. Zasygnalizowano mi, że może być potrzebny mój powrót. Wróciłem i powołałem się z powrotem do składu orzekającego — zamiast Kawowego. Nie wysuwałem oskarżenia o stronniczość, żeby nie eskalować sytuacji, umotywowałem decyzję po prostu odpadnięciem pierwotnej przyczyny zmiany składu. Wówczas jednak Kawowy oskarżył mnie o sprzyjanie planowi Partii Baridajskiej, by odsunąć Księcia od władzy; miał o tym świadczyć mój udział w pracach rządu.

Brzmi co najmniej wiarygodnie. Żądny krwi szeryf skraca urlop, by osobiście zadać ostateczne pchnięcie mizerykordią.

Przyznaję, że to całkiem sensowna wizja wydarzeń, nawet jeśli nieprawdziwa. W każdym razie wystąpił on z wnioskiem o odwołanie mnie z urzędu do Kolegium Trybunału Koronnego, takiego sądu dyscyplinarnego. Koledzy asesorzy oświadczyli, że uważają moją decyzję za złą, ale jeśli odwołam ją, zagłosują przeciw odwołaniu. Ja jednak nie chciałem ustępować, mając słuszność, ani trzymać się stanowiska, ciągnąc za sobą podejrzenie o nadużycie władzy, więc postanowiłem złożyć urząd. Byłem też zmęczony polityką — wspomniane spory o legislację — i działalnością samorządową, która oznaczała dla mnie bycie dyżurnym poskromicielem kryzysów w zamieszkiwanej Sclavinii. Tak więc zrzekłem się po prostu obywatelstwa i zakończyłem swój sarmacki epizod. Powrót do Dreamlandu nastąpił kilka dni później.

Wymieńmy się ogólnymi wrażeniami na temat bieżącej sytuacji. W ostatnich tygodniach stopniało poparcie dla władz federalnych i – choć to proces głębokiego tła – również dla samej idei federacji, coraz bardziej krępującej dla części składowych Królestwa. Korona znalazła się w kontrze do większości obywateli. Sted Asketil, nestor rodu i dziadek Waszej Królewskiej Mości, wyrzekł się wszystkich „związków z Koroną” i publicznie „pochował” wnuka. Sonda abdykacyjna przyniosła jednoznaczne rozstrzygnięcie. To może nie było 27:1, ale sygnał – podobny. To pytanie po prostu trzeba zadać: będzie kolejna abdykacja?

Dreamlandzkie społeczeństwo z zasady nie lubi swojej władzy. Co więcej, nierzadko ona sama siebie nie lubi, ale zostawmy to na boku. Sprawowanie najwyższych urzędów federalnych oznacza coś w rodzaju samospalenia — i tak jest od miesięcy. Wyjątkowo sympatyczne postaci, jak królowa Karolina Aleksandra czy premier Torkan Ingawaar, mogą liczyć na krótki miesiąc miodowy, ale na każdego w końcu otwiera się sezon łowiecki. Oboje wyżej wymienieni opuszczali Ekorre wśród niechęci i rozczarowania. Inni radzili sobie jeszcze gorzej. Barona ben Groznego-Witta odwołano z urzędu. Prezerwatywowi Tradycji Radzieckiemu rozpadł się rząd, a koniec kadencji wszyscy przyjęli z ulgą. Od tego czasu właściwie zawiesił on działalność. O hrabim Chamberlainie lepiej w ogóle nie wspominać. Oczywiście, wszystkim wymienionym politykom można coś zasadnie zarzucić, ale trudno uwierzyć, że nasi rządzący za każdym razem okazują się leniwymi faszystami. Problem powstaje na styku toksycznej kultury politycznej i znikomych realnych możliwości władzy; czynniki tej ostatniej są różnorakie. Tym najbardziej widocznym i najszerzej sobie uświadamianym jest krótka ławka kadrowa: brakuje nie tylko kompetentnych wykonawców wielu zadań, ale i potencjalnych zmienników. Bez tych drugich urzędników nie mogą zdyscyplinować ani przełożeni, ani opozycja, ani nawet sama wspólnota in gremio. Robi się jeszcze gorzej, gdy weźmiemy pod uwagę obecną naturę konfliktu społecznego, dalece utrudniającą współpracę ponad podziałami, oraz ustrój terytorialny państwa powodujący rozdrobnienie wysiłków. Samo to nie wyczerpuje jednak tematu. Władzy szkodzi także wadliwa organizacja państwa, rozmywająca sprawczość i odpowiedzialność za politykę publiczną, oraz zanik jego suwerenności narracyjnej, skutkujący upośledzeniem zdolności rządu federalnego do realizowania jakichkolwiek pozytywnych projektów. Wreszcie: społeczeństwo ocenia rządzących po prostu w sposób nieracjonalny. Nie wykazuje konsekwencji w swoich oczekiwaniach ani nie miarkuje ich względem tego, co w danych okolicznościach jest możliwe. Obejmując stery państwa, bierze się odpowiedzialność za jego zastany zły stan, mając znikome możliwości jego naprawy i stając wobec opinii publicznej, której nie sposób zadowolić. Niepopularność czeka w Ekorre na każdego. Pozostaje kwestia tego, co za jej cenę zdoła się osiągnąć. Skupiłem na sobie ogromną niechęć, inspirując i popierając nader niepopularną decyzję. To nieważne. Moi oponenci mają za sobą wyniki forumowej sondy, ale to ja mam rację.

