Jesteś tutaj: Home // Idee i polemiki // 50 milionów Sarmatów, czyli mikronacja nie tylko dla prawników

50 milionów Sarmatów, czyli mikronacja nie tylko dla prawników

W niedawnej debacie sejmowej dotyczącej Ustawy o promocji płodności można było zetkną się z obawą, czy wprowadzenie systemu quasi-achievementów, dostępnych do zdobycia w Sarmacji, nie spowoduje zwrotu w stronę zwykłej gry przeglądarkowej. Zmiana formatu naszej zabawy to od dawna przedmiot kontrowersji i bardzo często można spotkać głosy, że wariantu gry przypominającej chociaż trochę MMO należy się wystrzegać jak ognia. Czy rzeczywiście jest się czego obawiać i czy aby nie jest to obecnie najbardziej efektywny i realny sposób na tchnięcie drugiej młodości w państwa wirtualne? Warto przynajmniej spróbować pobawić się w nieco głębsza analizę.

Podstawowym pytaniem, na jakie należy odpowiedzieć, jest to, czy obecna formuła wirtualnych państw ma jeszcze rację bytu. Wielokrotnie się nad tym zastanawiano; co ciekawe, praktycznie od początku ponad dwudziestoletniej historii polskich mikronacji. Przez „obecna formułę” należy tutaj rozumieć podejście bazujące na unikaniu porównania do gry i hołdowanie idei, że real nie istnieje.

Nie ma sensu po raz kolejny wałkować tego samego, wiec skupmy się na konkluzji, jaka wynika z większości tego typu analiz — tak, obecna formuła nadal ma rację bytu. Może nie zbudujemy na tym wielkiej, kilkutysięcznej społeczności, ale na pewno można śmiało celować w paręset mieszkańców i obywateli. Tyle że pojawiają się tutaj dwie niezbyt pozytywne kwestie. Pierwsza to taka, że zostawiając Sarmację bez zmiany, szanse na sukces marketingowy są niewielkie. Te wspomniane paręset nowych obywateli osiągniemy przy optymistycznym scenariuszu zakładającym wypełnienie 100% planu na demografie i to przy założeniu, że uda się wszystko lub prawie wszystko z tego, co zaplanowaliśmy. Próba skutecznego rozreklamowania forum, na którym publikuje się posty, w których udajemy, ze jesteśmy politykami albo że gdzieś wybudowano autostradę, jest „trudnym” wyzwaniem.

Trudnym do tego stopnia, ze śmiem wątpić czy poradzimy sobie bez zatrudnienia profesjonalnej agencji marketingowej i mówiąc krótko — wykładania na to kasy. Czy w te kilka osób (więcej się nigdy nie zaangażuje ani w Bocka, ani żaden inny program, przynajmniej nie w jednym momencie), damy rade podbić Internet, chociażby z akcją viralową? Drugi problem leży w tym, czy dotychczasowy format nie zaczyna już nudzić nas samych i czy faktycznie nadal chcemy opierać się na forum. Tutaj oczywiście nie można na to odpowiedzieć i zastanowić się nad tym musi osobno każdy z nas.

Sarmacja 2077

Powyższe dwa problemy można rozwiązać na kilka sposobów. Najbardziej realny (z punktu widzenia ciekawości rozrywki i szansy na sukces marketingowy, niekoniecznie realny pod względem wykonania), to przebudowa Sarmacji w kierunku czegoś w rodzaju politycznej gry na przeglądarkę.

Z czymś takim łatwiej trafić do internetu, takie coś możemy z powodzeniem reklamować samodzielnie. Takie gry miały już swoje debiuty w Internecie, zbierały często dość pokaźną (w porównaniu z nami — ogromną) rzeszę uczestników. Tutaj zdobycie tysiąca graczy to zadanie stosunkowo łatwe, jeżeli przyłożymy do tego dla porównania wariant reklamowania pisania postów na forum.