Zgoda. Te uwagi mają walor uniwersalny. Każda mikronacja jest w większym lub mniejszym stopniu dysfunkcjonalna. Bez wyjątków. To, co można zrobić, to przemyśleć sprawę na nowo i spróbować „wyjść poza pudełko”.  Nieporozumieniem wydaje się wyjściowe założenie, jakie legło u podstaw „państwa wirtualnego” — że chodzi tu właśnie o wirtualny hologram „państwa”, rodzaj jego symulatora w mikroskali, zaś dobrze urządzona mikronacja, to po prostu kombinacja Monteskiusza, Habermasa, trzeciej generacji praw człowieka i przenoszonych tu w skali 1:1 eleganckich formuł o państwie prawa. W tym kontekście pojawiają się czasem głosy, że tu i ówdzie dochodzi do pogwałcenia czy wręcz upadku „idei państwa”, naturalnie państwa rozumianego w sposób schematyczny, tak jakby wcieleniem naszego ideału była współczesna Republika Czeska. Odstąpienie od standardu traktowane jest jako wyrok na samą istotę mikronacji – jej uroczyste i nieodwołalne „unieważnienie”. Tymczasem „mikronacja” w równym stopniu, jeśli nie w większym, co z idei „realnego” państwa, czerpie z modelu klubu dyskusyjnego, gry fabularnej, kontrkultury, z jakiejś formy gawędy przy ognisku – jak przed 1998 r. Evilstone, nasza protoplastka, która w końcu została wchłonięta przez Dreamland. Pewne przebłyski tego, o czym tu mowa, znaleźć można w Wandystanie, u Winków, wcześniej w Erboce i Państwie Świetlików. Tyle że statystyczna większość z nas szuka jednak sprawdzonego i racjonalnego szablonu, więc typowe państwo wirtualne to skrzyżowanie Simsów z Farmville.

Innym problemem naszego życia publicznego jest brak odpowiedzialności za własne działania. Nie egzekwuje się jej z wielu powodów: niedostatku odpowiednich mechanizmów, paraliżu właściwych instytucji, lęku o kurczące się zasoby ludzkie i zwykłej chęci uniknięcia towarzyskiej niezręczności. Ostatnie wydarzenia to triumfalny powrót konsekwencji aktów politycznych. Wittowska uzurpacja władzy królewskiej w Elderlandzie spotkała się z szybką dymisją z regencji, a ostatecznie: usankcjonowaniem stanu faktycznego, przekazaniem odpowiedzialności za to państwo jego faktycznemu kierownikowi i przede wszystkim — odłączeniem dreamlandzkiej kroplówki. Późniejszy atak na władzę państwową — ze zdecydowaną retorsją, która przyniosła przywrócenie porządku publicznego i normalnych granic debaty. Przekroczenie uprawnień przez premiera Chamberlaina — z dymisją. Wszystko to wypadło niezbyt elegancko, ale inaczej się po prostu nie dało. Dawny Dreamland uchodził za państwo zdecydowanie liberalne, choć — jak dowodziłem w odpowiedzi JKW Edwardowi Arturowi — rząd dysponował znacznie silniejszymi narzędziami represji niż teraz.