Problem pojawia się w obiekcjach Sarmatów co do takiego formatu rozgrywki. Dlaczego miałoby to być złe? Z powodów takich, jak spłycenie naszej zabawy, skupienie się na wyniku i wbijaniu leveli oraz bezrefleksyjnym klikaniu w przyciski, zamiast budowaniu narracji, fabuły i symulacji istnienia państwa. Dlaczego jednak tak miałoby się stać? Nie trzeba przecież kopiować jeden do jednego rozwiązań z gier MMO, wszystko można odpowiednio zbilansować. Nie musimy mieć leveli, acziwmentów, questów czy głupawych funkcjonalności. Można przecież doprowadzić do pewnej symbiozy, gdzie cześć skupia się na symulacji, cześć klika w guziki, a jedni dostarczają drugim zabawy i zasobów ludzkich. Warto tez zwrócić uwagę na inny aspekt — klikaczy łatwiej namówić do rejestracji, a kiedy zbudujemy populację złożoną z takich osób, na pewno cześć z nich i tak zaangażuje się w bardziej ambitną działalność. Pula, która może przełożyć się na kadry polityczne czy dziennikarskie, jest o wiele większa niż obecnie, gdzie rejestruje się kilka osób miesięcznie, a po jakimś czasie zostaje z tego symboliczna liczba mieszkańców.

Republika prawników

Obecnie kryzys aktywności przeżywa Bialenia. Dziennie jest tam produkowane kilka postów. W porównaniu do Sarmacji czy Dreamlandu, wynik więcej niż słaby. Iwan Pietrow, jeden z obywateli Republiki, skwitował całość następującymi słowami:

„Bialenia wypaliła się ze względu na swoja formę. Ciągłe uchwalanie ustaw i zabawa w parlament była dobra ten rok, dwa lata temu, kiedy większość obywateli kończyła liceum i zaczynała studia. Wtedy to rzeczywiście było pociągające i ciekawe, a teraz stało się jedynie pewnym obowiązkiem bez perspektyw. (…) Z Bialenii odszedłem właśnie ze względu na wasza aktywność. Nie wróciłem tu na stałe, bo mnie do tego kraju nic nie przyciągało. Zrobiliście z Bialenii flaki z olejem. I najgorsze jest to, ze w ogóle tego nie widzicie. Uważacie, ze wasz system, który wytworzyliście w tym kraju w ciągu ostatnich miesięcy, jest idealny. Jak widać nie, bo to, co żeście natworzyli, czyli zwały ustaw, rozporządzeń i innych aktów normatywnych, zwaliły wam się na głowę niczym piorun z jasnego nieba. Jak chce sobie popatrzeć na ustawy, to wchodzę na stronę Dziennika Ustaw, a nie do Bialenii. Ten was nadmierny formalizm i brak jakiegokolwiek pomysłu na rozwój kraju, chociażby w innych obszarach, doprowadził do tego, co mamy dzisiaj”.

Jak to skomentował nasz ostatni kandydat na Premiera Dreamlandu, p. van Oranje-Nassau — „Bialenia stała się, można powiedzieć, republika prawników, a nieprzyjazna dla innych ludzi, o długich i skomplikowanych aktach prawnych, z których to jednak nie wynika żadna korzyść dla kraju i jego obywateli”.

Ilość cukru w cukrze

Zastanówmy się chwilę, czym tak właściwie jest Sarmacja. Oczywiście wirtualnym państwem. A cóż to jest państwo? Może darujmy sobie definicje prawne czy politologiczne, skupmy się na tym, czym się państwo zajmuje; jakie obszary działalności wchodzą w jego zakres. Na pewno wojsko, gospodarka, dyplomacja, nauka, prawo, kultura. Sprawdźmy teraz, czym my w Sarmacji zajmujemy się jako symulacja takiego państwa.

Wojsko — znaczenie czysto symboliczne. Gospodarka — szczątkowa, na pewno nie można tego nazwać symulacją, nawet najniższego szczebla. Stosunki międzynarodowe — aspekt raczej narracyjny, z uwagi na brak wcześniej wspomnianych elementów. Nauka — podobnie. Oprócz tego jest masa podrzędnych i uzupełniających aspektów, które tez kuleją. Ochrona zdrowia, opieka społeczna i socjalna i tak dalej, jednym zdaniem wszystko to, gdzie poziom symulacji w naszej rzeczywistości oscyluje wokół niestety zera.

Główne obszary działalności , jakie faktycznie symulujemy, to kultura i prawo. Ta pierwsza przymiera, jeżeli brakuje pozostałych elementów. Jedyne, czym realnie się zajmujemy w Sarmacji, to zabawa w politykę i prawo. Jesteśmy atrakcyjni w zasadzie tylko dla prawników. Nie mylmy oczywiście tutaj słowa „atrakcyjni” ze „znośni” — wojskowi cos tam robić mogą, ludzie sztuki i kultury tez może dadzą radę. Ale autentycznie atrakcyjni jesteśmy już chyba tylko dla prawników. Do czego prowadzi budowanie naszej zabawy na tym tylko polu, wyjaśniono już na przykładzie wiadomości z Bialenii.

Czy w dalszym ciągu symulujemy państwom, czy może prawny aspekt jego funkcjonowania, z niewielką domieszką kultury, sztuki i systemu finansowego (nawet nie gospodarczego)? Ciężko nazwać symulacją takie obszary działalności jak wojsko, raczej można opisać to jako udawanie, że to wojsko mamy.

Poza strefą komfortu

Zbierając dotychczasowe pytania w całość — czy obecna formuła, oparta na forum i udawaniu, że coś istnieje, ma jeszcze racje bytu? Ma, ale zarazem daje niewielką nadzieję na „sprzedanie się”. Czy można próbować z tym wyjść do ludzi bez angażowania realnych pieniędzy? Będzie z tym równie ciężko. Czy jesteśmy symulacją państwa? Jeżeli trzymamy się sztywno znaczenia słowa „symulacja”, to w zasadzie symulujemy realne państwa jedynie od warstwy formalno-prawnej. Dla kogo jesteśmy wiec atrakcyjni? W większości dla młodych prawników, politologów i zapaleńców przedmiotów pokroju wiedzy o społeczeństwie.

Boimy się wyjść poza ramy mikropaństwa, chociaż jednocześnie… sami już dawno z nich wyszliśmy. W jaki sposób Wikipedia przedstawia mikropaństwa? Początkowo istniały dwa rywalizujące rodzaje państw. Pierwszy rodzaj, oparty głównie na wzorach zachodnich, dążył do ograniczenia państwa do roli listy dyskusyjnej, usuwał w cień kwestie stron i przeciwstawiał się próbom symulacji gospodarki, reprezentowany był przez m.in. Leblandię. Do legendy przeszedł tzw. Traktat Brunlandzki, podpisany przez państwa z tej grupy, a który zastrzegał wyłączne prawo posługiwania się określeniem „mikronacja” państwom o stronach opartych wyłącznie na statycznym HTML, nie korzystających z PHP, a tym bardziej ze skryptów SQL, na których oparte są w większości systemy gospodarcze.

Te państwa często należały do organizacji międzynarodowych skupiających mikronacje zachodnie. W zasadzie nie pasuje do nas kryterium, jakie definiuje mikropaństwa zachodnie. Mieliśmy systemy gospodarcze, do tej pory mamy znacznie więcej niż statyczne HTML, przecież bez znajomości PHP czy SQLa, ciężko zbudować jakąkolwiek poważniejszą funkcjonalność. Jednocześnie i tak boimy się zrobić krok dalej, nie przyjmując nawet do wiadomości, ze możemy kształtować ewentualną grę o nazwie Księstwo Sarmacji w sposób praktycznie dowolny, bez przymusu doprowadzania do tych zjawisk, których tutaj nie chcemy. Daje to taka możliwość, ze w ogromnym stopniu ułatwia nasz wzrost demograficzny i stawia nas w atrakcyjniejszym świetle. Błędne jest założenie, ze każdy który potraktuje Sarmacje przede wszystkim jako grę, musi zanizać nasz poziom czy być mniej wartościowym członkiem społeczności niż reszta.

Gramy czy nie?

Wystrzegamy się przed nazywaniem się graczami, udajemy, że real nie istnieje. A przecież, koniec końców, tymi graczami jednak jesteśmy. Budowa czegoś w rodzaju połączenia gry strategicznej, ekonomicznej, RPG, politycznej i wielu tożsamych gatunków, nie przekreśla możliwości dalszego udawania, że real nie istnieje, a my nie jesteśmy graczami, podobnie jak bawiąc się w SLP nie piszemy, że gramy w Xpert Eleven i że to tylko gra przeglądarkowa, a nie realne zmagania piłkarskie. Ubieramy to w warstwę fabularną i organizujemy mundiale, piszemy artykuły i prawnie regulujemy kwestie sportu w Sarmacji. Czy nie można zrobić podobnie, przykładowo z gospodarką albo wojskiem?