Dość powiedzieć, że gdy w grudniu 2015 roku przejmowałem schedę po Marcinie Mikołaju, w ramach forum obowiązywała lista słów cenzurowanych — na czele z legendarną już „dupą”, którą po prostu z automatu wykropkowywano. To był wspaniały skansen i źródło wciąż żywotnego mitu. Wiadoma sprawa. Wczorajsi dżentelmeni versus dzisiejsze chamy. 

Dawny ład opierał się w ogromnym stopniu właśnie na powszechnie uznawanych normach obyczajowych, ogólnej zgodzie co do tego, co wypada w przestrzeni publicznej. Jeśli ktoś się zdobył na jakąś transgresję, nawet całkiem niewinną, oburzone towarzystwo zaraz sprowadzało go do parteru. Dużo bogatsze niż dziś instrumentarium państwowej przemocy mogło pozostawać w uśpieniu. Dzisiaj tego już nie ma, reguły gry trzeba egzekwować nagą siłą. Oczywiście, że przykro się na to patrzy, ale jeszcze gorsze byłoby totalne rozprężenie. Nie mogłem pozwolić na ośmieszenie państwa. Mimo to w pewnym sensie również zawiniłem, idąc w poprzek społecznych oczekiwań. Ot, przeciąłem wrzód i ropa trysnęła mi na twarz. Także w moim przypadku za akcją musi pójść reakcja. Prywatna fatwa ze strony Steda to przedsmak, właściwą karą będzie zapewne obcięcie konstytucyjnych uprawnień. To nic nie szkodzi. One i tak rzadko dają się sensownie wykorzystać. Gdy kandydat na premiera, Aluś de la Ciprofloksja, mówi redakcyjnej partnerce Waszej Królewskiej Wysokości, że należy przesunąć ciężar rządzenia państwem w kierunku ośrodka podlegającego społecznej kontroli, to ja się w pełni z nim zgadzam. Korona potrzebuje wzmocnienia na innym polu, żeby mogła pełnić sensowną, pożyteczną rolę w naszym ustroju. Rozmawiałem już na ten temat z naszym nowym premierem. Myślę, że dojdziemy do porozumienia i właściwie skanalizujemy społeczną potrzebę zmiany.

Abdykacji, jak rozumiem, nie będzie. 

Nie będzie. Zmierzam do przebudowy dreamlandzkiej organizacji państwowej i wykreowania prawdziwej umowy społecznej w łonie wspólnoty. Nie odstąpię od tego z powodu chwilowego wzmożenia, wywołanego przez dość błahą aferę, nie mając dobrego następcy, na żądanie opozycji złożonej z niedzielnych aktywistów, emerytów jadących na rozrusznikach serca i cudzoziemców. Przyjmę nadchodzące konsekwencje i będę działał w kierunku naprawy państwa w granicach swoich możliwości. To gra na długą metę. Po prostu czeka mnie trochę jazdy pod górkę.

Petycja w obronie Daniela von Witta, który został przez Ministra Korony uznany za persona non grata, była w swej istocie apelem o uszanowanie „konstytucyjnych podstaw demokratycznego państwa prawa”. Sam Witt chyba nie cieszy się obecnie szczególną sympatią obywateli Dreamlandu. W wywiadzie dla „Kuriera” jeden z kandydatów na premiera – Aluś de la Ciprofloksja – stwierdził, że chętnie posłałby go na stryczek. Pomijając Sarmację i Austro-Węgry, mikroświat raczej nie rozumie dreamlandzkiej niechęci do Daniela von Witta – twórcy popularnych map i rankingów. Nordata widzi w nim „wielkiego człowieka”, bez którego Dreamland skazany jest na żałosną agonię. Wydawałoby się zatem, że ktoś taki powinien być noszony w lektyce, tymczasem Dreamland wszedł w fazę ostrej dewittyzacji. Rodzina Wittów już opuściła kraj tylnymi drzwiami. Czy możliwy do pomyślenia jest Dreamland bez samego Witta? 