Przecież możemy mieć system gospodarczy zbudowany w ten sposób, że nie symulujemy ekonomii z perspektywy pojedynczych graczy na rynku, ale z fotela szefa rządu i większych uczestników obrotu gospodarczego.  System, w którym mielibyśmy podbijane przez graczy wskaźniki gospodarcze, one zaś wpływałyby na różne funkcjonalności w Sarmacji, a na końcu odczuwalibyśmy zróżnicowany wpływ aktualnej kondycji gospodarki krajowej. Gdzie nie bylibyśmy szeregowymi uczestnikami rynku, jak dotychczas, ale mówiąc najkrócej, jak się da — budujemy coś w rodzaju tycoona lub gry ekonomicznej w trybie multiplayer dla dziesiątek graczy z całego Internetu.

Takie cuda istnieją, przyciągają wiele osób i mają się dobrze. My zaś wciąż stoimy w miejscu, próbując budować rynek dla dwudziestu osób, albo łatać dziury, jakie powoduje taki stan rzeczy. Problem polega w moim odczuciu na tym, że zbyt „realnie” podchodzimy do niektórych aspektów tej symulacji.

Weźmy na przykład cenę jakiejś usługi, jaką wykonują Sarmaci na rzecz innych osób, oczywiście odpłatnie. Zmierzmy jej poziom sprzed roku, a następnie obecny, porównajmy standard i typ tejże usługi. Jeżeli rok temu średnio jej cena wynosiła 10 tysięcy libertów, a dziś wynosi już 11 tysięcy, to możemy z tego wyliczyć, ze inflacja wyniosła w tym przypadku 10% r/r. Inna sytuacja — głosy o dodruku libertów są często kwitowane stwierdzeniem, że wywoła to inflację i spadek wartości liberta. Z powyższego możemy wnioskować, ze zjawisko inflacji jak najbardziej u nas istnieje, ponadto ma całkiem odczuwalny wpływ i jest rozumiane jako coś funkcjonujące identycznie jak w realu. Kiedy mierzymy poziom inflacji, w istocie mierzymy wzrost realnych cen; inflacja jest tutaj jak najbardziej namacalna, nie udawana czy narracyjna jak liczebność wojska i czołgi na poligonach.

Załóżmy jednak, ze zmieniamy nasz model gospodarki na coś w rodzaju wspomnianego MMO ekonomicznego. Mamy wskaźnik, który zwie się „inflacja” właśnie. Rząd dysponuje guzikami, które

zwiększają bądź zmniejszają wysokość stóp procentowych. Skrypt, według ustalonego wzoru, przelicza wpływ decyzji z zakresu polityki monetarnej na wartość wskaźnika inflacji oraz na „wzrost gospodarczy”.

W zależności od poziomu inflacji i wzrostu gospodarczego, naszych graczy-przedsiębiorców ostatecznie czekają zróżnicowane efekty. Kiedy rośnie inflacja, skrypt odpowiednio skaluje ceny na rynku, jednocześnie z uwagi na wzrost gospodarczy modyfikuje kilka różnych zmiennych odpowiadających za pozostałe moduły systemu gospodarczego. Przykładowo — rośnie wskaźnik koniunktury i symulowany popyt na produkty wychodzące od naszych graczy-przedsiębiorców również idzie w górę, rosną także wirtualne pensje dla wirtualnych pracowników, w górę idą oczekiwania względem wydatków na wirtualna służbę zdrowia, i tak dalej.