Wasza Królewska Wysokość nazwał kiedyś Witta „człowiekiem, który nie śpi, bo trzyma Dreamland”. Było to chyba przed dwoma laty, w wywiadzie prasowym, przeprowadzonym przez Gastona de Senancoura na łamach Merkuriusza Furlandzkiego. Otóż od tego czasu nasz narodowy Atlas sflaczał i dorobił się kryzysu wieku średniego. Po kolei wygasza swoje przedsięwzięcia, w tym właśnie to najbardziej popularne: ranking. W marcu pierwszy raz przegrał wybory i co najmniej od tej pory nie odgrywa już roli czynnika twórczego w polityce. Zapowiadane propozycje konstytucyjne Klubu św. Augustyna nie zmaterializowały się; tak samo projekt reformy sądownictwa. Wielki człowiek, mąż stanu przerzucił się na taśmową produkcję nowych wątków ze złośliwościami pod adresem władzy i wycinanie jej rozmaitych kawałów. Tu wysunął propozycję uhonorowania orderem krajowym czynu zabronionego przez prawo federalne, tam zainicjował ankietę nad możliwością secesji kraju federacji. Raz nie wywiązał się ze swoich zobowiązań w związku z uroczystością państwową, by potem skrytykować jej przebieg, innym razem radośnie obwieścił, że jako reprezentant Korony w Jej dependencji działa bez Jej wiedzy ani zgody i nie widzi w tym najmniejszego problemu. Oburzenie na wydalenie „najbardziej aktywnego obywatela” było więc o tyle nietrafne, że zakładało równość wszelkich form mikronacyjnej działalności. Za aktywny trolling nikomu nie należą się podziękowania. Państwo wirtualne nigdy nie powinno pozwolić, żeby ktoś przerósł jego struktury, stając się w nich niemal nieusuwalny i niezastąpiony. Dreamlandzka historia zna co prawda takie przypadki: księcia Morfeusza, księcia Folkego, chyba jeszcze inne. Zdaje mi się, że wszyscy musieli ostatecznie zostać w jakiś sposób spacyfikowani.

Po prostu opuścili Królestwo, zawierając wcześniej dżentelmeńską umowę z Koroną. Odeszli niestety wraz z prowincjami, którymi wcześniej zarządzali w imieniu króla, i ludźmi, którzy im zaufali. Jak miało to miejsce w przypadku Eryka z Adamas i Morfeusza Tylera.  Właśnie w ten sposób narodził się „dreamlandzki krąg kulturowy”: Nowa Furlandia, Wielkie Księstwo Solardii, nieco później Erboka.

W tym przypadku ten scenariusz raczej się nie ziści. Wycinanemu z organizmu państwowego nadczłowiekowi zostało na to za mało pary. Myślę, że problem mamy już za sobą. Teraz pora wypełnić puste miejsce. Życie polityczne edwardiańskiego Dreamlandu — to konflikt Witta z Radzieckim. Czasem toczony bezpośrednio i wtedy szczególnie ciekawy i intensywny (wybory w sierpniu 2016), czasem przyjmujący postać proxy war. Oba filary tego układu już się zawaliły: Radziecki, jak wspominałem, padł po swojej ostatniej kadencji, Witt dogasa. Trudno z góry przewidzieć, jak będzie wyglądał nowy system. Jeden biegun ma szansę stworzyć hrabia Chamberlain, który ewoluował z pozycji liberalnych w stronę umiarkowanego konserwatyzmu, jak również pewnego zamordyzmu, zachowując jednak nader ciekawy rys: preferencję dla republikańskiego ustroju państwa. W tym aspekcie blisko mu do lewicy wandejskiej, do której jednak w ogólności zdecydowanie nie przystaje. Natury drugiej strony możemy się tylko domyślać, ale stawiałbym na konserwatywny, monarchistyczny projekt jeszcze młodszego pokolenia, które zazwyczaj przyjmuje właśnie ten kierunek polityczny.

Który, dodajmy dla ostudzenia entuzjazmu, prędzej czy później zwykle wyradza się w osobliwy skauting — pełen naiwnego patosu, bogoojczyźniany, subtelnie ksenofobiczny. To sztuka dla samej sztuki, oderwana od realnych potrzeb tak monarchy, jak i państwa. Jest takie straszliwie trącące dziś cepelią pojęcie, które wyjątkowo może być pomocne:  „monarchofaszyzm”.  Na ten temat powstały całe traktaty, ja sam zjadłem na tym zęby i poharatałem dziąsła, więc po prostu sięgnę po „klasyka”, którego wymienię z nazwiska: Winnickiego. Zauważył on, że domyślnym układem odniesienia niemal zawsze jest tu konfiguracja pseudopatriotycznego nadęcia, rytualizacji życia społecznego, katolicyzmu rzymskiego — z tym akurat można polemizować — zwykłego cynizmu i — paradoksalnie — łamania praw stanowionych, bo tam, gdzie nadmiar woli i żarliwości królewskich paladynów, tam coraz mniej miejsca na szacunek wobec outsiderów i przyjętych wspólnie reguł. Sporo tego widzieliśmy w ciągu ostatniej dekady. 

W każdym razie powinno nastąpić znaczne odmłodzenie kluczowych aktorów sceny politycznej. To cenna rzecz. Nie da się budować państwa w oparciu o weteranów z wieloletnim stażem. Oni widzieli i robili już wszystko, są przekonani o własnej racji i nieskłonni do uznawania jakichkolwiek autorytetów, przygniata ich życie realne. Młodzi obywatele mają nie tylko więcej entuzjazmu, ale są też bardziej elastyczni. Łatwiej wpasowują się we wspólnotę, zamiast próbować zakrzywiać czasoprzestrzeń wokół siebie.

Dodam jeszcze, że powoływanie się na „konstytucyjne podstawy demokratycznego państwa prawa” świadczy o wyjątkowym odklejeniu od rzeczywistości. Taki dyskurs może znajdować swoje miejsce w sądzie, który zawsze — niezależnie od okoliczności — powinien kierować się tylko prawem. Jeśli jednak uprawiamy już politykę, wypadałoby nieco lepiej orientować się w tym, co się dookoła dzieje. Zasada państwa prawa, wraz ze swoim fundamentem: zasadą legalizmu, to we współczesnym Dreamlandzie jedynie konstytucyjny ozdobnik. Traktowanie jej na poważnie spowodowałoby jakąś zupełną katastrofę. Działamy w warunkach dziurawości prawa i permanentnej niewydolności władzy sądowniczej. Nie jesteśmy w stanie realizować wzniosłych pryncypiów. Za to możemy przynajmniej być w miarę skuteczni. Ja jestem.

Max Weber, klasyk socjologii polityki, sprowadził istotę współczesnego państwa do monopolu na wywieranie legalnej przemocy fizycznej. W mikroświecie bezpieczniej będzie mówić, wzorem Waszej Królewskiej Mości, o „suwerenności narracyjnej”. To jedno z kluczowych pojęć tego panowania. W przypadku Królestwa Dreamlandu suwerenność narracyjna państwa to jednak wciąż raczej postulat niż rzeczywistość. W ostatnich miesiącach państwo co prawda częściowo poradziło sobie z lokalnymi „nadludźmi”, którzy dotąd wyręczali ospałe lub dysfunkcyjne organy federacji, ale stało się to kosztem wewnętrznej dynamiki i poczucia nasilającej się „faszyzacji”. Co wrażliwsi po prostu zawiesili działalność. Sięgnę po krótki cytat: „Wspólnota musi być niekiedy bezlitosna wobec swoich rządzących”. To jeden z bon motów zaczerpniętych z mowy tronowej Waszej Królewskiej Mości. W Dreamlandzie pod panowaniem Alfreda wahadło mocno wychyliło się jednak w przeciwnym kierunku: to rządzący pokazali tygrysi pazur. Jest w tym jakiś szerszy zamysł? Czy punktem docelowym jest jakieś „państwo normalne”, druga, lepiej zorganizowana Sarmacja? Taka interaktywna lekcja WOS-u?

Rzeczywiście, mamy do czynienia z postępującym zanikiem suwerenności narracyjnej państwa. Wraz za tym przestaje ono w ogóle być państwem, a zbliża się do logiki zwykłego serwisu internetowego opartego na treści kreowanej przez użytkowników: portalu społecznościowego, platformy blogowej czy strony z autorskimi opowiadaniami. Władza publiczna wyradza się w administrację: stosuje instrumenty represji, może egzekwować określone reguły gry, ale nie ma zdolności mobilizowania społeczności do pozytywnych działań i nie przypisuje jej się prawa do takiego kierunkowania życia zbiorowego. Wspólnotowy aspekt mikronacji zanika; staje się ona swego rodzaju usługą, świadczoną poszczególnym jednostkom, obejmującą pewną bazową tożsamość, ukształtowane otoczenie narracyjne, infrastrukturę. Korzystając z tej bazy, użytkownicy dokonują aktów swobodnej twórczości, działając we wzajemnej niezależności — być może recenzując działania innych, ale nie kształtując ich. Są w tym zakresie pełno- i równouprawnieni; nie istnieją żadne uprzywilejowane pozycje, z których można uzyskać dostęp do szerszej gamy możliwości.