Innymi słowy, całość rynku to jedna gra, gdzie poszczególne wskaźniki mają zróżnicowany wpływ i przynoszą równie zróżnicowane efekty. Gdy kosztem powyższej przedstawionej symulacji jest wzrost inflacji, po pewnym czasie trzeba podnieść stopy procentowe. To powoduje znowu spadek poziomu wzrostu gospodarczego, ale jednocześnie wskaźnik inflacji (oraz jego efekty) również maleją, w tym samym czasie trzeba znowu zatroszczyć się o wirtualny wskaźnik bezrobocia i poziom wydatków socjalnych. Za całość powyższych wydarzeń odpowiadają skrypty i symulacje. Inflacja nie jest już czymś, co można faktycznie policzyć jak do tej pory, a stanowi wskaźnik taki sam, jak poziom smogu w Sclavinii. Jednocześnie, mimo iż jest to od teraz coś zupełnie wirtualnego, to jednak ma jakiś wpływ na naszą sytuację; nie tak ,jak obecnie, gdzie liczenie inflacji jest co najwyżej ciekawostką. Taka gospodarka to pole dla zabawy i dla rządu, i dla zwykłych obywateli.

Przepoczwarzenie

I w ten sposób można budować cały system gospodarczy. W 50 osób nie zbudujemy normalnego rynku, ale jeżeli sobie „stworzymy” symulację systemu, w którym jest 50 milionów Sarmatów, wirtualna inflacja, poziom bezrobocia, wzrost gospodarczy, ceny produktów i tak dalej, to zmienia to całkowicie nasze możliwości.

Jest to system o wiele ciekawszy od obecnego, a jednocześnie nie opiera się na symulacji jeden do jednego.  Co najważniejsze — mimo iż system gospodarczy jest tak naprawdę grą MMO, nie przekreśla to reszty aspektów Sarmacji, bo nie trzeba rezygnować z Rządu, Sejmu, wyborów i polityki. Mało tego, wirtualna gospodarka może wreszcie stać się częścią wspomnianej polityki, gdyż decyzje co do stóp procentowych, wydatków na poszczególne gałęzie przemysłu sarmackiego i funkcjonowanie w tej rzeczywistości, w dużej mierze zależą od umiejętności rządzących.

Skoro mamy pana Węzła, panią Kolibko, dywizje wojskowe, gdzie udajemy, iż liczą kilka tysięcy Sarmatów, mamy wirtualnych piłkarzy z realnymi jedynie trenerami, to dlaczego nie możemy sobie napisać reszty kilku milionów Sarmatów, jako oczywiście nie pojedynczych osób, ale całej populacji? Fabularnie i tak mamy milionowy v-Naród, wiec niech system gospodarczy to uwzględni. Przecież dokładnie w ten sam sposób działa Giełda Papierów Wartościowych w Srebrnym Rogu. Notowane spółki, sytuacja gospodarcza i tysiące pojedynczych klientów to fikcja wykreowana przez skrypt i kod programu. Można podobny styl uwzględnić w całym systemie gospodarczym, z tym że należy uzależnić go w większym stopniu od naszych decyzji i nie symulować w oparciu o element przypadku i pseudolosowości, a od kroków, jakie podejmiemy jako obywatele i organy państwowe w ramach wyborów gospodarczych, politycznych czy społecznych.

Może jednak warto wreszcie przestać kopać w piłkę i napisać sobie wirtualnych piłkarzy, samemu zająć się trenerką, jak w przypadku wspomnianej SLP? Albo przynajmniej zastanowić się, czy taki punkt widzenia ma sens większy niż obecne zabawy w ramach forum? Mamy pełną swobodę decyzji, by ustalić co i w jaki sposób zaadoptujemy do nowych warunków; nie musimy skreślać możliwości pozostania szeregowym piłkarzem. Ale warto jednak zrobić krok do przodu. Tak mocno trzymamy się twierdzenia, ze Sarmacja to nie gra, a real nie istnieje, że w wyniku tego o Wirtualu będziemy mogli niedługo napisać dokładnie to samo.

[Prezentowany artykuł został pierwotnie opublikowany jako „Wirtual, który nie istnieje” na łamach „Kuryera Impertynenckiego” w nr 9 z 22 czerwca 2018 r.

O Autorze

Konrad Jakub Arped-Friedman —  król Baridasu (jako Konrad Jakub), obywatel Księstwa Sarmacji od grudnia 2014 r.; polityk, publicysta i analityk sceny politycznej. Do niedawna piastował urząd Kanclerza Rady Ministrów. Redaktor naczelny „Kuryera Impertynenckiego”.

Dodaj komentarz



Copyright © 2012-2014 KURIER – Mikronacyjny Serwis Prasowy. All rights reserved.
Designed by Theme Junkie. Powered by WordPress.