Oprócz tego, że przestajemy być państwem, tracimy w ten sposób czynniki atrakcyjności naszej zabawy: aspekt rywalizacji i wyzwania, poczucie sprawczości, element nieprzewidywalności, który pojawia się, gdy zależy się w pewnym stopniu od innych ludzi. Każdy może wykreować sobie własną, prywatną bańkę i czynić z nią, co mu się podoba, tylko że ma to bardzo ograniczony sens. Odnalazłby się w tym tylko człowiek o mentalności santerskiego złotokapa, który jest ukontentowany samotnym życiem w stworzonym i pielęgnowanym przez siebie świecie. Normalnych mikronautów to nudzi, sprawia, że odechciewa im się czegokolwiek. Co więcej: każdy ma ograniczone możliwości. Istnieją zadania, których nie da się zrealizować w pojedynkę. Tworzymy system, w którym każdy ma bardzo dużo swobody, ale w istocie znikome możliwości. Przy okazji eliminujemy jakikolwiek sens sprawowania urzędów państwowych. Oznacza to wystawienie się na nieuchronny ostrzał opinii publicznej, wzięcie na siebie mniej lub bardziej nużących obowiązków administracyjnych — w zamian za co? Zero zwiększonej sprawczości. Ma się dokładnie takie same możliwości, jak zaszywając się we własnym księstwie czy hrabstwie.

A cel pozytywny?

Chodzi mi o stworzenie państwa sterownego, zdolnego do realizacji zbiorowych projektów. Rządzonego demokratycznie, ale zdyscyplinowanego. Potrzebujemy wyraźnej demarkacji obszarów działania rządu centralnego, samorządów terytorialnych poszczególnych szczebli i inicjatywy prywatnej. Zarówno w łonie bazowej wspólnoty — tej ogólnopaństwowej, jak i mniejszych wspólnot terytorialnych, powinna toczyć się nieustanna debata nad pożądanymi kierunkami polityki publicznej. Rzecz w tym, aby strona, która już odniosła zwycięstwo, miała możliwość wdrożenia swoich postulatów, wywierania wpływu na innych.

Tutaj potrzeba po prostu zawarcia nowej umowy społecznej. Suwerenności narracyjnej państwa nie sposób zadekretować. Państwo wirtualne też dysponuje aparatem przemocy, ale jest w jego użytkowaniu o tyle ograniczone, że może tylko zniechęcać — nie przymuszać. Można byłoby wykosić wszelkie przejawy takiej anarchicznej działalności, ale zostałaby po tym pustynia. Zwłaszcza w obecnych realiach demograficznych jedyną drogą jest zbudowanie społecznego konsensusu i uzyskanie powszechnej zgody na proste prawo: walczymy o władzę, ale i podporządkowujemy się jej.

Prawdopodobnie najbardziej jaskrawym przykładem wspomnianej suwerenności narracyjnej obywateli byłyby prywatne armie i ich zagraniczne ekspedycje, polityka zewnętrzna realizowana przez konkurujące z państwem jednostki, ocierająca się o celowy sabotaż niezależność urzędników, ale również coś, co w szerszej skali można byłoby nazwać „pełnym uniżoności brakiem szacunku” do centrali, jak historycy określają niekiedy ustrój I Rzeczypospolitej w XVII wieku. Czy WKM nie zastanawiał się, czy nie warto byłoby tej ewidentnej słabości naszej kultury politycznej przekuć w jej atut, stawiając właśnie na model „nadczłowieka”, czyli obywatela-suwerena narracyjnego? Wykorzystać skumulowany i buzujący tu potencjał? Nie pacyfikować, lecz przyciągać ekscentryków i odmieńców? Zamiast dyscypliny i zwartych szeregów – zdecentralizowane „państwo nienormalne”, z punktem ciężkości osadzonym już nie na jednostkach administracyjnych, lecz na osobach prywatnych, organizujących wokół siebie coś w rodzaju klanów? Blisko stąd do modelu Pax Barbarica, jaki w zachodniej Europie wyłonił się na gruzach imperialnego Rzymu. Wasza Królewska Mość sygnalizował to zresztą kilka chwil temu, wspominając o „królu barbarzyńców” jako wzorcu dla dreamlandzkiego monarchy: „walczy na pierwszej linii, umiejętnie waląc mieczem czy toporem”. Topór już jest, brakuje jasnego planu działania. 

Skumulowany i buzujący tu potencjał? Nie widzę. Model rozwoju oparty na lennach, tych nieszczęsnych prywatnych bańkach, wdrażamy od późnego Marcina Mikołaja. Dotąd nie zaznaczył szczególnie swojej przewagi nad tradycyjną administracją terytorialną. W ostatnich latach mieliśmy tutaj dwóch prawdziwych „ekscentryków i odmieńców”: Senancoura i Kaufmana. Trudno powiedzieć, żeby pozostało po nich coś trwałego. Ten pierwszy przynajmniej próbował: organizował Frakcję Radykalną, chciał mieć swoje prywatne miasto i Instytut Patologii Głowy w samym centrum. Nic nie wyszło. Łatwo być nadczłowiekiem we własnych planach, dużo trudniej rzeczywiście wypromieniować z siebie jakąś kreatywną energię. W warunkach sporu i współzawodnictwa zyskuje się do tego przynajmniej pewien bodziec: konieczność zwalczania przeciwników. Człowiek musi działać i robić po swojemu, zanim okazję zabierze mu ktoś inny, ze swoją odmienną wizją. Pełna swoboda, stan, w którym wszystko jest od razu dane, zwyczajnie demoralizuje. Kontrolowany chaos przybrałby formę pustawego placu niedokończonej budowy. Wolę jednak porządek i zwarte szeregi.

Na koniec podsumujmy ostatnie miesiące w polityce zagranicznej. Elderland – odtrącony i pozbawiony miejsca na serwerze. Wspólnota Korony Ebruzów – zdemontowana na życzenie Ekorre. Relacje z głównymi aktorami – zamrożone. Jedyny realny kapitał Dreamlandu to marka „najstarszej polskiej mikronacji” i aura krwawej ubojni. Przyjmijmy, że to stan przejściowy przed przygotowywaną kontrofensywą. Plany kolejnych kandydatów na premierów oscylowały dotąd między „agresywnym izolacjonizmem” a dobroduszną protekcjonalnością. Brakuje tu klarownego stanowiska Pałacu Królewskiego, które wyznaczyłoby klarowny wektor wspólnych działań.

Wydarzenia elderlandzkie były jednak raczej funkcją dreamlandzkiej polityki wewnętrznej. Mimo formalnej odrębności tego państwa, dla wszystkich było jasne, że wraz z Królestwem Dreamlandu tworzy ono jeden organizm, którego głowa znajduje się w Ekorre. Z tym organizmem marka Wspólnoty Korony Ebruzów zrosła się, jak sądzę, w sposób nieodwracalny. Wraz z jego przykrym, ale nieuniknionym rozpadem przyszedł czas, żeby Wspólnota przeszła do historii. Naszego kapitału nie należy lekceważyć. Właśnie jako najstarsze z polskich państw wirtualnych stanowimy dla wszystkich pewien punkt odniesienia. To, czy akurat jesteśmy lubiani, czy nienawidzeni, nie ma większego znaczenia. Dysponujemy pewną rozpoznawalnością i wiarygodnością, która pozwala nam starać się o przywództwo wszelkich przedsięwzięć międzynarodowych. Powtórzę: przywództwo, nie dominację. Mając na względzie obecne warunki, powinniśmy starać się zbudować nową, szeroką, wielostronną organizację, mieszczącą się gdzieś między formułą starej OPM a klasycznego sojuszu. Chodzi o dobranie takiego grona, w którym można będzie sensownie realizować neutralne, uniwersalne projekty (wspólna mapa, zwalczanie kloningu, trybunał arbitrażowy), ale które będzie też spajać pewne minimum wspólnych interesów w polityce międzynarodowej. Taki luźny blok powinien też znaleźć swoją przeciwwagę, formowaną wokół Księstwa Sarmacji.

Postawmy w tym miejscu kropkę. Dziękuję za rozmowę. 

Także dziękuję. To była sama przyjemność.

(Rozmawiał Edward II)

Dodaj komentarz



Copyright © 2012-2018 KURIER – Mikronacyjny Serwis Prasowy. All rights reserved.
Designed by Theme Junkie. Powered by WordPress.